List do redakcji
Simona poznałam w 1999 roku, kilka miesięcy po jego przyjeździe do Polski. Byliśmy ze sobą dwa lata. Jak tylko wybuchła ta afera, poszłam zrobić badania. Okazało się, że jestem zdrowa. Oczywiście samo to niczego jeszcze nie dowodziło, niemniej czyniło mnie bardzo sceptyczną wobec informacji - podawanych przez "Rzeczpospolitą" i powtarzanych za nią przez inne media - że wirus HIV został u Simona wykryty już w 1999, w ośrodku dla uchodźców. Niepomiernie mnie dziwiło, że na potwierdzenie tych rewelacji nie został opublikowany żaden dokument. Tłumaczenie, że przepisy zabraniają upublicznienia takowego jakoś zupełnie do mnie nie przemawia - wystarczyło by przecież zapytać podejrzanego o zgodę, podobnie jak robi się w przypadku paska na oczy.
Moje wątpliwości potwierdził zagraniczny dziennikarz, mający w Dębaku wspólnego z "RZ" informatora. Podobno Simonowi rzeczywiście robiono tam badania - ale były to jedynie rutynowe badania krwi, a nie testy na HIV! Po paru tygodniach analogiczną informację znalazłam na stronie internetowej radia RMF. Tymczasem "RZ" z niezachwianą pewnością podaje w kolejnych artykułach, że nosicielstwo Simona zostało zdiagnozowano już w Dębaku (co ciekawe - dopytywane przez inne media, policja i prokuratura NIGDY nie potwierdziły, że dysponują wynikami z ośrodka dla uchodźców, stwierdzającymi seropozytywność podejrzanego - ale też jakoś nigdy oficjalnie nie sprostowały informacji podawanych przez "RZ"). Co bardziej wnikliwi internauci zwracają jednak uwagę na niezwykle interesujący fakt - pierwszy wiązany z Simonem przypadek zarażenia HIV miał miejsce dopiero w połowie 2005 roku... Ich wątpliwości potęgują pojawiające się co jakiś czas w Internecie posty o - i od - byłych, ZDROWYCH partnerek Simona. Niektórzy zaczynają nawet wyrażać przypuszczenie, że być może Simon przyjechał do Polski zdrowy i dopiero tu się zaraził. Przez "RZ", wiodącą prym w opisywaniu sprawy, podejście takie jest jednak otwarcie i całkiem arbitralnie dyskredytowane jako dawanie wiary bezpodstawnym plotkom.

Dla statystycznego odbiorcy mass mediów sprawa jest więc jasna i bezdyskusyjna: Simon Mol to psychopatyczny zwyrodnialec, który przyjechał do Polski z diabolicznym planem zarażenia możliwie jak największej liczby kobiet wirusem HIV. Ja jednak nie potrafię zamknąć oczu na oczywiste luki i sprzeczności tej wersji. Żeby w nią uwierzyć, musiałabym zobaczyć rzeczone wyniki badań. Ponieważ najwyraźniej się na to nie zanosi, z niezmienną uwagą przyglądam się rozwojowi wydarzeń - a sprzeczności i niejasności jakoś przybywa... Najpoważniejszy przykład poniżej.

Po "udowodnieniu", że Simon był nosicielem już w 1999 roku, "Rzeczpospolia" - z TVN-em na doczepkę - wzięła się za demaskowanie jego fałszywej biografii. Plonów przeprowadzonego w Afryce dziennikarskiego śledztwa Pana Kittela & Co. nie udało mi się oczywiście zweryfikować w całości, ale już samo to, co ustaliłam do tej pory, stawia je pod znakiem zapytania i prowokuje do zbadania reszty. W tekście "RZ" z 6 marca, przedstawiającym Simona jako oszusta, który nie mając ku temu najmniejszych podstaw wyłudził azyl polityczny, pojawia się następująca wypowiedź: - "Będąc w Ghanie, w ogóle nie pracował, pisał coś o piłce nożnej jako wolny strzelec. Biegał, zajmował się tylko futbolem". Mówi to Bright Kwame Blewu, sekretarz generalny Związku Dziennikarzy Ghany. W programie TVN Uwaga (podaję za transkrypcją programu, umieszczoną na jego stronie internetowej) ten sam rozmówca wyraża się jeszcze dosadniej: "Nigdy nie pisał nic kontrowersyjnego. Właściwie, to nic nie pisał, tylko uprawiał jogging z rana, grał w piłkę, kochał futbol."

Tak się jednak składa, że Simon miał zwyczaj uszczęśliwiania przyjaciół i znajomych próbkami swojej twórczości. Mnie samej uzbierał się tego cały skoroszyt. A że mam widać naturę archiwisty, po naszym rozstaniu zamiast na śmietnik czy w ogień, trafiło to wszystko do piwnicy... Przeglądam uważnie tę teczuszkę i co znajduję? Kserokopię artykułu o korupcji w Kamerunie, napisanego dla opozycyjnego ghańskiego magazynu "Weekly Insight"! Z ostrym, demaskatorskim tekstem Simona sąsiaduje - równie ostra i demaskatorska - krytyka urzędującego prezydenta Ghany. No rzeczywiście, trudno o bezpieczniejszą i bardziej niekontrowersyjną tematykę. Po prostu czysty futbol. Na tę oczywistą sprzeczność moja rodzina reaguje powątpiewaniem: "to musi być fotomontaż, pewnie ten sprytny oszust po prostu wkleił swoje nazwisko do czyjegoś tekstu, a potem zrobił kserówkę". O.K. Po kilku godzinach szperania w Internecie udaje mi się ustalić, że jeden z amerykańskich uniwersytetów archiwizuje "WI". Wysyłam do nich maila, proszę o przesłanie skanu tego artykułu. Po tygodniu dostaję potwierdzenie, że to jednak nie był fotomontaż (załącznik). Nasuwają mi się więc następujące wyjaśnienia: a) pan Bright Kwame Blewu ma zaawansowaną sklerozę; b) pan Bright Kwame Blewu kłamał; c) wypowiedź Pana Bright´a Kwame Blewu została zmanipulowana przez dziennikarzy.

Zastanawiające jest tu jeszcze jedno. W tekście "RZ" czytamy: "(...) jak twierdzi (Simon - przyp.mój), pisał w  opozycyjnej gazecie "Weekly Insight" (...)". Czyżby dziennikarze nie pokusili się o zweryfikowanie tej informacji? "WI" nadal wychodzi, a rozmowa z szefostwem i pracownikami tego periodyku byłaby przecież kluczowa dla ustalenia, czym właściwie zajmował się Simon w Ghanie. Dlaczego więc w artykule nie pojawia się redaktor naczelny "WI" albo którykolwiek z dziennikarzy tej gazety?

Dla pełnej jasności sprawy: z perspektywy naszego dwuletniego związku nie mam o Simonie najlepszego zdania. Egoista i egocentryk, instrumentalnie traktujący innych ludzi i nie potrafiący dochować wierności, pełen pychy i poczucia wyższości wobec reszty świata, kabotyn - takim go pamiętam i właśnie dlatego się z nim rozstałam. Przedstawianie go jako potwora, oszusta i generalnie wcielenia wszelkiego zła pachnie mi jednak mistyfikacją. Zwłaszcza, że odbywa się przy pomocy manipulacji faktami i zastanawiających przemilczeń.

Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

Od redakcji: Poniżej zamieszczamy skany wspomnianej gazety „Weekly Insight" z artykułem Simona Mola (Simona Moleke Nije - bo tak naprawdę no się nazywa). Ponieważ na skanach trudno jest czytać, plik w formacie pdf zamieszczamy też w dziale „Pliki do ściągnięcia". O sprawie piszemy też we wstępniaku redakcyjnym pt. „Czas inkwizytorów".











Do oskarżycieli Simona Mola mamy putanie: czy to jest artykuł o piłce nożnej?