Anatol Lawina nie ma szczęścia do dziennika Rzeczpospolita. Poniżej jego artykuł, poprzedzony odmowa publikacji (red. Kontratekstów).




Szanowny Panie,
po dyskusji postanowiliśmy, że nie wydrukujemy. Część argumentów została już u nas przedstawiona, o innych trudno rozmawiać, ponieważ są nieudokumentowane, a bardzo daleko idące.
Podzielamy Pana oburzenie, tym co się stało.
Z wyrazami poważania
Krzysztof Gottesman<?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />



Jest sobota 15.10.2005 r. Po dłuższym okresie niewidzenia spotykam się z przyjacielem z czasów studenckich. Widzimy się rzadko, ale zawsze jak się spotykamy to jest tak, jakbyśmy rozstali się dwie godziny temu. Dziś po raz pierwszy od ponad czterdziestu lat od naszego poznania coś między nami zazgrzytało. Ten drobny zgrzyt stał się bolesny dla nas obu. Każdy z nas jest dla drugiego bardzo ważną i wyjątkową osobą. Na tyle, że wybaczamy sobie bardzo wiele różnic, wiele ostrych słów, sporów i odmiennych postaw.



Ale dziś spór wokół sprawy dziadka Donalda Tuska sprawił nam ból. Do tego stopnia, że obydwaj tak emocjonalnego sporu między sobą nigdy nie prowadziliśmy. Myślę, że takie emocje musiały ogarnąć wielu Polaków. Czuję w sobie obowiązek wyjaśnienia, co się z nami stało. Obaj jesteśmy bardzo odporni na medialne oskarżenia, agenturalne podłości i brednie zamieniane przez polityków w oskarżenia podlewane patriotycznym sosem.. Jednak gdzieś w tyle głowy historia dziadka D. Tuska wzbudziła nagle w moim przyjacielu autentyczną i ogromną niepewność. Początkową byłem przekonany, że Bronek prowadzi grę, bo jego marzeniem było, aby PO wygrała wybory parlamentarne, gdyż nie ma on zaufania do PiS -owskich ekonomicznych nieuków i nie tylko do nieuków. Ale dla niego to Lech Kaczyński powinien wygrać wybory prezydenckie. Zna i podziela wiele zastrzeżeń do Kaczyńskiego. Drażni go jego socjalistyczna retoryka i PRL-owska etatyzacja gospodarki. Retoryka patriotyczna tego kandydata na prezydenta wynagradza mu wszystko. Dla mojego przyjaciela nie ma problemu mniejszości czy też inności, lecz istnieje problem niemieckości. Zaczęliśmy rozmawiać o pokręconych losach ludzi na Śląsku, na Pomorzu, na Podlasiu i Podkarpaciu. Jak już wszystko sobie powiedzieliśmy i zgodziliśmy się, że tak naprawdę to większość Polaków ma pokręcone dzieje, nagle zapytał: „No dobrze, ale dlaczego to Donald Tusk zaprzeczał temu, że dziadek służył w Wermachcie, przecież to była prawda?”. W tym momencie jednocześnie zauważyliśmy, że coś między nami zgrzytnęło. Przeszliśmy do innych spraw i szybko się pożegnaliśmy. Obaj nagle zrozumieliśmy, że tu nikomu nie chodzi o to, czy dziadek służył czy nie, tylko o to, że Donald Tusk musi być nie taki, że musi być obcy. Bo Donald Tusk jako człowiek przyznający się do swojego kaszubskiego rodowodu nie ma prawa być kimś więcej niż tylko posłem - reprezentantem lokalnej społeczności. A stanie się obcy, jak obudzi się w ludziach lęk i nienawiść do obcego, jak obudzi się różnej maści resentymenty: etniczne, lokalne, religijne, a nawet osobiste, jak namaści się całą jego rodzinę trądem.



Nagle przypomniał mi się rok 1968, kiedy to dla zdobycia władzy dokładnie tak samo postępowano – uruchomiono wtedy falę nienawiści i pogardy dla drugiego człowieka, wypuszczono z worka niepamięci zmory okupacyjne i powojenne. Myślę, że wiem, dlaczego Donald Tusk nie wiedział o swoim dziadku. I jaką potworną krzywdę wyrządzono jego matce.



Po raz pierwszy coś o swoim ojcu i o swoim dzieciństwie dowiedziałem się od matki dopiero wtedy, gdy szedłem do wojska. I tylko dlatego mi to opowiedziała, tuż przed moim odjazdem do koszar, bo cała moja rodzina była przekonana, że żywy z tego wojska nie wrócę. Miałem wtedy do mojej matki ogromny żal, że tak długo ukrywała wiedzę o dziejach moich bliskich. I dopiero w marcu 1968 r zrozumiałem, dlaczego matka milczała. Zobaczyłem dziesiątki nastolatków, którzy nagle dowiedzieli się, że nie są Polakami, tylko ludźmi drugiej kategorii. Kiedy zobaczyłem tragedię dwudziestoletniej dziewczyny, która mało, że się dowiedziała,  że nie jest Polką, to jeszcze że jej ukochana matka nie jest jej matką. Dziewczyna wyjechała z Polski bez przybranej matki. Bowiem to cudowne prawo banicji z kraju realnego socjalizmu, kraju upaństwowionej solidarności i wrażliwości społecznej, przysługiwało tylko tym, których ubecja namaściła gwiazdą dawidową. Nie będę opisywał dalszej dramatycznej historii. Wspomnę tylko, co się stało na końcu z przybraną matką. Po wyjeździe przysposobionej córeczki, nie mogąc żyć z ciężarem bycia odpowiedzialną za jej tragedię (i to, że przed dziewczynką zataiła prawdę o jej rodzicach), po dwóch latach w grudniu 1970 roku popełniła samobójstwo. Dziś trudno ludziom zrozumieć, a nawet wyobrazić sobie, jak w wielu rodzinach wiedza o dziejach najbliższych była tabu, mającym chronić małe bezbronne dzieci przed koszmarami, które przeżywali dorośli. Budzenie teraz upiorów sprzed lat dla zaspokojenia żądzy władzy  jest czymś więcej, niż obrzydliwą niegodziwością. W tych dniach łączę się w bólu matką Donalda Tuska, bo wiem co ona musi teraz przeżywać. Zgodzę się całkowicie z tezą mojego przyjaciela, że te wybory są przełomowe dla Polski, dopiero wtedy, gdy się do końca wyjaśni, kto tak naprawdę próbuje przywołać do naszego współczesnego życia te zmory sprzed lat, kto chce nas pozbawić dumy z Polski. Nie mam wątpliwości, że Lech Kaczyński i Jacek Kurski są tylko pionkami w tej walce o władzę, prowadzonej przez te same siły i służby, co rozpętały marzec 1968 r.. Posłowi Zbigniewowi Ziobro, który tak głośno gromi Hannę Gronkiewicz-Waltz i stawia coraz to groźniejsze ultimatum, tylko się wydaje, że jest szefem kampanii wyborczej L. Kaczyńskiego. To jest kampania nienawiści rodem z dwudziestego wieku



Anatol Lawina
Autor: działacz opozycji demokratycznej oraz podziemnej "Solidarności", od 1989 do 1994 dyrektor zespołu NIK.

< body>

Komentarze

mifin | 2005-10-19 16:25

Wydaje się, że po obu stronach występuja siły niekoniecznie zorientowane na dobro wspólne, lecz ich głownym celem jest sięgnięcie po władzę. Obojetnie jakimi środkami. Zgoda, że wyciąganie z zakamarków przeszłości przejść rodzinnych niczemu nie służy poza wzniecaniem niechęci lub wręcz nienawiści. Ale to też dotyczy obydwu stron i nie ma co tak postponować tylko jednej. Tak na marginesie: nie chodzi w zasadzie o to, czy dziadek czyjś gdzieś tam był czy nie, ale o to, czy ktoś o tym swoim dziadku wiedział i celowo przemilczał, czy też faktycznie nie wiedział. Tu argumentacja A.Lawiny nieco blednie w kontekście zupełnie innej rzeczywistości obecnej Polski, niż tamtej z lat 1968 roku.