Wbrew sobie, przeciw własnym przekonaniom i upodobaniom, lecz w zgodzie z zasadami, które pchnęły mnie do założenia „Kontratekstów” muszę, to znaczy – chcę wystąpić w obronie Radia, które przecież od początku swojego istnienia wzbudzało tyle emocji i kontrowersji.



Chcę i muszę bronić jego dyrektora, księdza Tadeusza Rydzyka, który pewnie więcej szkód przyniósł instytucji, którą jakoby reprezentuje – Kościołowi powszechnemu. <?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />



Nie będę tu przypominał najrozmaitszych skandalicznych wypowiedzi, o Żydach, o prezydencie obecnym i przeszłym, o ministrach, o uznanych autorytetach, o Okrągłym Stole, o partiach mniej lub bardziej liberalnych, a i o tych bardziej lewicowych, o mediach, które można było usłyszeć w tym konfesyjnym radiu. Nigdy też, lub prawie nigdy obelgi, oskarżenia, pomówienia nie padały z ust prowadzącego kontrowersyjne audycje – obskuranckie, pełne resentymentów myśli wypowiadali słuchacze. I o nich właśnie mi chodzi. Nie interesuje mnie zupełnie osoba szefa radia, lecz ci, którzy go słuchają.



W ostatnich dniach były prezydent Wałęsa zwrócił się przeciwko samemu radiu, ale – jak tłumaczy – jego sprzeciw obudzili nagle dzwoniący do rozgłośni słuchacze, a w jeszcze większym stopniu prezydencką wściekłość wzbudziły wypowiedzi gości radia, zwłaszcza Krzysztofa Wyszkowskiego. Zresztą, ostatnio Lech Wałęsa, z właściwym sobie smakiem i w charakterystycznym, brutalnym tonie atakuje wszystkich swoich dawnych współpracowników, rozdaje ciosy na pozór na oślep, lecz myliłby się ten, kto by sądził, że jego działania nie są przemyślane, a medialny rozgłos, który im nadaje – nie jest starannie zaprojektowany. Wprost przeciwnie, wydaje się, że nawet odrażający sposób, w jaki niedawno zelżył Annę Walentynowicz, prowadzić miał do bardzo konkretnych i to politycznych celów. Z jednej strony miał poniżyć walczącą o swoje prawa słabą kobietę, z drugiej – pokazać jej przyjaciołom, na co mogą liczyć, pozostając w opozycji do laureata nagrody Nobla. Jest to jednak odrębna sprawa, warta tylko przypomnienia, gwoli ukazania możliwych motywów, jakimi były prezydent się kieruje i określenia celów, jakie chce osiągnąć.



Atak na dawnych towarzyszy walki z komunizmem, atak na niektórych polityków, atak na lustrację każe sądzić, coś tam jednak Lech Wałęsa ma on do ukrycia, co mają przesłonić zręczne i gwałtowne zwroty i niewybredna retoryka. Niegdyś – w słowach – obrońca i prawie wielbiciel radia, które przecież nic od tamtych czasów się nie zmieniło, dziś apeluje do wszystkich świętych, by „coś z tym radiem zrobić”. Narzędziem są ci wszyscy, którym radio Maryja dostatecznie już dojadło.



Walka z Radiem Maryja ma więc pewnie służyć – bronimy wszak słusznej sprawy – zmianie wizerunku Wałęsy. Oto ma się on stać, przeciwstawiając się obskurantyzmowi i resentymentom oraz ksenofobii, wyrazicielem tych wszystkich, których w przeszłości sam porzucił i starał się zepchnąć w zakurzony kąt zapomnienia. To są Tadeusz Mazowiecki, to jest Unia Wolności, to jest szerokie grono krakowskiej inteligencji, związanej z Tygodnikiem Powszechnym. Może to być, w opinii samego Wałęsy, tym łatwiejsze, że niektóre z jego ofiar już nie żyją, choćby redaktor Jerzy Turowicz.



A więc środowiska, od których odciął się na kolejnych etapach swojej kariery były prezydent, ma dziś połączyć wspólny wróg, któremu na imię Radio Maryja.



Nie dlatego jednak chciałbym wystąpić w obronie toruńskiej rozgłośni, ale z dwóch zupełnie innych powodów.



Pierwszy z nich zawiera się w powiedzeniu Woltera, że „nie zgadzam się z poglądami pana, ale dam się zabić, byś mógł je głosić”. I Radio Maryja ma prawo głosić swoje poglądy, jeśli zaś kogoś one obrażają, ma konstytucją zagwarantowane prawo do pozwania ojca dyrektora do sądu. Jeśli nadto zostałoby naruszone prawo, przez wzywanie do waśni narodowych, kłamstwo oświęcimskie itp. to przypomnieć trzeba prokuratorom, że ich psim obowiązkiem jest zwalczać takie przestępstwa. Lecz i to jest odrębną sprawą, że prokuratorzy umykają z podwiniętym ogonem przed biciem w bębny, jakie rozlega się z Radia Maryja, że urzędy skarbowe udają, że fundacja ojców redemptorystów jest instytucją kościelną, pozostającą poza wpływem i zainteresowaniem obowiązującego w Polsce prawa. A przecież parcela w Toruniu to nie teren ambasady obcego mocarstwa ani nie terytorium miasta-republiki we Włoszech. Tyle dygresji.



Drugi powód mojego sprzeciwu wobec prób zakwestionowania niezależności programowej Radia Maryja to odpowiedź na pytanie, czyje właściwie jest to radio. Kieruje nim ojciec Tadeusz Rydzyk, jednak utożsamia się z nim parę milionów Polaków. To oni wpłacają swój nieraz wdowi grosz po to, by móc usłyszeć i mszę, i modlitwę, i nawet – niekiedy – Krzysztofa Wyszkowskiego. To jest ich wybór i ich radio, i być może tego właśnie obawia się Lech Wałęsa, który wolałby docierać do owych środowisk za pośrednictwem tylko sobie posłusznych mediów.



Martwi mnie ponadto, że w tę grę dają się tak łatwo wciągać osoby, które są dość przenikliwe, by widzieć, o co właściwie chodzi. Jeśli wiedzą i ulegają, oznacza to, że jest im w tej grze po drodze z Wałęsą. I że doraźny cel polityczny jest dla nich ważniejszy, niż wierność zasadom, szczególnie tej jednej o wolności słowa i prawie do swobody wyrażania myśli. A jeśli nie wiedzą? Wtedy tym gorzej dla nich, Grzegorze Dyndały będą mieć to, na co zasługują.



Piotr Rachtan

< body>

Komentarze

MNurowski | 2005-03-03 23:44

Brawo. To oparta o fakty i elementarne wartości opinia.