Mam dość. W kraju, w którym jest tyle afer, w kraju, w którym sypie się służba zdrowia, w kraju, w którym jest największe bezrobocie wśród członków UE, od kilkunastu dni najważniejszym tematem jest „lista Wildsteina” a sprawą najpilniejszą do załatwienia jest sprawa lustracji. Co ciekawe, wszyscy powołują się na badania opinii publicznej mówiące o stale rosnącym poparciu dla lustracji.



To swoista schizofrenia paranoidalna naszego społeczeństwa wywołana przez byłego dziennikarza „Rzeczpospolitej”. Ludzie, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich wybierają na prezydenta byłego ministra komunistycznego rządu, ludzie, którzy głosują na byłych sekretarzy wojewódzkich PZPR i dają im władzę, ludzie, dla których swoistym autorytetem jest były sekretarz KC PZPR, obecnie redaktor naczelny poczytnego tygodnika – domagają się lustracji. Trzeba się było jej domagać piętnaście lat temu, nie dziś. Być może wtedy i dzisiejsze autorytety byłyby inne. Takie zachowanie jest po prostu wyrazem bezsilności i braku pomysłów na rozwiązywanie dzisiejszych spraw, więc zamiast chleba proponuje się igrzyska. Skoro nie można kopnąć żyrafy, bo tyłek ma za wysoko, skoro nie można ugryźć wilka, bo zęby ma bardziej ostre niż my, zawsze można poszukać jakiegoś zająca, na którym będzie można się odegrać. Takim zającem jest przysłowiowy Kowalski umieszczony na liście, niech się sąsiedzi nim zajmą. A czy jest winny czy nie, co to kogo obchodzi? Najważniejsze, żeby były igrzyska. <?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />



Moje nazwisko też jest na liście i nie czuję się z tym komfortowo. Złożyłem stosowny wniosek do IPN i będę czekał nie wiadomo, jak długo na swoisty certyfikat moralności, bo choć moje nazwisko pojawia się tam z równą częstotliwością co nazwisko pana Olbrychskiego czy pani Staniszkis, niestety nie znają mnie ani pan doktor Dudek ani pan prof. Friszke. Mnie osobiście ten kwit do niczego nie jest potrzebny. Wiem, kim byłem, co robiłem i nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie byłem niczyim agentem, ani też na nikogo nie donosiłem. Kropka. Nigdy też nie byłem entuzjastą lustracji. Uważałem jednak, że obecna ustawa lustracyjna była w miarę rozsądna. Trzeba było jedynie rozszerzyć krąg osób podlegających tej ustawie o wszystkich ludzi wybieranych w wyborach samorządowych i udostępniać wszystkie materiały zgromadzone w ich „teczkach”. Podkreślam słowo wszystkie, ponieważ jeżeli lustracja ma prowadzić do uniknięcia ewentualnego szantażu, a nie być narzędziem odwetu, muszą być ujawnione wszystkie dokumenty. Każdy kto chce zostać osobą publiczną powinien liczyć się z tym, że ludzie mają prawo wiedzieć o nim wszystko. Ponieważ jestem radnym sejmiku wojewódzkiego wyraziłem zgodę  na powszechne udostępnienie dotyczących mnie materiałów.



W całym tym lustracyjnym zgiełku zapomnieliśmy jednak, że tajni agenci dawnej SB istnieli tylko dla tego, że dawną Polską rządzili sekretarze partyjni. Bez nich nie byłoby agentów. Dziś okazuje się, że byli sekretarze, to całkiem porządni ludzie, godni sprawowania najwyższych urzędów w państwie, zaś ówczesna opozycja to w większości agenci tych sekretarzy. Jeżeli ktoś tak myśli to jego sprawa, lecz pomógł mu w dojściu do takiego wniosku pewien redaktor i to on ponosi winę za obecną histerię. Nie można bowiem rozwalać tamy, nawet jeżeli jest ona wadliwa i mówić, że się nie odpowiada się za to, że ktoś się utopił. Ostatnio nawet Amerykanie dali nam do zrozumienia, co myślą o naszym sposobie lustracji i dekomunizacji, zapraszając do współpracy byłego premiera i byłego sekretarza wojewódzkiego PZPR. Gdyby tak zechcieli zaprosić do siebie całe SLD, a nie tylko Leszka Millera, byłby to powód do zadowolenia, a tak to tylko nam zawracają d...tak jak z tym Ruskim, który tylko jeden poleciał w kosmos.

Janusz Krakowian< body>