Chcemy mieć dobre stosunki z Rosją. Nicea albo śmierć! „Sto lat” śpiewane Jang Zeminowi. Panie Busch, niech Pan zniesie wizy. Na koń i do Iraku. Brudzia z Leonidem Kuczmą. Nie oddamy Czeczenii Rosji! Wiwat Juszczenko. Nie będziemy umierać za Jukos. …czy to jest polityka zagraniczna, czy ruchy Browna?




To nie jest żadna polityka, to jest akcyjność, kampanijność i miotanie się do ściany do ściany. Od wielu lat, kto rano wstanie ten w MSZ rządzi. Koncepcji generalnej brak i nikt do niej nie tęskni, bo to by przeszkadzało w działaniu licznym zakulisowym lobbystom, którzy formalnie nie sprawują żadnej funkcji, lecz w decydujących momentach podpowiadają czołowym politykom słowa i czyny, za które później najczęściej trzeba się wstydzić.<?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />



Tak było na przykład w czasie słynnej wizyty prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w Chinach, gdy pod wpływem prochińskiego lobbysty, Krzysztofa G., prezydent podpisał oświadczenie stwierdzające, że Tajwan jest częścią Chin komunistycznych. Była to ogromna gafa, którą odnotowała prasa całego świata. Jolanta Kwaśniewska tańczyła wówczas z Jang Zeminem, delegacja śpiewała mu „Sto lat”, zaś wyniki pertraktacji gospodarczych były całkowitą klęską strony polskiej. Oczywiście lobbyści na rzecz ChRL pieli nad nimi z zachwytu, bo mieliśmy sprzedać Chinom 80 polonezów, podwozia Jelcza do chińskich autobusów i miedź elektrolityczną. Po latach widać rezultat rzeczywisty. Kontrakt na polonezy przeciągnął się tak, że przestano je produkować (zresztą, po co one Chinom? Sami produkują identycznego samochodowego trupa – Santanę). Zaczęto więc rozmawiać o kontrakcie na samochody Daewoo i rozmawiano tak długo, że koncern Daewoo zbankrutował i go nie ma. Z podwozi Jelcza też nic nie wyszło i sprzedaliśmy Chinom jedynie miedź elektrolityczną w ilości kilku wagonów, którą to miedź można było z równie dobrym skutkiem sprzedać na giełdzie surowcowej w Londynie lub Nowym Jorku i pewnie po lepszej cenie.



Dlaczego przypominam tę wizytę sprzed dobrych kilku lat? Dlatego, że jest ona charakterystyczna dla poczynań polskiej dyplomacji. Naszą politykę zagraniczną charakteryzuje przypadkowość i histeryczna krzątanina bez żadnej koncepcji. Przykłady? Proszę bardzo: Jan Maria Władysław Trojga Imion i Jednego Kapelusza Rokita rzucił idiotyczne hasło „Nicea albo śmierć” i cała Polska stanęła za nim murem, bo nastąpiło chyba zbiorowe odjęcie rozumu. Po roku trzeba było się z tego hasła wycofywać rakiem, bo nikt jego twórcy nie wytłumaczył, że po pierwsze, trzeba najpierw myśleć, a potem krzyczeć, a po drugie, stawianie z góry nierealnych żądań prowadzi tylko do wstydu i niczego więcej.



A jak wyglądała polska polityka wobec Ukrainy? Wspaniale, twierdzimy teraz, ale czy rzeczywiście? Owszem, końcówka była wspaniała, bo to była hura kampania, w czym się nasz kraj specjalizuje, ale przedtem? Przedtem Aleksander Kwaśniewski przyjaźnił się z Leonidem Kuczmą i to nawet wówczas, gdy ogromna większość narodu ukraińskiego miała już Kuczmy serdecznie dosyć. Eufemistycznie nazywano to „dobrymi stosunkami z Ukrainą”, tak jakby Ukraina to był Kuczma, a Polska to Kwaśniewski.



Przykład kolejny: pojechaliśmy do Iraku i słusznie, ale jest to słuszność przypadkowa, bo motywacja tej decyzji była ze strony rządu całkowicie błędna. Do Iraku jechać było trzeba, bo należało usunąć jednego z głównych sponsorów światowego terroryzmu, bo wobec zagrożenia, jakie niesie terroryzm nie można przyjmować postawy typu „moja chata z kraja”. O.K., ale myśmy wysłali wojska do Iraku wcale nie dlatego. Wysłaliśmy je w nadziei na „docenienie przez USA” i na kontrakty, które Amerykanie mieli „dać” nam „z wdzięczności”. Proszę państwa, to jest bełkot naiwnego dziecka, a nie polityka zagraniczna. Twierdzenie, że narody nie mają sumienia, jest może cyniczne, ale jak na dziś, to jest prawdziwe. Żaden kraj świata nie „daje” nikomu pieniędzy i nie podpisuje kontraktów, gdy nie ma w tym interesów. Pomijam już taki detal, że kontrakty zawierać będzie nowy rząd Iraku, na który USA będą miały może wpływ ogólny, ale nie szczegółowy i to nie USA będą decydować o tym, co i z kim ten rząd podpisze. Zamiast więc mizdrzenia się do Busha trzeba mieć po prostu lepsze oferty, niż konkurencja. Politykę Busha trzeba popierać, gdy jest słuszna, ale mizdrzenie się do niego, to czysta strata czasu. On tego nawet nie widzi.



Podobnie rzecz się ma teraz, gdy popadamy w kolejną kampanię na temat wiz do USA, co, powiedzmy sobie szczerze, jest w skali polityki państwa sprawą dziesiątego rzędu ważności. Tymczasem my znowu mizdrzymy się do Busha, podczas gdy ta kwestia leży w gestii Kongresu USA, a nie prezydenta. Co z tego może wyniknąć? To samo, co z Kaczki Dziwaczki chodzącej do praczki kupować znaczki. Już nawet dzieci czytające Brzechwę wiedzą, że nie ten adres. Czemu więc nie wie nasza dyplomacja?



Wróćmy jeszcze do kwestii polonezów i kontraktów w Iraku. Dlaczego nikt naszym dyplomatom nie wytłumaczył, że zamiast szukać rynków zbytu na szmelc po Azji i Afryce, trzeba po prostu wytwarzać dobre towary? Wówczas ze zbytem nie będzie problemu. Brak rzetelnych ekspertyz ekonomicznych powoduje, że nasi dyplomaci ciągle próbują uprawiać gospodarkę pod prąd. W takim kraju jak Chiny, czy Indie opłaca się inwestować w produkcję, bo tam są niskie koszty produkcji, ale sprzedawać produkt trzeba w Europie lub Ameryce, bo tam są bogaci nabywcy i wysokie ceny. Tymczasem my z uporem maniaka staramy się zrobić odwrotnie: produkować u siebie, gdzie jest drogo i sprzedawać w Chinach, Indiach lub Afryce, czyli tam, gdzie jest tanio. I bardzo się dziwimy, że oni nie chcą kupować wyrobów z polskiej bawełny, na które to produkty surowiec kosztuje w Polsce więcej niż gotowy produkt w tych krajach. Nie tylko woda nie płynie pod górę. Pieniądze pod prąd też nie płyną.



Ze strony MSZ ciągle słyszymy, że „trzeba mieć dobre stosunki z Rosją”. A dlaczego? Dlatego, że wedle poprawności politycznej trzeba mieć ze wszystkimi dobre stosunki. Nieprawda. Z niektórymi krajami trzeba mieć złe stosunki, bo są kraje, które rozumieją wyłącznie język siły i przywódcy-dyktatorzy, którzy rozumieją wyłącznie język siły. Jednym z nich jest Władimir Putin. Na Ukrainie Polska pokazała swą siłę i zdecydowanie a Putin natychmiast to pojął. W tej chwili boimy się twardo postawić sprawę Jałty, więc będzie nas lekceważył i nie będziemy mieli z Rosją stosunków dobrych, lecz lizusowskie. Rachuby na wzajemne zrozumienie z człowiekiem, który na miejscu sumienia i skrupułów ma czarną dziurę to znowu wiara w cuda.



Postępowanie Europy wobec Rosji przypomina mrzonki Arthura Neville Chamberlaina wobec Niemiec na etapie Monachium. Rację miał wtedy Winston Churchill, który twardo mówił, że z Hitlerem trzeba mieć stosunki złe. Zachwyty Chamberlaina nad Monachium („przywożę wam pokój”) przypominają karesy Chraca od Putina. A polityka Putina jest tyleż demokratyczna, co Hitlera była pokojowa.



Politykę zagraniczną powinno się kształtować na bazie: najpierw jasnego zdefiniowania celów i środków, a potem dopiero z nich powinno wynikać, z którymi państwami mamy mieć stosunki dobre, z którymi poprawne, a z którymi złe. Założenie, że ze wszystkimi dobre, to jest ideologia a nie polityka i to ideologia naiwna. Po drugie MSZ powinien panować nad politykami i realizacją polityki. Tymczasem w ostatnim 15-leciu nie potrafił zapanować nawet nad ich wycieczkami. Po czorta Alicja Grześkowiak latała do Arabii Saudyjskiej i rozbijała rządowe samoloty, gdy nawet nikt z nią tam nie rozmawiał? Po co Waldemar Pawlak ściskał dłoń zbrodniarza Jang Zemina, z którym nie miał nic do załatwienia? Po co Adam Struzik jeździł do Pakistanu i oferował mu kawałek Indii niczym Zagłoba Inflanty? Oczywiście, wolny kraj i wolna droga, ale nie na dyplomatycznym paszporcie i rządowym samolotem. Chcecie podróży, to kupcie sobie bilet i stańcie w kolejce do odprawy.



Ten stan trzeba przerwać. Potrzebna jest poważna debata nad:



1. celami polityki zagranicznej,



2. środkami polityki zagranicznej,



3. polityką wobec UE,



4. polityką w ramach UE,



5. polityką wobec głównych mocarstw,



6. polityką wobec sąsiadów.



Dopiero po takiej debacie można przyjąć w tej dziedzinie długofalowy i spójny program w randze ustawy zobowiązującej do jego realizacji kolejne rządy.



I jeszcze jedno: zabrać przepustki do MSZ, Kancelarii Prezydenta i rady Ministrów lobbystom na rzecz Chin, Rosji, KRL-D, Wietnamu, Białorusi… Tym panom już dziękujemy.



Krzysztof Łoziński

< body>