Redakcja Kontratekstów kontynuuje publikację niektórych dokumentów, związanych z Listą Wildsteina oraz sprawą Małgorzaty Niezabitowskiej. Oto kolejny z nich, list Krzysztofa Wyszkowskiego, gdańskiego działacza opozycji, współzałożyciela Wolnych Związków Zawodowych, a później sekretarza redakcji Tygodnika Solidarność - do prezesa IPN Prof. Leona Kieresa.


 




Sopot, dnia 14 lutego 2005 r<?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />



Pan Leon Kieres



Prezes Instytutu Pamięci Narodowej



Szanowny Panie Prezesie!



W komunikacie PAP z dnia 11 lutego 2005 roku przeczytałem, że Instytut Pamięci Narodowej złożył w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie zawiadomienie o podejrzeniu przestępstwa "nieuprawnionego skopiowania i przekazania" bazy danych przez nieustaloną osobę. Jak podano w komunikacie: "IPN złożył zawiadomienie do prokuratury, bo sam - jak stwierdził prezes Leon Kieres - nie jest w stanie ustalić, kto w IPN dopuścił się przestępstwa. Dotychczas IPN uważał, że w Instytucie nie doszło do złamania prawa w tej sprawie."



Jestem zgorszony postępowaniem kierownictwa IPN, który domaga się badania przez prokuraturę własnych pracowników w sprawie jawnej listy, do której upublicznienia przyznał się nie związany z Instytutem dziennikarz, ale jest to moja prywatna opinia, z którą może się Pan nie liczyć. W każdym razie chodzi w tym wypadku rzeczywiście tylko o "incydent", jak to trafnie określiło Kolegium IPN.



Skoro jednak uznał Pan za konieczne strzelanie z armaty do Bogu ducha winnego wróbla, to zmuszony jestem do zwrócenia Panu uwagi na sprawę, której, choć dotyczy mnie osobiście, nie zamierzałem oficjalnie podnosić, ale uznałem to za konieczne dopiero poruszony rażącą niekonsekwencją i wybiórczością Pańskich działań.



Oto dnia 18 grudnia 2004 roku, w artykule p.t. "Prawdy jak chleba", zamieszczonym w dzienniku "Rzeczpospolita", Małgorzata Niezabitowska ujawniła, że "W poniedziałek dowiedziałam się, że odnalazła się moja teczka. (.) dowiedziałam się, że moja teczka znajduje się w IPN i wedle zawartych tam dokumentów byłam informatorem Służby Bezpieczeństwa. Nie zbrodniczym, który powodował wsypy, wydawał ludzi czy sprzęt, ale posiadającym pseudonim i prowadzącego esbeka, z którym miałam jakoby spotkać się w 1982 roku".



W następnych dniach Niezabitowska ujawniła kolejne informacje uzyskane nielegalnie z IPN. Na przykład w wywiadzie dla Radia Tok-FM z dnia 23 grudnia 2004 r. powiedziała: "Kobieta  mi powiedziała, że przychodzi od osoby, która pragnie pozostać anonimową, że się znalazła moja teczka. Wedle tej teczki, zostałam po przesłuchaniu, na początku stanu wojennego, jakoby zwerbowana - pseudonim, prowadzący i spotkania w 1982 roku." Podobnej treści relację powtórzyła w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" i w innych mediach. Zawsze źródłem informacji miała być nieznana Niezabitowskiej osoba, która miała działać na prośbę pracownika IPN, pragnącego uprzedzić Niezabitowską o grożącym jej zniesławieniu.



Relacja Niezabitowskiej o tajemniczej "kobiecie" (która miała czekać na zimnie pod pałacykiem Niezabitowskiej w Konstancinie i nie otrzymać za swą zasługę nawet szklanki herbaty) i jej inspiratorze, przekonanym jakoby o nieprawdziwości "teczki" Tajnego Współpracownika "Nowaka" (bo tylko w takiej sytuacji pracownik IPN mógł podjąć akcję ostrzegającą), jest w sposób rażący niewiarygodna.



Jest oczywistością, że Niezabitowska rzeczywiście w końcu listopada 2004 roku otrzymała z IPN informację, że na dzień 6 grudnia otrzymałem wezwanie do siedziby gdańskiego oddziału IPN, w celu udostępnienia mi danych personalnych Tajnego Współpracownika SB o pseudonimie "Nowak". Podaję datę listopadową, ponieważ dnia 1 grudnia 2004 r. otrzymałem telefon z IPN informujący mnie, że spotkanie wyznaczone na 6 grudnia jest nieaktualne ze względu na konieczność uzupełnienia jakichś szczegółowych danych. Rozumiem, że był to ślad gwałtownej działalności Niezabitowskiej i jej informatora lub informatorów z IPN, w celu niedopuszczenia do udostępnienia mi nazwiska TW "Nowak", lub przynajmniej opóźnienia tego momentu do czasu, aż Niezabitowska przygotuje metodę obrony (jak Pan dobrze wie, Niezabitowska, która nie złożyła wniosku o udostępnienie jej materiałów IPN, zaczęła wówczas wykazywać szczególną aktywność wobec Pana i innych pracowników IPN, a także rozpoczęła organizację Stowarzyszenia Przyjaciół IPN przy redakcji dziennika "Rzeczpospolita").



Ta aktywność została uwieńczona powodzeniem. Informację o agenturalności Niezabitowskiej otrzymałem dopiero w kilka dni po opublikowaniu przez nią zaporowego artykułu w "Rzeczpospolitej", co oznacza, że byli współpracownicy SB i ich sojusznicy mają w IPN wielkie wpływy i możliwość decydowania o toku czynności biurokratycznych i merytorycznych. Samo w sobie stawia to IPN w złym świetle i, jako Pańska wina, powinno stać się przedmiotem wyjaśnień wobec opinii publicznej. Przyzna Pan, że w sprawę badania decyzji BUAD o udostępnieniu mi nazwiska TW "Nowak" zaangażował się Pan osobiście i
jednocześnie całkowicie bezzasadnie, a nawet bezprawnie. Dopiero po osobistym zapoznaniu się z teczką TW "Nowak", widząc całkowitą bezpodstawność swoich obiekcji, zdecydował się Pan na "zwolnienie z aresztu" należącej mi się informacji.



Jest również oczywistością, że ściśle tajna informacja o nazwisku TW "Nowak" została nielegalnie ujawniona przez pracownika Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie. Z BUAD dotarła ona do innego pracownika IPN (lub współpracownika, ale w każdym razie osoby wobec której pracownik BUAD mógł się czuć zobowiązany służbowo), który uprzedził Niezabitowską, jako swoją znajomą.



Każdy, kto zna kulisy tworzenia IPN, wie, że w jego składzie dominują ludzie związani politycznie i osobiście ze środowiskiem Unii Wolności. Można zasadnie podejrzewać, że to właśnie osoba z tego środowiska poważyła się na dokonanie czynu przestępczego, uznając, że ujawnienie agenturalności Niezabitowskiej może przynieść szkody polityczne temu środowisku i całemu obozowi postkomunistycznemu.



Pozwoli Pan, że wobec powyższego poradzę Panu, by to nie Bronisław Wildstein i jego znajomi z Biura Edukacji Publicznej IPN, stali się celem Pańskich śledczych zapędów w sprawie jawnych materiałów, których upublicznianie powinno być Pańskim obowiązkiem, ale ten pracownik Instytutu, który, wykorzystując informację nielegalnie uzyskaną z BUAD, przekazał agentce Służby Bezpieczeństwa treść przygotowanego dla mnie komunikatu zaklasyfikowanego jako ściśle tajny oraz udzielił jej szczegółowych informacji o dowodach jej agenturalności znajdujących się teczce agenta, a więc dokonał przestępstwa ściganego z urzędu. Niejako konsekwencją Pańskiego postępowania w sprawie wycieku z IPN informacji na temat agenturalnej przeszłości Niezabitowskiej, jest powstrzymanie się IPN od ustawowo nakazanego obowiązku ukarania jej za świadome złożenie fałszywego wniosku w charakterze osoby pokrzywdzonej.



Absurdalność Pańskich działań dostrzegła nawet "Gazeta Wyborcza", która w dzisiejszym wydaniu informuje: "Tygodnik "Głos" kierowany przez posła RKN i b. ministra spraw wewnętrznych Antoniego Macierewicza drukuje fragmenty różniące się od powszechnie znanej listy Wildsteina. Oprócz sygnatur nadanych przez Instytut znalazły się tam przy każdym nazwisku nazwy jednostek peerelowskich specsłużb, z których pochodzi teczka anej osoby. Ta wersja listy szczegółowo określa też, kto był funkcjonariuszem, a kto agentem lub kandydatem na agenta. Również tego incydentu nikt z IPN nie chciał komentować. - To kopia listy stworzonej w archiwum IPN, łącznie z dodatkowymi informacjami - powiedział "Gazecie" Macierewicz".



Zważywszy, że wszystkie podane przeze mnie dane były zawsze oczywiste i dostępne zarówno Panu, jak prokuraturze, domagam się od Pana, aby dokonanym pod Pańskim bokiem przestępstwem ujawnienia tajemnicy zajął się Pan bezzwłocznie i z równą gorliwością, co incydentem z jawnym indeksem.



Z poważaniem - Krzysztof Wyszkowski

< body>