Politycy PiS proponują powołanie specjalnego instytutu do obrony dobrego imienia Polski i wytaczanie procesów „oszczercom”. Bardzo wątpię, by była to dobra metoda walki o prawdę w historii



Błędy historyczne popełniają wszyscy. I nie tylko historyczne. Błędne wyobrażenia o historii oraz teraźniejszości innych narodów są w świecie powszechną normą, a Polska i Polacy nie są tu żadnym wyjątkiem. Błędne wyobrażenia o Polsce trzeba prostować, ale trzeba też rozumieć, że najczęściej nie wynikają one ze złej woli i że nigdy nie nauczymy naszej historii ludności całego świata.<?xml:namespace prefix = o ns = "urn:schemas-microsoft-com:office:office" />



„Polskie obozy koncentracyjne” i „amerykański napalm”



Czy nam się to podoba, czy nie, tworzenie stereotypów i uproszczeń jest naturalną cechą ludzkiego myślenia. Wynika ona z tego, że człowiek nie jest w stanie rozumieć rzeczywistości bez klasyfikowania zjawisk i faktów według określonych kategorii. Podobnie, jak w komputerze. Aby móc odszukać informację w pamięci, musimy ją wcześniej zapisać w jakimś „katalogu”, tworząc jakiś klucz do jej odszukiwania. Skoro ludzie w innych krajach, słysząc o obozach koncentracyjnych, słyszeli najczęściej o obozach znajdujących się w Polsce, to automatycznie wytworzyli zbitkę – „polskie obozy”.



Podobne zbitki powstają w ludzkich umysłach nieustannie i dotyczą niemal wszystkich krajów. Powszechne jest na przykład przekonanie, że w czasie wojny wietnamskiej napalmu używali tylko Amerykanie, ba, że jest on amerykańskim wynalazkiem tamtego czasu. Tymczasem napalm, pod różnymi nazwami handlowymi, jest starym środkiem bojowym, będącym w powszechnym użyciu już w pierwszej wojnie światowej, a stosowany dużo, dużo wcześniej. W Wietnamie używały go obie strony konfliktu. Jeśli coś jest w tym środku „amerykańskiego” to tylko nazwa. Cóż to bowiem jest - napalm? Pochodna ropy naftowej z utleniaczem, czyli znany od ponad 20 wieków „grecki ogień” używany już w bitwach morskich przez Hellenów, znany mongolskim hordom najeżdżającym Europę, w Chinach opisany w księdze „Kompendium ważnych sztuk wojennych” z 1044 roku, itd. Dlaczego więc kojarzymy napalm z USA? Bo jego straszliwe działanie nagłośniły media w czasie wojny wietnamskiej, a lewicowe elity przypisywały winę za tę wojnę USA. Stąd zbitka - „amerykański napalm”.



Aby zwalczyć podobną zbitkę „polskie obozy koncentracyjne”, należy zastąpić ją inną, na przykład „hitlerowskie obozy koncentracyjne”. Można też rozpowszechniać wiedzę, że obozy nie były „w Polsce”, lecz w „Generalnej Guberni”. Nie ma jednak żadnego sensu to, co proponuje PiS – wytaczanie procesów ludziom, który zwyczajnie się mylą, bo słabo znają historię. Prawie wszyscy ludzie na Ziemi słabo znają historię i procesami ich tej historii nie nauczymy.



Błędne wyobrażenia są powszechne



Gdy przebywałem w Singapurze, tłumaczyłem bogatemu Chińczykowi z wyższym wykształceniem, co to jest Polska. Gdy już odróżnił „Poland” od „Holland” a „Polish” od „police”, ujrzałem błysk zrozumienia – „O yes! To jest ten kraj, gdzie jest ta główna świątynia tego chrześcijańskiego Boga Papieża!” Możemy się, proszę państwa, obrażać i oburzać, ale nie jesteśmy pępkiem świata i w dalekich krajach zawsze będą ludzie, dla których Polska i Papież to sprawy bardzo odległe i mgliste. Nie zmieni tego żaden instytut i żadne procesy. My zresztą o ich kulturze i historii wiemy najczęściej tyle samo.



Polacy bardzo lubią się szczycić swoją rzekomo wielką wiedzą o świecie i przytaczać przykłady błędnych wyobrażeń cudzoziemców o Polsce. Setki razy słyszałem, że u nas każde dziecko słyszało o Luwrze, podczas gdy Francuzi myślą, iż w Polsce żyją białe niedźwiedzie. Ma to ponoć świadczyć o wyższości naszej edukacji nad zachodnią. Owszem, proszę państwa, o Luwrze słyszeliśmy, ale w polskiej encyklopedii widnieje zdjęcie Grand Capucin podpisane Aguille du Midi. No, niechby to Francuzi zamieścili zdjęcie Giewontu i podpisali „Śnieżka”… Tymczasem w brytyjskiej encyklopedii widnieje zdjęcie Tamserku podpisane Mt. Everest, zaś w polskiej encyklopedii czytamy podpis pod zdjęciem: „Chiny. Krajobraz Gobi w okolicy miasta Dunhuang”, a dalej pod kolejnym zdjęciem: „Chiny. Pasmo górskie na południu Tybetu”. W innym miejscu, pod hasłem Azja: „Chiny, Gunmar He w okolicy Lhasy”. No niechby ktoś napisał, że w XIX wieku Warszawa była w Rosji, Kraków w Austrii, a Poznań w Niemczech! Czy zatem Tybetańczycy i Mongołowie powinni założyć instytut do wytaczania procesów polskim „oszczercom”?



Tymczasem w polskich gazetach nagminnie publikuje się mapy, na których Indie graniczą z Afganistanem, czyli obejmują znaczną część Pakistanu. Z kolei znany polski podróżnik z PSL, Adam Struzik, przypisał swego czasu znaczny obszar Indii do Pakistanu, a polski prezydent Aleksander Kwaśniewski zaliczył Tajwan do Chińskiej Republiki Ludowej.



Gdy w latach 80. wracałem z Indii do Polski, wielu rodaków pytało mnie o zmarłych z głodu i o żebraków, po czym bardzo się dziwili, gdy mówiłem, że w Indiach nie ma głodu, a kraj się bardzo szybko rozwija. Gdy mówiłem, że ekspresy Rajani jadą z Kalkuty do Delhi 16 godzin, a jest to sporo ponad tysiąc kilometrów, że na liniach krajowych latają Boeingi 747, niektórzy uznawali mnie za blagiera. Tymczasem nasze myślenie o Indiach jest typowym stereotypem, jaki mieszkańcy jednego kraju wytwarzają na temat drugiego kraju. Czym kraj dalszy, tym stereotypy bardziej błędne.



Podobnie błędne bywają identyfikacje krajów jako „dobrych” bądź „przyjaznych” lub „złych” i „wrogich”. Afgańscy bojownicy walczący z ZSRR uważali za kraj przyjazny Niemcy, „bo Niemcy walczyli z Anglikami i z Rosją”. Ze stosunkiem do Bolandy, czyli Polski, mieli pewien kłopot, bo Bolanda walczyła wprawdzie z Rosją i z komunizmem, ale przeciw Niemcom. Szerzący się obecnie w Europie antyamerykanizm jest tak samo absurdalny, jak miłość partyzantów z Pandższiru do Niemiec, a jego uzasadnienia tylko nam się wydają racjonalne.



No dobrze, powie ktoś: to są kraje egzotyczne, a tymczasem błędne wyobrażenie o Polakach mają Amerykanie, Kanadyjczycy, Francuzi. To prawda, ale pamiętajmy, że Polska jeszcze niedawno żyła za „żelazną kurtyną”, że byliśmy oddzieleni barierą informacyjną, prawie nie było wymiany ludzi, myśli i wiedzy. To wstyd, ale wówczas Amerykanie i Francuzi częściej bywali w Indiach niż w Polsce. I to jest prawdziwe źródło błędnych wyobrażeń.



Zamiast procesów - promocja



Zamiast przekonywać innych na siłę, by nas lubili, powinniśmy dołożyć starań, by znaleźć się w Europie nie tylko geograficznie i formalnie. Znacznie lepszy skutek od instytutów obrony godności i procesów sądowych przyniesie promowanie polskiej kultury. Gdyby pieniądze wydać nie na nowe instytuty, tylko na tłumaczenia polskiej literatury i pokazy polskich filmów, to Francuz, który obejrzy „Kanał” Wajdy, na pewno już nie pomyli Powstania Warszawskiego z Powstaniem w Getcie. A zamiast procesów o „polskie obozy” lepiej wydać po angielsku, francusku, hiszpańsku „Pięć lat kacetu” Grzesiuka.



Cudzoziemcy sami z siebie nie nauczą się polskiej historii, a walka z błędami „po jednym” to walka z wiatrakami. Gdy zwalczymy jeden stereotyp, powstanie kolejny.



Krzysztof Łoziński

< body>