a słowo stało sie ciałem i nie mieszkało między nami?
"Rzeczpospolita" z dnia 28 września 2004 roku informuje w artykule Jędrzeja Bieleckiego "Obywatel zamiast mieszkańca" :
"Polska chce ograniczyć władzę Niemiec w Unii Europejskiej. W środę nasz ambasador Marek Grela wystąpi w Radzie UE z wnioskiem o inne obliczanie potencjału ludnościowego krajów członkowskich. Chodzi o to, by brać pod uwagę jedynie obywateli tych państw, a nie wszystkich ludzi, którzy na ich terenie mieszkają - dowiedziała się "Rz".
Aby zdobyć większą władzę w Unii, Polska także mogłaby zalegalizować pobyt około półtora miliona imigrantów, przede wszystkim z Ukrainy. To jednak byłoby trudne. Do tej pory Unia nie przyjęła jednolitej definicji, kogo należy uwzględnić przy szacowaniu liczby ludności danego państwa. Na razie wykorzystuje reguły ONZ, które biorą pod uwagę mieszkańców żyjących legalnie na terenie danego państwa, niezależnie od ich statutu. Każdy kraj podaje liczbę ludności do Eurostatu, jednak europejski urząd statystyczny danych tych nie sprawdza."

No to jesteśmy w domu. Czy ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że od polskiej ewidencji ludności wieje po zawietrznej jakimś dziwnym odorem?

Po co legalizować pobyt około półtora miliona imigrantów, przede wszystkim z Ukrainy, skoro można zamiast tego dopisać do liczby osób faktycznie żyjących na terytorium RP półtora miliona lub więcej "martwych dusz", członków Polonii, którzy w Polsce już od dawna nie mieszkają i nie mają zamiaru mieszkać w przyszłości?

Taka okazja się nie powtórzy: Polska jako pełnoprawne państwo członkowskie po raz pierwszy zgłosi oficjalną liczbę swojej ludności do Eurostatu. Ta liczba stanie się podstawą statystyk przysroastu ludności w następnych latach. Jak się dowiadujemy z artykułu Jędrzeja Bieleckiego, Eurostat - europejski urząd statystyczny - uważa, że po 1 maja 2004 roku nadal działa w lidze dżentelmenów, i danych nie sprawdza, przyjmując je na słowo honoru krajowych instytucji statystycznych państw członkowskich.

Co za okazja do lekkiego ´skorygowania´ bazy, od której Unia obliczać będzie wagę głosów i wysokość niektórych dotacji...

Polska jest w unikalnie korzystnej pozycji dla podjęcia prób ludnościowego przekrętu stulecia. Brać pod uwagę "jedynie" obywateli? Znakomicie! Bo o ile Niemcy mają więcej faktycznych mieszkańców swego terytorium niż obywateli Bundesrepublik to Polska odwrotnie - ma (lub roi sobie, że ma) znacznie więcej obywateli RZECZYPOSPOLITEJ niż faktycznych mieszkańcow SWOJEGO terytorium .

Powód? Elementarne, drogi Watsonie...

- Niemcy nie mają znaczącej liczby obywateli niemieckich żyjących w diasporze, poza krajem. Obywatel niemiecki uzyskujący obywatelstwo innego państwa, automatycznie traci obywatelstwo niemieckie. A zatem, kto z Niemiec wyemigrował, osiedlił się i naturalizował gdzie indziej, ten nie będzie już liczony w statystyce liczby obywateli niemieckich.

- Polska ma globalną diasporę, której liczebność szacuje sie na 11 do 16 milionów osób, dokładnie nie sposób jej określić. Prawo polskie zapewnia dziedziczenie polskiego obywatelstwa w nieskończoność, więc można twierdzić z miedzianym czołem, że wszyscy Polacy w diasporze to obywatele polscy. Obywatel polski uzyskujący obywatelstwo innego państwa, nie tylko automatycznie nie traci obywatelstwa polskiego, ale spotyka się z przeszkodami administracyjnymi prawie nie do przebycia, jeśli chce z niego (zgodnie ze swoim konstytucyjnym prawem) zrezygnować. PRL-owski jeszcze tor przeszkód prawno-administracyjnych, mających zniechęcać do rezygnacji z obywatelstwa polskiego, odświeżono i udoskonalono rozporządzeniem Prezydenta RP w 2000 roku. A zatem, kto z Polski wyemigrował, osiedlił się i naturalizował gdzie indziej, ten będzie nadal liczony w statystyce liczby obywateli polskich. Choćby w Polsce, lub w ogóle w Europie, bywał z tygodniową wizytą raz na dwadzieścia lat, albo wcale nie.

Co za potencjał!

Według danych CIA za lata 1989-90 do 2003-04, na skutek emigracji ubylo z Polski w ciagu 14 lat około 600 000 osob. Netto, po uwzglednieniu migracji powrotnych.

Wedlug IPN, w latach 1980-81 do 1988-89 wyjechało na stałe okolo 1.0 - 1.1 miliona osob. Powróciło, podlug zgrubnej ekstrapolacji danych Instytutu Spraw Publicznych na temat migracji powrotnych opublikowanych w 2002 roku - byc moze około 100 000 osób. Ubytek ludności netto od 1980 do 1989 roku wynosiłby zatem około 0.9-1.0 miliona osób.

Łączny ubytek ludnosci Polski netto na skutek emigracji w ciagu ostatnich 24 lat (1980-81 do 2003-04) mógłby więc wynosić około 1.5 miliona osób. Magicznym zbiegiem okoliczności, półtora miliona to właśnie liczba ludności, pozwalająca Polsce "zdobyć większą władzę w Unii ". Jeżeli półtora miliona emigrantów z PRL i III RP, którzy już nie mieszkają i nie glosują w Polsce, nie korzystają tam z żadnych świadczeń i nie obciązają budżetu państwa, pozostawiono w krajowej ewidencji ludnosci, i nie sposób oddzielić ich danych osobowych od danych stałych mieszkancow kraju, no to po cóż legalizować pobyt półtora miliona Ukraińców...

Jeżeli przyjąć opisaną zasadę produkcji "martwych dusz" jako konsekwentnie stosowaną regułę postępowania na przyszłość, wówczas każdy polski emigrant, który z kraju wyjeżdża i do Polski już nie wróci, ale pozostaje dalej liczony jako obywatel III RP, jest dla Warszawy dodatkowym źródlem siły polskiego głosu w Unii oraz dodatkowych, zasadniczo nienależnych, pieniędzy z Brukseli, któremu niczego nie trzeba świadczyć w zamian.

Czy to dlatego najwyższymi osobami w państwie owładnęła ostatnio obsesja uchylenia turystycznych wiz amerykanskich, w nadziei spowodowania fali emigracji zarobkowej za ocean?

Stary Wiarus
staryw@hotmail.com