Media w kształtowaniu opinii publicznej niewątpliwie zajmują pozycję czołową. To doniesienia prasowe, telewizyjne reportaże i audycje radiowe w znakomitej części wpływają na sposób oceny otaczającej nas rzeczywistości. Wielokrotnie już dziennikarskie sygnały zmuszały ospałego prokuratora do podejmowania działań tam, gdzie sam nie widział, lub nie chciał widzieć takiej potrzeby.
Lawina ujawnianych afer sprawia wrażenie, że kraj pogrąża się niczym w ruchomych piaskach, nieuchronnie w dół. Przez całe lata skrywane mechanizmy robaczywienia struktur państwa teraz odkrywane, dają obraz taki, jaki oglądamy na co dzień. I chwała mediom za to, że wywlekają na światło dzienne brudne sprawy, nie bacząc nawet na własne bezpieczeństwo. Widać jednak zbyt późno się do tego zabrano, bo poczucie bezkarności, a przede wszystkim wytworzone powiązania w różnych sferach są jak betonowa ściana. Trudno rozkruszyć. Zwłaszcza, ze i narzędzia do kruszenia wydają się wymagać gruntownego serwisu, być może po części wymiany niektórych elementów.

Nie ma się co łudzić, bez interwencji dziennikarskich wiele spraw nigdy nie wychynęłoby poza ściany gabinetów. To dopiero krytyka, artykuł, reportaż uruchamiają zardzewiałe mechanizmy organów powołanych do kontroli.

Jest też i druga strona medialnego wkładu w kształtowanie opinii. Pochwały. Podobnie jak w przypadku krytyki, tu również nieodzowna jest rzetelność treści przekazu. Nie jest dobrze, jeżeli w krótkich, powierzchownych w gruncie rzeczy tekstach ukazuje się jakiś obszar w sposób jednostronny. Czasem sprzeczny z rzeczywistością. Jeszcze gorzej, gdy zatyka się uszy na ukazywane fakty, przeczące baśniowo kreślonym wizjom.

Od wielu miesięcy ukazują się różne publikacje o marności, wręcz skorumpowaniu w administracji publicznej. Jednocześnie, jako przeciwwaga degrengoladzie struktur opiewana jest idea tworzenia korpusu służby cywilnej. Jako leku na całe zło.

Zdaniem wielu autorów, głównym i w zasadzie jedynym czynnikiem hamującym rozwój profesjonalnego trzonu administracji publicznej jest polityczne zawłaszczanie wyższych stanowisk w administracji rządowej. Tu upatruje się wszelkiego zła. Wyrażanie przekonania, że przestrzeganie ustanowionych reguł konkursowego obsadzania stanowisk, na wszystkich poziomach, uzdrowiłoby cały system, wygląda lekko naiwnie. Wielokrotnie prezentowane szczegóły przeprowadzania rekrutacji zdają się to potwierdzać. A jednak ukazywane nieprawidłowości mechanizmów pomijane są milczeniem.

Sposoby naboru do służby cywilnej, dowolność i arbitralność rozstrzygnięć, w większości nie mają nic wspólnego z politycznymi wpływami. Konstrukcji przygotowań, sprawiających wrażenie odpowied-niego ustawienia procedury już na wstępie, też nie da się uzasadnić wpływami polityki. Konkursy na wyższe stanowiska podobnie. W znacznej mierze to gry interesów bardzo wąskich grup, indywidualnych zamierzeń. Aby jednak można to było ukazać, trzeba wniknąć w szczegóły owych mechanizmów. Jak wiadomo, tam tkwi diabeł. Nie da się tego zrobić w kilku zdaniach. Inaczej bowiem spór o rzeczywistość sprowadzać się będzie do akademickiej dyskusji, a rację będzie miał ten, kto ma większą siłę rażenia. Większą w sensie instrumentów do zaprezentowania swojego stanowiska. Co ciekawsze, jedynym w zasadzie powodem nie przyjmowania do wiadomości innego obrazu, niż kreślony przez jakiegoś dziennikarza, jest obszerność tekstu. Czasem zbytnia fachowość ( czyt. trudność) użytych sformułowań. Krótki, łatwo przyswajalny tekst, kreślący fałszywy obraz, jest dobry. Inny tekst, ukazujący rzeczywistość w zupełnie innym świetle, jest zły. Dlatego, że długi, trudny i nudny. Konwencja formy ważniejsza od treści.

Reguły dziennikarstwa jakie są, takie są i mają zapewne swoje uzasadnienia. Jednak wyrzucanie do kosza tekstu tylko dlatego, że swą formą nie przystaje do przyjętych konwencji, zastanawia. Szczególnie zastanawia wówczas, gdy czynią to te środowiska, które pisząc na ten sam temat, ukazują tylko jedną stronę medalu. W rzeczywistości więc fałszując obraz całości. Za to w formach zgodnych z konwencją.

Jeżeli prezentowane fakty ukazują inną stroną rzeczywistości, to może warto byłoby się zastanowić nad wykorzystaniem takich informacji. Choćby po to, by ukazać tę inną stronę po swojemu, zgodnie z konwencją i dziennikarskim kunsztem. Wyrzucanie na śmietnik treści tylko z powodu formy, w jakiej została przedstawiona, dziwi i zastanawia.
Aż ciśnie się na usta słowo – dyspozycyjność. Bynajmniej nie w pozytywnym znaczeniu.

Pozostawia się w konsekwencji treści właściwie konstruowane, choć w swej wymowie z gruntu fałszywe. Jako jedyny punkt widzenia zapadają w świadomości odbiorcy, robiąc mu wodę z mózgu.

Witold Filipowicz