W artykule Stefana Małeckiego-Tepichta „Terror myśli naczelnego” znalazło się kilka stwierdzeń, które budzą mój głęboki sprzeciw.
Zacznijmy od generaliów. Autor zabiera głos w dyskusji na temat „Czy Polska jest krajem wolnej prasy” polemizując z tekstem Ewy Milewicz. Autor wyraźnie uważa, że wolnej prasy w Polsce nie ma, lub jest ona nie do końca wolna, gdyż: 1. nie zamieszczono jego polemiki w „Tygodniku Powszechnym”; 2. w „Gazecie Wyborczej” panuje ów tytułowy terror myśli naczelnego, czyli Adama Michnika. Wniosek – skoro w „Tygodniku Powszechnym” i „Gazecie Wyborczej” nie puszczają tekstów niezgodnych z poglądami Adama Michnika, to prasa w Polsce nie jest wolna. Stefan Małecki-Tepicht w sensie dosłownym tego wniosku nie napisał, ale natychmiast nasuwa się on po przeczytaniu jego artykułu. A więc, po pierwsze, wolność prasy polega między innymi na tym, że poszczególne gazety piszą, co chcą i nie piszą tego, czego nie chcą. Robienie komuś zarzutu w imię wolności prasy, z tego, że nie publikuje treści, które mu się nie podobają, lub nie pasują, jest po prostu nielogiczne. To prawda, że gazeta redagowana przez Adama Michnika nie puszcza tekstów, z którymi naczelny się nie zgadza, lub stara się wpłynąć na autora, by sam to i owo zmienił. Z tego powodu nie poszło także wiele moich tekstów, ale trzeba rozumieć, że redakcja „Gazety” i jej wydawca, spółka Agora, mają pełne prawo do takiego postępowania. Wolność prasy nie jest bowiem tożsama z przymusem publikowania niechcianych tekstów. „Gazeta Wyborcza” jest gazetą prywatną, co trzeba z całą mocą podkreślić, bo ciągle środowisko całej dawnej opozycji antykomunistycznej zgłasza do niej pretensję, o to, że nie reprezentuje ona poglądów całego środowiska, a jedynie jego części. Taką pretensję wyczuwam też w tekście Stefana Małeckiego-Tepichta, choć znowu otwarcie nie została ona wyartykułowana. Taką pretensję słyszę wielokrotnie w różnych gremiach. Otóż, szanowni koledzy, powiedzmy sobie wyraźnie, że „Gazeta Wyborcza” powstawała jako gazeta Klubu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie i miała reprezentować całe tak zwane środowisko w czasie pierwszych wolnych częściowo wyborów. Powiedzmy sobie też otwarcie, że „Gazeta” na tym etapie chciała to środowisko reprezentować, ale część tego środowiska, za sprawą głównie Lecha Wałęsy i braci Kaczyńskich (notorycznych rozbijaczy wszystkiego), odmówiła „Gazecie” prawa do takiej reprezentacji, zabierając jej symbolicznie znaczek Solidarności. To nie „Gazeta” zdradziła środowisko, tylko owo środowisko jednoznacznie się na „Gazetę” wypięło. Jest w tym taka sprzeczność – najpierw odbieramy „Gazecie” prawo do wypowiadania się w naszym imieniu, a później mamy do niej pretensję, że nie wypowiada się w naszym imieniu. Szanowni koledzy, skoro sami wkopaliście „Gazetę Wyborczą” w rolę gazety prywatnej, to nie miejcie do niej żalu, że jest prywatna. Nawet, jeśli pisze rzeczy, które się komuś nie podobają, to w końcu takie jej zbójeckie prawo i już. Tu mała dygresja. Niektórzy ludzie powtarzają z uporem maniaka, że „Gazeta” powstała za pieniądze przeznaczone na całą opozycję antykomunistyczną, a potem się zbiesiła i jest prywatna. Jako bardzo aktywny i długoletni uczestnik tej opozycji, a także świadek powstawania „Gazety Wyborczej” i spółki Agora, mogę zeznać przed każdym gremium i pod każdą przysięgą, że jest to wierutne kłamstwo. I to nie tylko dlatego, że źródła finansowania „Gazety” były zupełnie inne, ale przede wszystkim dlatego, że owe mityczne „pieniądze przeznaczone na całą opozycję” w ogóle nie istniały i to nie istniały nie dlatego, że się być może skończyły, tylko dlatego, że nie istniały nigdy. Nikt nigdy nie przeznaczył żadnych pieniędzy „na całą opozycję”. Wspominam o tym, gdyż jest to drugi z powodów, dla którego część osób czuje do „Gazety” żal o to, iż nie reprezentuje ich poglądów, tylko poglądy swego naczelnego. Cóż, ja też się nieraz zżymam na tę gazetę. Nie podoba mi się obrona Jaruzelskiego i Kiszczaka, bo tych panów jednoznacznie uważam za zdrajców i zbrodniarzy, czego nigdy nie kryłem, także w bezpośrednich rozmowach z Adamem Michnikiem oraz w swoich publikacjach. Nie zgadzam się i to mocno z szanownym Naczelnym w kwestii powodów wprowadzenia stanu wojennego. Nieraz w myślach nazywam „Gazetę” marnowalnią mojej pracy, gdy na przykład trzyma mi teksty przez kilka miesięcy, a potem są już nieaktualne. No tak, ale z drugiej strony wiem, że „Gazeta” nie ma żadnego obowiązku publikowania moich tekstów. Z drugiej strony wiem, że Adam Michnik ma prawo mieć takie poglądy, jakie ma, bo wbrew temu, co wielu myśli, wypowiada on je wyłącznie we własnym imieniu. Gdyby mówił w moim imieniu, że Kiszczak to porządny człowiek, no to byśmy się pogniewali, ale on to mówi wyłącznie w imieniu własnym i takie jego święte zbójeckie prawo. W wolnym kraju z poglądami innych ludzi można polemizować, ale nie można mieć do nikogo pretensji o to, że myśli inaczej ode mnie. Przymus jednakowych poglądów to koniec wolności. Zgadzam się, że z wieloma publikacjami „Gazety” można by polemizować, ale do czorta, polemizujmy z konkretnymi publikacjami, a nie z „Gazetą” jako „Gazetą”. Polemizujmy rzeczowo, a nie emocjonalnie na zasadzie „ja tej gazety nie lubię w ogóle”, bo taka postawa nie ma sensu. Przejdźmy do kwestii kolejnych. Zarzut, że „Gazeta” popierała Tymińskiego w kampanii wyborczej jest po prostu niezgodny z prawdą. Owszem, „stanęła przeciw Wałęsie”, ale dlatego, że popierała Mazowieckiego, a nie Tymińskiego. Tymińskiego „Gazeta” zwalczała jak mogła, co każdy może stwierdzić na podstawie tekstów znajdujących się do dziś w jej archiwum. Pojawiły się nawet zarzuty, że pewne teksty atakujące Tymińskiego były przesadą, np. tekst o bitej Indiance. Być może była jakaś wpadka z płatną reklamą Tymińskiego, ale raczej wpadka, wypadek przy pracy, a nie zamierzona linia polityczna. Co do oceny postaci generała Kiszczaka, to aczkolwiek moja ocena jest zupełnie inna, niż naczelnego „Gazety”, to uważam, że każdy wolny człowiek ma prawo do własnych ocen. Tego prawa nie musi Adamowi Michnikowi „dawać 6 lat więzienia”, bo on je ma, jak każdy, z racji bycia wolnym człowiekiem. Wbrew temu, co twierdzi Stefan Małecki-Tepicht, to jest w dalszym ciągu życie prywatne Michnika, bo Michnik jest osobą prywatną. Nie jest premierem, ministrem, posłem, urzędnikiem państwowym, nie należy nawet do żadnej partii. Nie reprezentuje nawet dawnej Solidarności, bo, czego Stefan Małecki-Tepicht nie zauważył, nigdy do Solidarności Michnik nie należał. Owszem, Adam Michnik jest naczelnym „Gazety”, ale jest to gazeta prywatna, a nie publiczna. Można dyskutować z poglądami Michnika, nie zgadzać się z nimi, ale nie można twierdzić, ze on nie ma prawa mieć własnych poglądów, lub że ma prawo mieć tylko takie poglądy, które nam się podobają. Twierdzenie, że Adam Michnik w aferze Rywina „uzurpował sobie prawo do występowania równocześnie w trzech postaciach: organów ścigania, prokuratora i sędziego”, jest po prostu kompletnym pomyleniem pojęć przez Stefana Małeckiego-Tepichta. Nieprawda, że Michnik „dokonał zakupu kontrolowanego”. Michnik właśnie odmówił dokonania tego zakupu. Dokonałby go, gdyby zapłacił, gdyby zgodził się na propozycję Rywina. Tymczasem fakty są jednoznaczne – nie zgodził się i nie zapłacił. Nagranie rozmowy to nie jest „zakup kontrolowany”, to nie jest wejście w rolę organów ścigania. To jest współpraca z organami ścigania, ale nie zastępowanie ich. Kolejna nieprawda, że w czasie konfrontacji u premiera Michnik występuje jako prokurator. Występuje jako osoba, która stara się dociec prawdy w swojej własnej sprawie, bo on jest w tej sprawie stroną pokrzywdzoną i ma prawo starać się dociec w tej sprawie prawdy. Rola prokuratora to zupełnie co innego. Nieprawda też, że „przed komisją śledczą jest już sędzią”. Sędzia to jest ktoś, kto wydaje wyrok będący aktem prawnym, a nie ktoś, kto wyraża swoje zdanie na temat sprawy. Adam Michnik ma takie samo prawo wyrażać swoje zdanie, jak Pan, albo ja. Twierdzenie, że „Gazeta” prowadząc śledztwo dziennikarskie „zastępuje funkcje organów ścigania” to już zupełna bzdura. Śledztwo dziennikarskie to zupełnie co innego niż śledztwo policyjne. To jest zbieranie informacji, a nie tworzenie akt, spisywanie zeznań, zabezpieczanie śladów, dokonywanie przeszukań, zatrzymań itp. Twierdzenie, że „prokurator krajowy nie podejmował swoich obowiązków, bo dowiedział się, że śledztwo prowadzi gazeta” to już po prostu fantasmagoria. To jest kompletny absurd. Śledztwo dziennikarskie jest dla prokuratury zupełnie nie przydatne. Tym bardziej nie zwalnia ono prokuratora z jego obowiązków. To prawda, że prokuratura była tu bezczynna, jak mało kiedy, ale wcale nie dlatego, że śledztwo prowadziła gazeta. Ja bym upatrywał tu raczej głębokiej niechęci do wyjaśniania afer związanych z SLD i politycznej dyspozycyjności prokuratury wobec tej partii. Tym bardziej nie widzę tu żadnego „błędnego koła”. Kompletnym absurdem jest też zarzut, że Agora prowadziła negocjacje z rządem na temat kształtu ustawy. Owszem prowadziła, tylko jest to normalny element normalnego procesu legislacyjnego stosowany we wszystkich krajach o gospodarce rynkowej. Każde duże przedsiębiorstwo prowadzi takie negocjacje z rządem w USA, Anglii, Francji, Niemczech i każdym innym demokratycznym i praworządnym kraju. Nie prowadzi natomiast w Rosji, Chinach, Korei Północnej, Birmie, Wietnamie i na Kubie. No bo na czym polegają te negocjacje? Na wyrażaniu opinii firmy na temat projektu ustawy. Każdy normalny rząd, który przygotowuje ustawę, zbiera takie opinie. Pertraktuje z dużymi firmami, organizacjami społecznymi, partiami i byłoby bardzo źle, gdyby tego nie robił. Z drugiej strony prezes i członkowie zarządu firmy są obowiązani dbać o interes firmy. Wymaga tego od nich nawet prawo. Wymagają też akcjonariusze. W negocjacjach prowadzonych przez Wandę Rapaczyńską i Helenę Łuczywo z rządem nie ma nic nielegalnego, trefnego, niemoralnego ani nienormalnego. Wbrew temu, co Stefan Małecki-Tepicht pisze, nie prowadziły one negocjacji z „trzecią panią” ani „z grupą trzymającą władzę”, tylko z Aleksandrą Jakubowską jako przedstawicielką rządu, z wiceminister kultury i sztuki. I to nie one sobie wybrały Jakubowską na rozmówcę, tylko do tej roli wydelegował ją rząd. Podobnie mija się Stefan Małecki-Tepicht z prawdą co do treści twierdzenia Rokity zawartego w jego raporcie i wypowiedziach publicznych. Otóż Rokita nie twierdzi, że przedstawicielki Agory „prowadziły swoje uzgodnienia ze stroną rządową, z grupą trzymającą władzę”. Twierdzi, że podjęły „grę korupcyjną”, a to jest, wybaczy pan, bezczelne bezpodstawne pomówienie, bowiem nie ma dokładnie żadnych ujawnionych faktów, które by o tym świadczyły. Wręcz przeciwnie, wszystko świadczy o czymś zupełnie odwrotnym. Między prowadzeniem negocjacji z rządem, a „grą korupcyjną z grupą trzymającą władzę” jest bardzo poważna różnica i trzeba bardzo dużo złej woli, by tego nie rozumieć lub udawać, że się nie rozumie. Podobnie nie znajduję żadnego potwierdzenia w faktach dla twierdzenia Stefana Małeckiego-Tepichta, że „Gazeta” dążyła do tego by „wolność prasy i demokracja była tylko wolnością dla Agory, która zapanuje nad wszystkimi rodzajami mediów w Polsce”. Jeśli takie fakty Pan zna, to proszę je podać, bo ja takich nie znam. Nic mi na przykład nie wiadomo, by Agora dążyła do zamknięcia jakiejkolwiek gazety lub innego medium, by komukolwiek ograniczała wolność słowa. Wiadomo mi natomiast o tym, że założyłem wraz z kolegami własną gazetę i kompletnie nikt mi w tym nie przeszkadzał. Co więcej twierdzę, że każdy może zrobić to samo i właśnie dlatego twierdzę, że w Polsce jest wolna prasa. Także dlatego, że Stefan Małecki-Tepicht może publikować swoją krytykę największej polskiej gazety. W czasach, gdy największą gazetą była „Trybuna Ludu”, nie było to możliwe. Nie można jednak mylić wolności prasy z obowiązkiem publikowania przez każdą gazetę każdego tekstu, który chce się jej sprzedać. Tak pojmowanej wolności prasy nie ma w żadnym kraju i nigdy nie będzie. Wolność prasy polega na tym, że jeśli ktoś nie może opublikować czegoś w jednej gazecie, to może w innej (co Stefan Małecki-Tepicht właśnie zrobił), a w ostateczności może sobie założyć gazetę własną. Co zaś do krytyki „Gazety Wyborczej” i Agory, to jak najbardziej taką dopuszczam, nawet bardzo ostrą, ale niech ona będzie oparta na prawdziwych faktach i rzetelnych argumentach, a nie tylko na tym, że ktoś bardzo nie lubi Michnika. To za mało. Krzysztof Łoziński Od Redakcji: w następnym wydaniu „Kontratekstów” zamieścimy polemikę Piotra Rachtana z artykułem Krzysztofa Łozińskiego. Zapraszamy też Czytelników do dyskusji!
« powrót