Uchwała, że czarne jest białe, jeszcze nigdy nie powstrzymała historii

Afera Rywina obnaża wszystkie słabości polskiej klasy politycznej, szokuje, ale może to być szok uzdrawiający. Przyjęcie przez komisję śledczą, pod dyktat SLD i Samoobrony, uchwały kryjącej prawdziwych sprawców afery nic nie da. Doświadczenie historyczne uczy, że podobnych afer nie da się zatrzymać dekretem. Co by nie wymyśliła Anita Błochowiak, społeczeństwo i tak już wie, kto posłał Rywina do Agory. Ta uchwała tylko przypieczętuje koniec SLD.
To, co się dzieje wokół afery Rywina musi budzić niesmak. Prokuratorskie śledztwo prowadzone było tak, jakby chodziło o to, by niczego nie wykryć, pytania członków komisji sejmowej formułowane były tak, by komuś nie lubianemu przywalić (Michnikowi, Agorze, telewizji, SLD), a nie tak, by dociec prawdy. Zamiast rozwikłania największej afery korupcyjnej mamy żenujące widowisko – koncert fobii i kompleksów, potyczki różnych koterii. Jan Maria Rokita nie ma powodu oburzać się na Anitę Błochowiak. Sam dopiero co próbował dowieść, że to Agora Przyszła do Rywina, plotąc o rzekomej grze korupcyjnej prowadzonej przez Agorę z Aleksandrą Jakubowską za pomocą nie obecnego wówczas w Warszawie Piotra Pacewicza.
Ale przecież tak od dawna wygląda całe nasze życie polityczne, każda dyskusja sejmowa, nie ważne, czego dotyczy, zamienia się w dyskusję z Magdalenką, Balcerowiczem, grubą kreską, stanem wojennym, PRL-em i dzieckiem nienarodzonym, a meritum sprawy mało kogo obchodzi, podobnie jak w sprawie Rywina mało kogo obchodzi prawda. Ale prawda i tak już wyszła na jaw. Może więc dobrze, że ujawniony przy tej okazji obraz polskiej klasy politycznej wywołuje szok?
Demokracja i praworządność nigdy nie są ostatecznie nadane jednym aktem prawnym. Dochodzenie do nich jest procesem wymagającym wielu zmian w praktyce i w świadomości społeczeństwa. Rolę katalizatorów tych zmian odgrywają bulwersujące wydarzenia i publiczne dyskusje. Tak będzie i tym razem. Próba zadekretowania, że czarne jest białe, ze strony SLD, skończy się dla tej formacji tak, jak dla Nixona skończyła się afera Watergate. Skończy się tak, jak dla wszystkich zaklinaczy historii kończyły się wielkie afery – upadkiem i kompromitacją.

26 poprawek, czyli jak to było w USA
Uchwalona ponad 200 lat temu konstytucja Stanów Zjednoczonych była jak na tamte czasy wzorcem demokracji. Dziś byłaby nie do przyjęcia, gdyby nie wprowadzono do niej 26 poprawek. Od czasu jej uchwalenia zniesiono niewolnictwo, przyznano prawa wyborcze kobietom, zniesiono segregację rasową, znacznie rozszerzono zakres swobód obywatelskich. Każda z tych zmian poprzedzona była bulwersującą publiczną debatą. Zniesienie niewolnictwa stało się nawet jedną z przyczyn wojny domowej.
W 1955 roku, czarna szwaczka, Rosa King, została aresztowana za zajęcie w autobusie miejsca przeznaczonego dla białych.. Murzyni z Montgomery, stolicy stanu Alabama, przez ponad rok bojkotowali komunikację publiczną. Na czele ich ruchu stanął młody pastor Martin Luter King. Początkowo został aresztowany, ale w końcu Sąd Najwyższy uznał segregację rasową w autobusach za sprzeczną z konstytucją. Przez następne lata King organizował marsze i protesty. Kilkanaście razy był aresztowany. Wreszcie w 1964 roku Kongres uchwalił ustawę o równouprawnieniu, a Martin Luter King otrzymał pokojową Nagrodę Nobla. Cztery lata później zginął od kuli rasisty-fanatyka.
Mimo to społeczeństwo amerykańskie bardzo się zmieniło, jest nawet przeczulone na wszelkie objawy rasizmu. Ludzie, którzy prześladowali Martina Lutra Kinga cieszą się dziś powszechną pogardą. A jeszcze 30 lat temu pierwsza murzyńska uczennica, udająca się do szkoły wcześniej zarezerwowanej dla białych, musiała być ochraniana przez policję.
W 1972 roku dawaj dziennikarze „Washington Post”, Bob Woodward i Carl Bernstein, ujawnili fakt założenia podsłuchu w siedzibie opozycyjnej Partii Demokratycznej, kompleksie budynków zwanym Watergate. Wyszło na jaw, że jednym z włamywaczy zakładających podsłuch był ekspert z komitetu wyborczego prezydenta Richarda Nixona. Wydawca „Washington Post”, Katharine Graham, stoczyła publiczną bitwę o wolność słowa z administracją Nixona. Prezydent początkowo zareagował pogróżkami, że odbierze Graham licencje na jej dwie stacje telewizyjne i nakazał przez pośrednika, by „wzięła swych reporterów na smycz”. Prokurator generalny zagroził jej, że „wtykając nos w nie swoje sprawy, może sobie wkręcić cycek w wyżymaczkę”. Dwa lata później Richard Nixon ustąpił ze stanowiska w atmosferze skandalu. Prokurator generalny stracił posadę, a kilka grubych ryb ze świata biznesu i polityki powędrowało za kratki. Afera Watergate przyczyniła się do zwiększenia przezroczystości życia politycznego i umocniła wolność słowa.
Inną burzliwą dyskusję wywołał wydawca pisma „Hustler”, Larry Flint. Zamieszczane w „Hustlerze” śmiałe akty kobiece bulwersowały konserwatywne kręgi społeczeństwa. Flintowi wytoczono proces, został nawet postrzelony, ale ostatecznie przyczynił się do znacznego poszerzenia zakresu wolności mediów w USA. Jego główny adwersarz skompromitował się udziałem w nadużyciach finansowych. Afera Larryego Flinta ujawniła hipokryzję środowisk purytańskich.

Zdrajca, czy sumienie Francji?
We wrześniu 1894 roku pracująca dla wywiadu Francji sprzątaczka w ambasadzie Niemiec znalazła list anonimowego oficera oferującego informacja wywiadowcze. Podejrzenia padły na Żyda, kapitana Alfreda Dreyfusa. Skrajnie prawicowa gazeta „La Libre Parole” opublikowała artykuł: „Zdrada stanu. Aresztowanie oficera – Żyda!”. Mimo że ekspert porównujący charakter pisma wykluczył go jako autora listu, Dreyfus został skazany na dożywotnie zesłanie na Diabelską Wyspę w pobliżu Gujany.
Dwa lata później nowy szef kontrwywiadu, podpułkownik Picquart, zidentyfikował rzeczywistego szpiega, majora Eserhazy i zaczął domagać się uwolnienia Dreyfusa. Zastępca szefa sztabu generalnego, generał Gonse, odpowiedział mu – Co panu szkodzi, że ten Żyd siedzi na Diabelskiej wyspie? Picquard został zdjęty ze stanowiska, ale sprawy nie można było już zatuszować. Wiceprzewodniczący senatu, protestant, Scheurer-Kestner wniósł interpelację. Premier odpowiedział – Nie ma sprawy Dreyfusa. Został prawomocnie skazany. Nie ma żadnych nowych faktów. W odpowiedzi Scheurer-Kestner opublikował list otwarty ujawniający nowe fakty.
W reakcji na to „La Libre Parole” napisał: „każdy protestant jest pół-Żydem”. „Jak długo rząd będzie tolerował knowania Żydów?” – grzmieli deputowani w Zgromadzeniu Narodowym.
Za Picquardem, Scheurer-Kestnerem i Dreyfusem wstawil się pisarz Emil Zola. Po serii publikacji ogłosił 13 stycznia 1898 roku list otwarty do prezydenta republiki pod tytułem „Oskarżam”. 7 lutego stanął przed sadem. Tłum pod Pałacem Sprawiedliwości krzyczał: „śmierć sutenerowi”. Ulotki głosiły: „Zola to pół-Włoch, ćwierć-Grek, ćwierć-Francuz! Potrójny, czy poczwórny mieszaniec!”. „La Libre Parole” napisał: „człowiek noszący okryte hańbą nazwisko, gruboskórny cham, snob, Niemiec, Austriak, Włoch, cudzoziemiec, mieszaniec – wszyscy oni są za Dreyfusem”.
W nieuczciwym procesie Emil Zola został skazany na rok wiezienia i 3 tys. frankow grzywny. Adwokat Labori wniósł skargę do trybunału kasacyjnego. Grupa intelektualistów powołała Ligę Praw Człowieka. Społeczeństwo zostało podzielone, coraz mniej ludzi wierzyło w winę Dreyfusa. Ujawniane zostają coraz to nowe dowody jego niewinności. Wreszcie doszło do rozprawy rewizyjnej. We wrześniu 1899 roku sąd wydał kuriozalny wyrok: Dreyfus został uznany za winnego, ale skazany tylko na 10 lat więzienia.
Wyrok wywołał powszechne oburzenie w Europie. Przed ambasadami Francji odbywały się demonstracje. Wreszcie 20 września 1899 roku, po pięciu latach od uwięzienia, rząd ułaskawił Dreyfusa. Pełna rehabilitacja nastąpiła dopiero w 1906 roku.
Sprawa Alfreda Dreyfusa stała się dla Francji moralnym przełomem. Sto lat później prezydent Chirac napisał list do spadkobierców Dreyfusa i jego obrońców: „Francja jest wdzięczna waszym przodkom za to, że z podziwu godną odwagą nadali najgłębszy sens takim wartościom, jak wolność, godność i sprawiedliwość…”

Duch Talleyranda
200 lat temu francuski dyplomata Talleyrand zażądał od Amerykanów łapówki za zakończenie wojny morskiej. Mimo że Amerykanie w 1797 roku ujawnili ten fakt, nie przeszkodziło mu to w karierze politycznej, bo wówczas czerpanie korupcyjnych korzyści z zajmowanego stanowiska było niemal normą. Społeczeństwa państw demokratycznych musiały przejść długą drogę, nim zaczęły postrzegać korupcję jako zjawisko naganne.
Obecnie we wszystkich demokratycznych państwach toczą się śledztwa w sprawach o korupcję. W sprawy takie uwikłani są (lub byli) Jacques Chirac, Francis Mitterand, Helmut Kohl, Edmund Stoiber, Silvio Berlusconi, Benito Craxi… W Polsce też mamy potężną kolekcję polityków różnego szczebla, na których ciążą podejrzenia korupcyjne. Doświadczenie historyczne uczy, że prędzej czy później podobne sprawy osiągają finał w sądzie, choć wcześniej ich bohaterowie kręcą i kombinują starając się zapewnić sobie bezkarność. Ale czym więcej kręcą i kombinują, tym większa staje się determinacja i presja społeczeństw, tym bardziej drąży sprawy wolna prasa. Podobnie będzie ze sprawą Rywina i „grupy trzymającej władzę”. Żadne kombinacje SLD i Samoobrony tu nie pomogą, bo niemal wszyscy w Polsce już wiedzą, że duch Talleyranda tym razem nawiedził nie tylko Lwa Rywina, ale także jego wspólników. I co więcej, wszyscy już znają tych wspólników z imienia i nazwiska.
Po cynicznym przegłosowaniu sprawozdania komisji śledczej w wersji Anity Błochowiak, afera Rywina nie ucichnie, tylko wybuchnie ze zdwojoną siłą, podobnie jak nie pomogły w innych krajach próby zatuszowania afery Watergate czy afery Dreyfusa. Zamiast efektu zatuszowania sprawy, SLD osiągnęło rezultat odwrotny, pokazało starą bolszewicką twarz „republiki kolesiów”, którym naprawdę chodzi tylko o majątki, posady i bezkarność. Ostatnie złudzenia, że stary PZPR-owski beton przeistoczył się w nowoczesną socjaldemokrację, zostały rozwiane. Co by Anita Błochowiak i jej partia nie kombinowały, ten krok przesądził o ostatecznej kompromitacji i upadku SLD. Trudno się teraz będzie wykręcić od odpowiedzialności bez pomocy dyspozycyjnych politycznie prokuratorów i łaskawego oka dyspozycyjnych służb specjalnych. Wraz z upadkiem rządu SLD i samego SLD, afera Rywina wypłynie znów na wierzch, jak korek z mętnej wody.
Panowie i panie z SLD - sztandar wyprowadzić! Parasol ochronny nad „republiką kolesiów” zwinąć!

Krzysztof Łoziński