Sierpinski1.jpgImpresje spoza pięciolinii

Kobieta, która bierze batutę do ręki, od razu na starcie staje na przegranej pozycji: wśród setki muzyków orkiestry symfonicznej większość stanowią mężczyźni. A ci nie lubią, jak dyrygent w spódnicy podporządkowuje ich kobiecej woli, wymachując do tego przed nosem batutą...
Poznałem Ewę bardzo wcześnie, jeszcze gdy była w szkole, potem na studiach; była i przerwa w naszych kontaktach, kiedy pojechała do Wiednia na dodatkowe studia, wreszcie spotkaliśmy się w czasie jej najważniejszego egzaminu życiowego, kiedy zaczęła dyrygować w Zielonej Górze. Tam chyba dostała pierwszą dobrą szkołę: jej szefem był muzyk, pianista, który odreagowywał na codzień wszystkie swe kompleksy po zakończonym bez sukcesów Konkursie Chopinowskim.

Ale pierwszy raz pokazała swój „pazur” artystki we Wrocławiu, kiedy w ciągu jednego wieczoru poprowadziła w pięknej sali Leopoldinum dwie opery: Scarlattiego i Edwarda Bogusławskiego. Pomysł był równie śmiały, co ciekawy, bo z jednej strony zestawienie barokowego dzieła z utworem współczesnego twórcy, a z drugiej przypomnienie (co tu, we Wrocławiu nabierało specjalnego znaczenia) dzieła nadwornego kapelmistrza królowej Marysieńki Sobieskiej z operą kompozytora z Katowic, wychowanka prof. Bolesława Szabelskiego, który z kolei był uczniem Karola Szymanowskiego...

Wreszcie przyszła pierwsza ważna i znacząca propozycja: Kraków zaproponował Ewie Michnik dyrekcję podwawelskiego Teatru Muzycznego. Zadanie niełatwe, bo instytucja dysponowała wprawdzie pomieszczeniami na próby, ale bez własnej sali widowiskowej. Trzeba było grać zatem na niedzielnych porankach i w wolne poniedziałki w teatrze dramatycznym.
A jednak, mimo wszystkie te trudności, placówka zyskiwała coraz większe uznanie dla osiąganego poziomu i ciekawego doboru repertuaru. A nawet w miarę mijania czasu, powstał projekt budowy gmachu operowego na drugim brzegu Wisły, vis a vis Wawelu. Miejscowa prasa bardzo się tym tematem entuzjazmowała, ale coraz wyraźniej było widać, że projekt nie wyjdzie poza rysunek.

Zespół pozbawiony perspektyw gorzkniał na codzień i coraz trudniej było z nim pracować. Ewę Michnik też coraz częściej ogarniało zniechęcenie: wprawdzie sukcesy odnoszone indywidualnie na koncertach w Pradze, Hamburgu, Tokio, nagroda „Orfeusza” na „Warszawskiej Jesieni”, złota batuta, którą dostała jako wyróżnienie dla jej sztuki dyrygenckiej we włoskim Busetto oraz „Fryderyk”- specjalna nagroda za nagrania płytowe utworów Lutosławskiego. Z teatrem muzycznym było coraz gorzej: wprawdzie gorycz porażki z własnym gmachem łatały sukcesy na wyjazdach zagranicznych, z braku sali latem brali udział w festiwalach w ośrodkach klimatycznych, ale to wszystko nie było na miarę ambicji pani Ewy...

Wreszcie przyszło wielkie wyzwanie. Rok 1995 i zaproszenie do objęcia dyrekcji Opery Wrocławskiej. Teatru, którego stały budynek był akurat w remoncie, wszystkie zespoły strajkowały, nikt nie grał, nie śpiewał, wszyscy wiecowali i układali listy postulatów. Przyjaciele pani Ewy odradzali jej przyjęcie propozycji, straszyli trudnościami, ale nie wiedzieli, że ta drobna, o eterycznej budowie kobieta, która stale robiła wrażenie panienki wrażliwej atmosferą, która wyniosła z domu - właśnie uwielbia takie wyzwania.

Zaczęło się wielkie dyrektorowanie: od spacyfikowania zespołów i zapędzania ich do pracy. Zarysowania planów, które mogły porwać każdego artystę, któremu zależy na czymś więcej, od robienia pieniędzy.
Że nie ma gdzie grać, bo teatr w remoncie? No to bierzemy Halę Ludową z paroma tysiącami miejsc i zrobimy tam gigantyczne widowiska, które złapią publiczność. Na początek „Aida” z wielbłądami, lwami i czort wie, z jakimi jeszcze zwierzakami - ale te wszystkie „dodatki” ani na moment nie stanowiły taryfy ulgowej. Ewa Michnik „piłowała” do najdrobniejszych szczegółów każdą nutę w muzyce orkiestry, głosach chóru i solistów.

No i zaczęło się! Ludzie walili, jak to się mówi, drzwiami i oknami, krytycy zjeżdżali na te widowiska z całego kraju piejąc peany na cześć Pani Dyrektor, a ona, jak by jej mało było jeszcze pracy, wkrótce objęła kierownictwo artystyczne międzynarodowego festiwalu „Wratislavia Cantans”. I znowu mogła sobie poszaleć!... Z roku na rok impreza nabierała blasku, pojawiły się znakomite nazwiska solistów, doskonałe firmy orkiestr z całego świata.
Ewa nigdy nie interesowała się polityką, ale miała coś, co by można było nazwać u niej „genius loci”. Czuła, że Wrocław leży na przecięciu dwóch kultur i trzeba to wykorzystać. Ledwie zakończyła wielką premierę „Na Odrze” (kazała zbudować scenę na barkach ustawionych na rzece i w nocnej scenerii i blasku reflektorów), znowu zaskoczyła ludzi nowym pomysłem. Ale w tym samym czasie trwały już próby do wagnerowskiej teatrologii: siłami polskimi i międzynarodowymi miały pojawić się we Wrocławiu wszystkie dzieła Ryszarda Wagnera.

To tyle na dzisiaj. Co zrobi Ewa Michnik jutro? Ona tylko to wie; zresztą nie będzie z tego robiła tajemnicy – powie nam o tym wkrótce. Jedno już wiemy: nawet jak odzyska budynek opery po remoncie, nie zrezygnuje z prezentacji wielkich dzieł w Hali Ludowej. Władze już wyraziły zgodę: potrafią docenić, co ich Mała Pani potrafi zrobić w ich wielkim domu...
Doceniają, chociaż przyznają, że czasami dostają zadyszki od narzuconego im przez Ewę Michnik tempa...
Zdzisław Sierpiński
Autor był przez 52 sezony komentatorem muzycznym w "Życiu Warszawy".
Dziś ma 80 lat.