czyli moja prywatna lista wyborcza
Polnische wirtschaft

Pod koniec marca „Gazeta Wyborcza” wzięła się za bary z tematem, który od lat leży odłogiem na ulicach i trawnikach. Chodzi o psie odchody, których nikt nie sprząta, nie chce sprzątać i których – czego jestem pewien – przez najbliższych dwadzieścia (co najmniej) lat nikt w Polsce sprzątać nie będzie. Jako że do niedawna byłem właścicielem czarnej, podpalanej jamniczki o imieniu Trąba, temat ten znam nie tylko z lektury „GW” i obserwacji, ale także z autopsji. Dlatego postanowiłem włączyć się do dyskusji, albowiem publikacje w „GW” dostarczają arcyciekawych wniosków w sprawie polskiej kultury życia codziennego.
Najpierw parę liczb, ponieważ właśnie liczby najlepiej ilustrują skalę tego zjawiska. W moim bloku jeden pies przypada na sześć mieszkań. Biorąc pod uwagę, że w Warszawie z przyległościami mieszka dwa i pół miliona ludzi oszacowałem, że po stołecznych ulicach, skwerach i parkach biega sobie beztrosko około sto tysięcy piesków. Skromnie licząc (po 5 deka na czworonoga) pieski te wzbogacają codziennie Warszawą o 5 ton odchodów, co daje rocznie prawie 2 tysiące ton gówna.
Pieski, bo taka ich natura, biegają sobie beztrosko, ale co na to ludzie? Ha! Tutaj właśnie przechodzimy do zagadnienia kultury, a raczej właściwych Polakom podstawowych standardów cywilizacyjnych. Otóż stwierdziłem, że w tych okolicach gdzie wychodziłem z Trąbą na spacer, byłem jednym jedynym (!), który nosił ze sobą urządzenie do sprzątania psich odchodów i zbierał po swoim psie kupę. Jedynym na mniej więcej pięćdziesięciu właścicieli czworonogów, czyli że należę do dwóch procent Pokaków. Tym pozostałym zupełnie nie przeszkadzało, że ich pieski zostawiają gówienka pod sama klatką schodową, czyli w miejscu, przez które oni sami przechodzą kilka razy dziennie. Widocznie dla tych ludzi jest zupełnie normalne i naturalne, że wokół ich domu walają się psie gówna. Co więcej, gdy zwracałem im grzecznie uwagę, reagowali agresją i krzykiem. Wniosek z tego może być tylko taki, że 98 procent Polaków uważa psie gówno pod swoim domem (i nosem) za podstawowy standard cywilizacyjny.
W „Gazecie Wyborczej” podniosły się głosy oburzenia, że straż miejska nie reaguje na to zjawisko. Ejże! Przecież trudno oczekiwać, aby strażników miejskich rekrutowano z owej 2-procentowej mniejszości Polaków, którzy psich gówien nie tolerują. Sprawa jest ewidentna, albowiem i ci, którzy rekrutują strażników miejskich należą do tych 98 procent, dla których psie gówno pod domem i na ulicy jest standardem. Ba, sądzę, że i sam komendant straży miejskiej należy do owej 98-procentowej większości. Gdyby było bowiem inaczej, warszawscy strażnicy miejscy zostaliby w tej mierze odpowiednio przeszkoleni.
Jednak przeszkoleni nie zostali, o czym przekonałem się niedawno w samym centrum Warszawy. Oto przy zbiegu ulic Emilii Plater i Wspólnej znajduje się duży plac zabaw dla dzieci, zaś na ogrodzeniu wisi widoczna tabliczka, że wprowadzanie tam psów jest zabronione. Tabliczka sobie wisi, ale ilekroć tamtędy przechodzę, za każdym razem widzę tam ludzi z psami. Parę dni temu natknąłem się, dokładnie przy wejściu na ów placyk, na dwóch rosłych strażników miejskich. Pokazałem im tę tabliczkę, na co obaj uśmiechnęli się ironicznie, wzruszyli ramionami i spokojnie poszli sobie dalej, jakby byli nie w pracy, ale na spacerze (a dochodziła godzina 13.).
Teraz, ilekroć czytam w gazecie sondaże przedwyborcze, to owe 98 procent amatorów psich gówien nakłada mi się nieodparcie na 22 procent poparcia dla Platformy Obywatelskiej i 28 procent dla Samoobrony (oraz jakieś tam procenty dla pozostałych partii). To, że Samoobronę popierają ci, którzy lubią się taplać w psich odchodach, traktuję jako rzecz zrozumiałą. Platformie Obywatelskiej miłościwie ujmuję tę 2-procentową mniejszość, ale i tak owe 20 procent zwolenników PO stanowią w stu procentach ci, dla których psie gówno pod domem jest normalnym standardem cywilizacyjnym.
I na kogo tu głosować w nadchodzących wyborach, aby nie być razem z miłośnikami psich gówien?

Andrzej W. Pawluczuk

PS. W trakcie pisania tego felietonu przed moimi oknami (a wychodzą na park) przedefilowało 17 osób z psami. I nikt nie miał ze sobą urządzenia do zbierania gówienek (8 złotych na bazarku Sadyba).