Po Piastach, Przemyślidach, Andegawenach, Jagiellonach, Wazach i Wettynach szykuje się w Polsce kolejna dynastia – Kaczyńskich. Jeśli brat przejmie władzę po bracie – to już wystarczy, szereg dynastyczny może liczyć tylko dwie osoby. Choć prasa donosi, że za politykę chce się wziąć także zięć świętej pamięci prezydenta, nie mówiąc o córce, która wesprze stryja.
 Nie ma tu nic nieoczekiwanego, już przed laty Jarosław Kaczyński zapowiadał, że po dwóch kadencjach Lecha nastąpią dwie kolejne jego własne. Teraz przystępuje do realizacji swoich zapowiedzi, wprawdzie los wyznaczył mu wcześniejszy termin, jednak pozostaje wierny planom. I kieruje się nie tym, że oto brat nie dokończył dzieła swojego życia, lecz że dzieło to wymyślił i zaplanował sam Jarosław, a Lech był tylko wykonawcą projektu. Na dodatek – nie do końca wiernym.
Problem sukcesji dynastycznej staje w naszym kraju po raz pierwszy od upadku monarchii. Dziwi mnie, że mało kto dostrzega to w ten właśnie sposób. Może dlatego, że w dzisiejszym świecie, w którym maleje znaczenie historii, sukcesja w demokratycznej republice może być tylko anachronicznym, o ile nie groteskowym dziwactwem. Ale my w Polsce zawsze chcieliśmy być inni i wyróżniać się na tle coraz bardziej upodabniających się do siebie państw: tłuczemy się po łbach z powodu dawno zapomnianych wydarzeń, licytujemy się w wierności zmarłemu papieżowi, sprawdzamy czystość krwi przodków, czemu więc – w zgodzie z polityką historyczną - nie mielibyśmy wybrać sobie dynastycznego sukcesora?
Tylko z których Kaczyńskich jest ten Jarosław? Jaki herb będzie zdobił jego pieczęć? Pomian (głowa żubra przebita mieczem), do czego namawiają monarchiści, czy Jastrzębiec, a może – jak donoszą internauci – zwyczajnie, wyliniały Alik?
Piotr Rachtan