Mój niegdysiejszy, bo sprzed mniej więcej 25 lat,  osobisty narzeczony bardzo nie lubił „Ruskich". Nie tak, żeby od razu za coś konkretnie, na przykład za ich „poczucie imperialności", czy za kilka nieciekawych epizodów ze wspólnej historii lub polityki (co i mnie się zdarza, choć tu przecież chodzi nie tyle o naród, co o konkretnych władców lub polityków, a najczęściej o - dosyć popularne skądinąd „dwa w jednym").
Pan ,nazwijmy go W., człowiek z wyższym wykształceniem humanistycznym, nie lubił „Ruskich" w ogóle, po prostu za to, że są „ruscy". Nie lubił ich do tego stopnia, że gdy dowiedział się, że ja, w trzech ósmych, też jestem „ruska", przeżył prawdziwy szok. Oczywiście, jako człowiek wykształcony, nie obarczał mnie osobistą odpowiedzialnością za Lenina, Stalina, czy Berię, chodziło mu raczej o różnice mentalne i kulturowe, te w myśl schematu „my - cywilizowana, o mało co zachodnia, Europa i oni - dziki wschód. Tak na marginesie, ja też nie lubię facetów w brudnych ciemnych wizytowych butach i białych skarpetkach, opróżniających swój pęcherz moczowy w śmietnikach, ale spotykałam i spotykam ich także w Polsce, w przeważającej większości nie są to, niestety, goście zza wschodniej granicy, (Przy okazji warto sobie może uświadomić, iż obecnie nasza granica z Rosją, to bardzo niewielki fragment wschodniej granicy RP).

Ale wracając do mojego byłego... Pełne samouspokojenie umysłu i duszy , w kwestii mego pochodzenia, nastąpiło u niego dopiero po autoreflekleksji polegającej na stwierdzeniu, że przecież prawie całe świadome życie przeżyłam w Polsce, chodziłam do polskich szkół, wyrastałam głównie w polskiej tradycji, i że polskich genów we mnie więcej, niż jakichkolwiek innych. Zupełnie jakby inny procent tych lub innych genów, czynił ze mnie raptem całkiem inną, niż dotąd, osobę.

Rzecz cała nie byłaby może nawet, potraktowana jako sprawa prywatna, warta wzmianki, gdyby nie fakt, że owo wspomnienie pobudziło mnie właśnie do przemyśleń, czy my tak naprawdę nie lubimy „ruskich", czy tylko zaborców, oraz Włodzimierza Ilicza Ulianowa, Josifa Wisarionowicza Dżugaszwili, tudzież Ławrientija Berii?...

Otóż wydaje mi się, że „ruskich", wbrew pozorom i werbalnym deklaracjom, lubimy i to nawet bardzo. Imprezują przecież i chleją nie gorzej od nas, emocjonalność oraz bojowo - militarną fantazję mamy wszak podobną słowiańską, co zresztą za tym idzie, sztukę, a szczególnie literaturę, której zdeklarowanym wielbicielem był zresztą mój eks, zresztą również.

Czegóż więc aż tak bardzo mógł ów Pan, a wiadomo przecież, że nie tylko on, nie lubić? Na serio przypuszczam, że być może... pierogów określanych ww. przymiotnikiem. Jeśli tak, to chyba dobrze, że się rozstaliśmy. Na koniec jeszcze jedna informacja. Otóż są w Polsce regiony, stacjonowały w nich kiedyś wojska naszego byłego sojusznika, gdzie pierogi, o których mowa, smakujące równie dobrze, jak na pozostałym terytorium naszego kraju, nazywają się legnickie. Więc nawet do nich nie ma się specjalnie o co przyp...olić.

Ewa Karbowska