Ponieważ zdarza mi się niekiedy bywać felietonistką polityczną, okoliczność, do której chcę się przyznać za chwilę, może się czytelnikom wydać trochę dziwna. Może nawet nasunąć im podejrzenie, że - przynajmniej w tym stopniu w jakim zajmuje mnie polskie życie polityczne - świadomie podcinam gałąź, na której siedzę. Ryzykując więc powstanie, u iluś tam ludzi, domniemania, iż cierpię na , choćby niewielkie, skłonności masochistyczne, wyznaję, iż coraz bardziej tęsknię za „sezonem ogórkowym".
Jeśli ktoś nie pamięta, lub zgoła nie zna, istoty tego pojęcia, to chętnie przypomnę, albo powiem, że występowało kiedyś w Polsce, powiadają, że na świecie mamy z nim do czynienia do dziś, zjawisko kanikuły politycznej. Na wakacje jechali wtedy nie tylko prości obywatele, ale także ich wybrańcy - to jest członkowie parlamentu, rządu i wszelkiej innej maści funkcjonariusze państwowi. Zmartwieni tym faktem państwo dziennikarze nie mieli wtedy specjalnie o czym pisać. Zajmowali się więc , przysłowiowo, urodzajem i cenami ogórków, stąd wzięła się nazwa tego sezonowego społecznego zjawiska, chociaż istniały, oczywiście, i  inne tematy dyżurne. Na przykład „baba z brodą", albo „potwór z Loch Ness".

Dzisiaj, w czasach, gdy pokaźną część tych, których w ogóle stać na wypoczynek podczas urlopu, stanowią właśnie nasi ulubieni „wybrańcy narodu", sprawa ma się zupełnie inaczej. Politycy, chyba z troski o dostarczanie rozrywki wyborcom, nawet w czasie letnich miesięcy, codziennie  wycinają rozmaite numery i wywijają coraz to ciekawsze figury taneczne. Byle tylko człowiek nie miał szans zapomnieć o ich istnieniu.

Niedawno, w rozmowie z Moim Przyjacielem bardem i poetą, przyznałam, że - z jednej strony - poczynania naszych, za przeproszeniem, „luminarzy" sceny politycznej irytują mnie tak bardzo, iż nie mogę się

powstrzymać od komentowania, z drugiej zaś strony, czuję się zmęczona ciągłą gotowością zabierania głosu, celem komentowania głupoty, uważanej zresztą - w aktualnych kręgach państwowotwórczych - za najwyższą cnotę. Jednym słowem, jak już, w tym tekście, wspomniałam wcześniej, zatęskniłam za sezonem ogórkowym.

Mój Przyjaciel, człowiek, jak na artystę, myślący niezwykle racjonalnie, najpierw zapytał, a potem stwierdził: „A po co ci „sezon ogórkowy? Wyłącz telewizor , przestań czytać gazety i zajmij się sztuką". Istotnie, pomyślałam, i, tymczasem nie ruszając się zza biurka, wyruszyłam w pierwszą wakacyjną, w moim wypadku prowadzącą do miejsca urodzenia, wymarzoną podróż. Czego wszystkim życzę:

"Ułamek rosyjskiej duszy"

Cóż, że skropiona wódką
albo i samogonem,
cóż, że wiecznie rozdarta (jak ja),
ciepła rosyjska dusza,
w starym cerkiewnym dzwonie,
w parze, tej z samowara, wciąż trwa.

Ciągle żyją, znów młodzi,
Dostojewski, Jesienin,
gdzieś tam Puszkin majaczy we mgle
jest Wołodja Wysocki , zawsze ten sam,
z gitarą i kropelką prawdy na dnie.

Z biegiem Newy samotnie
błądzę po Petersburgu -
na rozmowę z Cwietajewą czas.
W uszach brzmi mi niezmiennie
- pod tym niebem pochmurnym -
Szaliapina głęboki bas.


Ewelina Pacak 7.07.07