Pióro wieczne, jąkanie (się), a życie medialne,
czyli moje zwierzenia intymne, albo inicjatywa mająca na celu podniesienie jakość wypowiedzi publicznych.
Choć to trochę nieskromne, a może właśnie dlatego, muszę się zwierzyć z pewnych elementów własnej biografii, czy też - dokładniej - z pewnych jej, pozaerotycznych, aspektów intymnych.
Czynnością w tym rozumieniu intymną jest dla mnie, na przykład, pisanie. Nie chodzi mi przy tym o umiejętność pisania jako taką, to jest o tę, którą - jak większość znanych mi ludzi - nabyłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, a o technologię pisania z sensem, a nawet, wyrażając się precyzyjniej, o sposób pisania z sensem rzeczy istotnych.

W tym miejscu pora przejść do zapowiadanych konkretów intymnych. Otóż, mimo, że jestem w wieku dużo więcej niż balzakowskim, to jednak należę do tej generacji, która od dzieciństwa posługiwała się już raczej długopisem, niż wiecznym piórem, czy też obsadką ze stalówką, a nieco później - bez większych kompleksów - płynnie przeszła do posługiwania się, również jako maszyną do pisania, komputerem. Niemniej, ZAWSZE gdy mam do napisania, czy nawet tylko podpisania, coś dla mnie naprawdę ważnego staram się, jeśli to możliwe, posługiwać wiecznym piórem. Przy czym, w miarę możliwości wyboru, nie powinno być to pióro na tak zwane „atramentowe naboje", ale klasyczne, tłokowe lub „z gumką", w każdym razie napełniane „z butelki". Robię tak dlatego, że cała konieczna przy używaniu pióra celebracja, jako kłopotliwa i stosunkowo czasochłonna, daje mi dodatkową zwłokę. Zwłokę niezbędną do tego, że jeszcze raz zastanowić się nad tym, co ma być napisane. Powiem więcej, nawet, gdy już zacznę pisać, fakt, iż wieczne pióro „chodzi" po papierze ze sporym oporem sprawia, że i wtedy skłonna jestem dłużej myśleć o tym, co piszę. Po prostu dlatego, że - może szczególnie mnie jako osobie ruchowo niepełnosprawnej, ale chyba nie tylko mnie - piórem pisze się trudniej i wolniej, to po pierwsze piszę staranniej niż na przykład, ołówkiem, długopisem, czy innym mazakiem, a po drugie wymagające większego trudu pisanie implikuje, przynajmniej w moim wypadku, bardziej dogłębne myślenie. Mówiąc krótko, ponieważ pisze się z niejakim fizycznym wysiłkiem, człowiek stara się nie bazgrać byle czego. Ostatnia uwaga, wbrew pozorom, dotyczy także pisania przy pomocy komputera. Wprawdzie komputer sam w sobie, z oczywistych względów, wyklucza bazgranie w sensie dosłownym, ale łatwość w naciskaniu klawiszy na jego klawiaturze bardzo, niestety, sprzyja bazgroleniu intelektualnemu. A skoro tak to może, uwzględniając oczywiście, zmiany historyczne, warto by przypomnieć, naturalnie całkowicie zmieniając jego kontekst, skądinąd - w dawnym rozumieniu absolutnie idiotyczne, ale w nowym - według mnie - bardzo potrzebne, hasło: "pisarze [...ale i dziennikarze, publicyści, POLITYCY..] do piór, tym razem w sensie dosłownym. Pora przestać mazać byle co, bo prosty polski czytelnik, nie tylko tzw. inteligent, jest już u kresu wytrzymałości psychicznej. Mogłabym oczywiście podać teraz listę wymownych przykładów, ale tego nie uczynię. Tym razem idzie mi bowiem bardziej o istotę samego zjawiska, niż o ujawnianie własnych, intelektualnych, czy politycznych, sympatii i antypatii.

To samo zresztą, co w słowie pisanym, zjawisko „byle jakości" odnosi się do języka mówionego. Tyle tylko, że mazanie lub bazgranie zostaje tu zastąpione pleceniem, bo „język", wcale nie taki znowu „giętki", mówi, zbyt często, znacznie szybciej, niż „pomyśli głowa".

Gdy zaczęłam się zastanawiać, co w mowie mogłoby być „zamiennikiem" pióra w piśmie, przypomniał mi się redaktor Adam Michnik, bo niezależnie od tego, czy ktoś podziela Jego poglądy, czy też nie, to musi, przy odrobinie obiektywizmu, przyznać, że każdy człowiek, który ma problemy z mówieniem, czyli - na przykład się jąka - a więc wysławianie się przychodzi mu z dużą fizyczną trudnością, stara się nie pleść byle czego, bo sam proces mówienia kosztuje go wiele wysiłku.

Dla zdrowia psychicznego nas wszystkich ogłaszam więc apel o apoteozę w życiu publicznym JĄKAŁY PISZĄCEGO WIECZNYM PIÓREM, jako apoteozę mówienia i pisania z namysłem. Gdyby nie fakt, że NIESTETY się nie jąkam, choć czasem - jako osoba z mózgowym porażeniem dziecięcym - w momentach zdenerwowania, mówię trochę niewyraźnie i z lekkim przydechem, sama chętnie zapisałabym się do tego bractwa. A póki co, robię co mogę: RZECZY WAŻNE PISZĘ WIECZNYM PIÓREM.

Ewa Karbowska maj 2007r.