Potrzebny jest sukces.
Nie sukcesik, nie jakaś mała sprawa, a SUKCES!
Przydałby się zwłaszcza, że to, co już kilka razy miało być sukcesem, nawet sukcesikiem się nie stało, a czas leci.
Gdy przyjdzie ten właściwy moment, dobrze byłoby powiedzieć: „oto przed tobą, elektoracie człowiek, który wprowadził do Konstytucji Najjaśniejszej Rzeczypospolitej najświętszą zasadę ochrony życia ludzkiego, bo życie ludzkie jest...." i tu, to co zwykle w takich okolicznościach się mówi. Wraz z niezbędnym dodaniem paru słów o pokonaniu wrogów życia, rzucanych kłodach pod nogi i wyczerpującej acz zwycięskiej walce z liberalizmem.

Taki argument za kandydatem na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej - każda firma PR prowadząca kampanię wyborczą aż oblizałaby się mając go w garści.

Bo to byłby SUKCES!

Istota sporu o zmianę w konstytucji dotyczącą ochrony życia nie leży w ideologii. Mimo szczerego niewątpliwie zaangażowania się posłów katolickich, gry Giertycha o poparcie LPR przez ojca Rydzyka, co nie wyklucza szczerości opowiedzenia się za bezwzględną ochroną życia i  niezbyt wydawałoby się jasnych pobudek działań Jarosława Kaczyńskiego.

Jarosław Kaczyński gra o główną wygraną, o reelekcję Lecha* - miała wygrać poprawka prezydencka, żadna inna. Każda inna odbierałaby SUKCES i oddawała go we wdzięczną pamięć ojca Rydzyka, owocującą zapewne solidnym wsparciem Radia Maryja i jego Rodziny, a także milionów katolickich wyborców przeznaczonym nie dla tego, któremu to wparcie przypaść powinno.

Stąd zapewne ta zdumiewająca i bezwzględna walka stoczona przez Jarosława Kaczyńskiego z własnymi posłami i z własnymi koalicjantami. Walka z użyciem groźby przyspieszonych wyborów, ze straszeniem wyrzuceniem z partii (wyrażonym dosadnym polskim określeniem), z niezapowiedzianym, płomiennym wystąpieniem sejmowym. Walka przegrana.

Przegrana przez wszystkich uczestników - ideowych i bezideowych, cwanych wyg sejmowych grających o własny partykularny interes i  tych starających się dokonać czegoś w imię racji najwyższych.

Bo Jarosław Kaczyński tego jednego powodu, dla którego wbrew zdrowemu rozsądkowi, wystawił na szwank jedność i koalicji, i własnego klubu parlamentarnego - tego jednego powodu, tej potrzeby sukcesu dla brata,  nie mógł  użyć jako argumentu.

Marek Jurek  z dnia na dzień stał się postacią, u którego marszałkowskiej laski zawisł los całej koalicji i rządu.

Ale spokojnie - nic się nie stało. W każdym razie nic ważnego.

Sprawa wprowadzenia do konstytucji prezydenckiej poprawki dotyczącej ochrony życia nie zakończyła się i wróci pod obrady prześwietnego Sejmu za jakiś, potrzebny do wyciszenia emocji, czas. 

Marek Jurek być może nie będzie już Marszałkiem Sejmu, ale z pewnością pozostanie wiernym sojusznikiem rządu, odkładając źle wróżącą perspektywę zakładania jakiejś własnej partii ad calendas Graecas, ku niewątpliwemu rozczarowaniu uczestników  modnej w Polsce ostatnimi czasy gry intelektualnej pod nazwą "zakładamy nową partię".

Rząd się utrzyma, „brudna koalicja" takoż.

Co prawda trzeba będzie teraz chadzać  Jarosławowi Kaczyńskiemu co posiedzenie sejmowe do Lepperowej Canossy  i ustępować a to w kwestii biopaliw, a to jakiejś nominacji, albo i powołania kolejnej agendy rządowej dla  samoobroniarskiej, niezagospodarowanej nadwyżki intelektualnej,  po 7 000 PLN netto od sztuki - ale furda tam!

Nawet i z Platformą można się ugodzić w tej czy innej sprawie. Jakąś komisją pozwolić im się pobawić, oczywiście pod kontrolą - przecież tam też są ludzie a nie same liberały. I może LPR  za jakieś frukta da się przekonać, że lepsza poprawka prezydencka niż żadna.

Ważne, ze SUKCES nadal pozostanie w zasięgu ręki.

Bo SUKCES jest pilnie potrzebny!

Renata Rudecka-Kalinowska
Kraków