Kiedy słyszymy, że nasze pieniądze zostały na coś tam zmarnowane, że znowu mamy za coś tam płacić więcej, tradycyjnie i obowiązkowo więcej dokładać do worka bez dna, zaczynamy narzekać. Ale nie narzekamy zbyt głośno. Swoje zdanie wyrażamy szeptem, najlepiej nocą, gdy wszyscy donosiciele już śpią, lecz jeśli nas przyciśnie w dzień, to staramy się biadolić raczej w piwnicy, niż na ulicy, raczej pod nosem, niż w nos.
Odwaga nie staniała. Jej po prostu już nie ma. Nie ma odwagi cywilnej, ludzi skorych do powiedzenia dość. O przyczynach mówić nie ma potrzeby. Znane są na wyrywki. To konwersacyjne samograje. Tematy żelazne i zawsze aktualne, jak rozmowy o pogodzie. Wczoraj gadało się o niej, dzisiaj rozprawia się o niepokojach o pracę, o strachu przed jutrem itp. Znane są, tak jak powody, dla których wolimy stać z boku, nie angażować się, przeczekać szczęśliwy czas.

Troska jest naszym logo i gderanie słychać wszędzie. Gderanie, jojczenie, wzdychanie na bądź co, na ustrój, na sznurki pociągane nie tak, na zaciskanie pasa, dokręcanie śruby nie tym, co trzeba, na władzę, korupcję lub chamstwo.

Potoki niezadowolonych płyną jednak nie pod, ale razem z prądem; zgodnie z nurtem korytka. Są pod kontrolą i wiedzą, gdzie jest granica. Gdzie można wrzeszczeć i za co można oberwać po niesubordynowanym karku.

Wespół, solidarnie, płyną uzgodnionym szlakiem wyrzeczeń i poddają się urokom erudycyjnego przygłupa, który im prawi, że  bez manipulacji, zaciskania pasa i zgrzytania zębami żyć się nie da, nie uchodzi, że kto wyłamuje się z szeregu pokornej trzody, ten nie jest patriotą i ma zagwarantowaną opinię sabotażysty.

Wierzymy w jego banialuki, wierzymy, że kiedyś zaprocentuje nam obecna uległość, zaciskanie żołądka i obręcze na mózgu. Ufamy mu, gdy mówi, że magiczne kiedyś, niewyobrażalne zaś, nastanie wkrótce i na własne oczy dojrzymy bliski dobrobyt i wtedy dogonimy Europę.

Dogonimy lub nie. Kto wytrwa, ten sprawdzi.

Jak obliczają ekonomiści, dogonienie Europy zajmie nam przeszło sześćdziesiąt lat. Oczywiście, jeżeli Europa stanie i poczeka, aż się do niej dogramolimy.

*****

Dzisiaj powinien być czas przeznaczony na rozpamiętywanie. Na zastanowienie. Nie nad innymi, lecz nad sobą. Nad tym, gdzie jestem, jaki jestem, dokąd idę. Że jestem mniej cudowny, niż sądzę. Że mam wady.

Dzisiaj powinien być czas na pytania owocujące postanowieniami. Postanowieniami - obietnicami. Przysięgami dawanymi sobie. Deklaracjami wcale nie pustymi. Poprawy, zmiany mentalności. Zrozumienia, że oprócz moich przeświadczeń, są INNE.

Jednak, czy podobny czas był kiedykolwiek? Głęboki, poważny, a zwłaszcza - długotrwały? Przekraczający powierzchowne obyczaje?

Mówię o naskórkowych obyczajach, o refleksyjnych przeżyciach zapominanych zaraz po zakończeniu ŚWIĄT, po ustaniu smutku. Mówię o powierzchownych odczuciach. O naszej etycznej zapaści.

W zamian dysponujemy histerycznym przeginaniem pały. Przeginanie to polega np. na nieustannej manierze WYBACZANIA NIEWŁASNYCH WIN. Tłumaczenia się z rzeczy oczywistych. Polega na ogłaszaniu narodowej żałoby, chwilowej skruchy. Po tym okresie tłuczemy się nadal, nadal wyrzynamy w pień, szczujemy się nawzajem, urządzamy sobie zawody, rankingi, festiwale i konkursy na donosiciela roku, lub na najprzystojniejszego durnia. Jak w fredrowskiej Zemście, zawieszamy na kołku swoje przyrodzone pieniactwo, zawiść i nieufność, bo  obowiązuje nas rzewne i naskórkowe przykazanie: ZGODA.

II

Ilu nas jest? Zawiedzionych, przygnębionych, sfrustrowanych? Rozczarowanych SOBĄ zwłaszcza? Tym, cośmy SOBIE wyrządzili?

Ilu nas pluje sobie w brodę, gdy słyszy o aferach i zawirowaniach, o wyczynach naszych elit, tych lokalnych i tych z wyższego SZCZEBLA, z klucza i grzędy, ilu nas wstydzi się za arogancję niekompetentnej władzy, śmieje się z politycznych tańców na rurze, ma dosyć szambelanów, baronów, lewych magistrów i kombajnisty - profesora?
W czym uczestniczymy, za jakie grzechy, kto nas pokarał brakiem rozsądku, tym, że zamiast oleju w głowie, mamy radosny luzik, odwieczne JAKOŚ TO BĘDZIE, chamskie odzywki, buńczuczną demagogię?

Codziennie bombardowani jesteśmy odbrązowiającymi  informacjami. Informacjami wywołującymi w nas poczucie psychicznej zgagi. Utwierdzającymi nas w kompleksach.  Nie -  leczącymi nas z nich, oczyszczającymi, ale - trującymi, dołującymi.
Dowiadujemy się na przykład, że ten, którego podziwialiśmy, był małym człowieczkiem, donosicielem. Słyszymy bzdury o Brzechwie, Miłoszu, Herbercie. Na ich temat wypowiadają się moralne wypierdki znające się na literaturze tak samo  potwornie, jak wilk na astronomii.

A dzisiaj czytam o Wajdzie. Elaborat dotyczy omówienia jego filmów i zgodnie z obowiązująca tendencją do ODBRĄZAWIANIA rzeczywistości, otrzymuję komunikat: uważaj pan,  nie spiesz się pan ze swoim zachwytem, bo te filmy, ten z piekła rodem artyzm, to koniunkturalne gnioty i knoty!

Tekst wyskrobany został przez niejakiego Piotra Włudarskiego, a opublikowany w http://www.komentarz.info/24.php, internetowej spluwaczce z Łodzi. 

Na próżno zaglądałem do Wikipedii, by wywiedzieć się czegoś bliższego na temat autora tego wypracowania. W onetowskiej WIEM, nie było tego nazwiska ani trochę. Być może gdyby ów nieszczęsny mistrz inwektywy napisał był coś więcej, dostąpiłby tego zaszczytu...

Mamy ceny jedne z najwyższych w Europie. Za to pensje jedne z najmniejszych. Ten problem nas jednak nie obchodzi. Tak jak  nie obchodzą nas renty, emerytury, uczciwa SŁUŻBA ZDROWIA.  Tak jak bezrobocie, lub emigracja.

Zagadnień zwisających nam jak kilo kitu na agrafce mamy zresztą w bród. Ale, jak to naród śniętych ryb i śpiących rycerzy, wolimy się kłócić, wytykać sobie to, która partia, która elita, z lewa, z prawa, bardziej się upaprała, więcej się zeświniła...
Wolimy majstrować przy aborcji, teraz pieprzyć o religii dla trzylatków oraz eutanazji, z dziką satysfakcją i patologicznym upodobaniem niszczyć pozostałe autorytety,  wchodzić, lub wychodzić z koalicji  i rżnąć głupa narzekając na kaprawy los...

Marek Jastrząb