Nie od dziś wiadomą jest rzeczą, że lepiej zapobiegać, niż leczyć. Lepiej i taniej. Nawet jeśli drogim specyfikiem, to przebieg terapii jest krótszy i skuteczniejszy. 
Proces leczenia, szczególnie - leczenia chorób przewlekłych, będących w stadium znacznego zawansowania, jest kosztowny. Wymaga drogiej aparatury. Urządzenia medyczne ratujące ludzkie życie, tak jak leki najnowszych generacji, są   refundowane. Przynajmniej tak być powinno w myśl ustaw dotyczących NFZ. Że jednak tak nie jest, przekonujemy się na każdym kroku.

Często się słyszy o rozmaitych wyścigach ze słoikiem, puszką lub tacą, o akcjach humanitarnych, zbiórkach społecznych, żebraninach i koncertach charytatywnych organizowanych na rzecz wpierania konkretnych chorych lub całych grup społecznych  poszkodowanych z winy NFZ.

Co rusz jesteśmy świadkami czyjejś bezradności, czyjegoś płaczu. Widok rodziców proszących o finansową pomoc dla swojego dziecka, jest widokiem wstrząsającym. Lecz wstrząsającym dla ludzi wrażliwych. Dla ludzi posiadających sumienie. To znaczy dla ludzi pracujących poza NFZ.  

Radio, TV, gazety, ogłaszają, że są skłonne pomagać, patronować, sponsorować, że chętnie się włączą, że trzeba być człowiekiem i otworzyć serce oraz portfel. Po kościołach i schroniskach brata Alberta, po kanałach ciepłowniczych, dworcach i kartonach  z bezdomnymi, przetacza się zbiorowy jęk, chóralny lament i skowyt błagających.

Jak kraj długi i kanciasty, rozlega się wołanie o poratowanie państwa. Skrzykuje się zastępy, hufce, czeredy kwestarzy, jałmużników, małoletnich dziadów kalwaryjskich, by wyręczali nasze biedne ministerstwa, ZUS-y, PFRONY i NFZ-y.

Instytucje te znajdują się na krawędzi ubóstwa, ledwie wiążą koniec z końcem, ściga je czarne widmo pazernego inkasenta, gdyż nie mają pieniędzy na oszczędniejsze szastanie budżetem, na czarne dziury i kuse kołdry,  na limuzyny, przekręty i afery, na malwersacje, odprawy, premie i ustawowe podwyżki wielotysięcznych pensji dla swoich urzędników, a zamiast tego, gnębi się ich jakimiś durnowatymi suplikami chorych...

Jak kraj wielki i niegospodarny, rozlega się bezczelne wołanie o opamiętanie, o zdrowy rozsądek  rządzących ekip. Jednak wołanie to żadnej ekipy nie obchodzi. Ani przegranej, uciekającej w popłochu, ani zwycięskiej, tryumfalnie wjeżdżającej na spaloną scenę politycznego teatru.

Marek Jastrząb