Na ucho powiem panu, że przed kataklizmem nazywałem się Lenin. Gdy mnie pytano, czy aby nie pochodzę z  "tych", nie potwierdzałem, ani nie zaprzeczałem, robiłem skromną minę, że niby mógłbym coś o tym powiedzieć, ale że lepiej zrobię, nie mówiąc nic.   
 
Szkoły nie skończyłem. Zacząłem, ale wtedy nie było mody na wykształcenie, no i ja miałem co innego na wątrobie. Prawdę powiedziawszy, przedtem tak samo na niczym mi nie zależało, ale wtedy nikomu na niczym nie zależało, byłem więc w dobrym towarzystwie, a tylko to się liczy.

Wyleciałem z niej właściwie bez powodu. Nawet nazwisko nie pomogło, chociaż powinno. Ale wtedy wiele powinno.

Jak nastało polityczne skakanie przez płot, stwierdziłem naraz, że tracę wszelkie specjalne prawa i nikt mi nie schodzi z drogi, a przeciwnie, popychają mnie na niewinną szafę, trącają łokciem i dają sójkę w bok, że ludzie, którzy na mój widok pryskali ze strachu, zaczynają przestawiać mnie po kątach i ośmielają się drwić ze mnie prosto w nos, ośmielają się komentować, wykpiwać i podważać każdy mój krok, każde moje posunięcie. Ze mnie, co było niesłychane, nie do przyjęcia!

Ratowałem się więc jak mogłem, bo nowe czasy wymagały nowej aranżacji. Taktycznie i radykalnie zmodyfikowałem swoje podejście do życia. Zmieniłem opcję, członkostwo i koncepcję. Byłem odtąd wolnym strzelcem jakichkolwiek idei, egzaltowanym Świętym Ateistą, dyspozycyjnym pieczeniarzem w komży i jarmułce jednocześnie. Utrzymywałem, że mam ogólne i wymienne zasady, że albo w Dekalog, albo w pornusy wierzę od dziecka.           

Czułem się na właściwym miejscu, czułem się dopasowany do tapety. I znowu miałem apanaże i gabinety, obdarzano mnie prezesurami, dopuszczano do udziału w lukratywnych przedsięwzięciach, przewodniczyłem niejednej spółce, piastowałem, zasiadałem, bito mi brawka i miałem owacje, działałem na niwie i udzielałem się na polu.

I tak, cichcem, sprytem i bez nadmiernego wysiłku, osiągałem to, na czym mi zależało.

A teraz klops, bryndza, mało kto mnie zna. Przyjaciele puścili mnie w trąbę i poszli drzemać do sejmu, znowu są w nim solą ziemi, krwią z krwi, fundamentem, filarem i wyrocznią, cóż mi więc pozostało? 

Podupadłem na poprzednim znaczeniu, skończyły się apanaże i bananowe wyjazdy na krzywy ryj.

Wynająłem pokój, wstrętną klitkę za pieniądze z kapelusza. Gdyż musi pan wiedzieć, że uczęszczam do kościoła w celach zarobkowych, a czasem, skoro jestem sam, to  modlę się za komunę. Przychodzę tu, bo jest ciepło od świec. Zmieniłem nazwisko na mniej więcej zgodne z duchem czasu, lecz zdało się to na niewiele, bo przegrałem wybory i zabrali mi chałupę.

Niedużą rentę, funkcyjną jałmużnę, ot, głupie trzy tysiące, zabrali też i jestem dokumentnie goły.  

Włosy mi wypadły, uczucia rozmiękły, wszystko mi dynda i na niczym mi nie zależy, zaś a o dobytku nie warto gęgać, toteż uprzejmie proszę o wsparcie. 

Marek Jastrząb