Otrzymałem emailem list od czytelnika, który przytaczam, za zgodą autora:
„Szanowny Panie,
Komentowanie naszych, krajowych spraw z wyżyn Manhattanu miałoby sens jedynie wówczas, gdyby wnosił Pan do naszej wiedzy coś nowego, o czym my tu nie wiemy. Niestety, powtarza Pan to wszystko, co możemy w kraju wyczytać i wysłuchać, bo na szczęście jest jeszcze w Polsce niezależna prasa, radio i telewizja oraz niesprzedajni dziennikarze. Interesujące byłoby dowiedzieć się od Pana, np. co sądzi o Polsce przeciętny Amerykanin?
Jaką wiedzę o Polsce mają ludzie z kręgów opiniotwórczych? Ma Pan do nich przecież dostęp, jako właściciel wydawnictwa?

Łączę serdeczne pozdrowienia

(nazwisko i adres do widomości adresata)"

Odpowiadam Autorowi oraz PT Czytelnikom „Kontratekstów":

Po pierwsze nie ma czegoś takiego jak „przeciętny Amerykanin", podobnie, jak nikt na oczy nie widział „przeciętnego Europejczyka". Różnica między WASPem z Bostonu a farmerem z Ohio jest mniej więcej taka, jaka między urzędnikiem ze Sztokholmu i rolnikiem z Portugalii. Ośmielę się twierdzić, że nie ma nawet „przeciętnego Polaka", który istnieje jedynie wirtualnie w statystycznych tabelach GUS. Tak, więc „statystyczny Amerykanin" wie o aktualnej sytuacji w Polsce tyle, ile „statystyczny Polak" wie o życiu na Ziemi Ellesmere´a. (Ja zresztą o Ziemi Ellesmere´a, choć to spora wyspa, też nie mam zielonego pojęcia).

Moi znajomi zaliczający się do kulturalnych, wykształconych, interesujących się odległymi sprawami Europy Wschodniej - także nie wiele wiedzą, gdyż nasze media poświęcają Polsce nieco uwagi tylko wtedy, gdy jakiś skandal (typu arcybiskupa Musiała) można w newsie sprzedać. Wiadomo, że Bush może liczyć na polskie mięso armatnie w Iraku i Afganistanie, a polski żołnierz, choć marnie uzbrojony w przestarzały sprzęt - bije się dzielnie i ochoczo ginie na polu chwały, bo tym się szczyci nasza historia, od Powstania Listopadowego po Warszawskie.

Moją rolą w rozmowach o Polsce jest ciągłe prostowanie ich błędnych wniosków. I tak politolog z Harvardu usiłował mnie przekonać, że w Polsce panują „bałkańskie" stosunki, analogiczne, jak między Chorwatami i Serbami lub (jeszcze bzdurniej!) między szyitami i sunnitami w Iraku! Analogia ma mieć takie uzasadnienie, że rządząca mniejszość gnębi za pomocą instrumentalnie, dowolnie stosowana prawa podległą większość narodu. Tłumaczę, że w Polsce jest jednak demokracja, były wolne niesfałszowane wybory i sami Polacy wybrali takie osobliwe kreatury na najwyższe stanowiska w państwie i w parlamencie.

Mój rozmówca odpowiedział, że skoro społeczeństwo przekonało się, iż wybrało idiotycznie, to powinno protestować! Przecież widzą, że akceptowali najazd Hunów!

- Mieliście przykłady, jak bez rozlewu krwi obalać dyktatorów! Choćby „Pomarańczową rewolucję" na Ukrainie. U was paru polityków i dziennikarzy pyskuje, a reszta, czyli społeczeństwo siedzi cicho. Widać w waszej mentalności macie zakodowany syndrom niewolnika, który bity po pysku buntuje się w cichości i nie ośmiela się zbiorowo wystąpić przeciw satrapie."

Darują państwo, ale w opinii większości moich rozmówców z kręgów „amerykańskich wykształciuchów" Polska jawi się jako farsowy kraik gdzieś na krańcach UE, gdzie rządzą „cyrkowi Bliźniacy" nie mający elementarnego pojęcia o gospodarce i polityce międzynarodowej, obsadzając wszystkie strategiczne punkty państwa posłusznymi miernotami  o podobnej totalnej ignorancji i władają zastrachanym narodem.

- Bliźniacy pobili na głowę nawet Kaligulę, który wprowadził do Senatu tylko jednego konia, w dodatku bez prawa głosu. Oni wprowadzają tabuny osłów nie tylko do Sejmu i Senatu, ale gdziekolwiek mogą, a Wy - Społeczeństwo macie tylko „Szkło Kontaktowe" i bezpłodne ochy i achy. - To opinia moich znajomych.

Cóż mam dodać? „Chcieliście Polski, no to ją macie. Skumbrie w tomacie, pstrąg."

Albert Axeldorf