Powraca znów sprawa weksli Samoobrony. Tym razem już nie tylko jako informacja medialna. Na plan pierwszy wysuwa się Trybunał Konstytucyjny i prokuratura. Nie bardzo wiadomo, jakie są w szczegółach zamierzenia Marszałka Sejmu, który postanowił dać zajęcie obu tym instytucjom. Z doniesień medialnych zdaje się wynikać, że chodzi o delegalizację partii od weksli i przy okazji zapewnienie wicemarszałkowi Lepperowi darmowych wczasów w celi.
Generalnie chodzi o to, że Marek Jurek, jako Marszałek Sejmu ma za złe szefowi Samoobrony, iż ten przy pomocy wspomnianych weksli usidlił członków własnej partii. Tym samym nie mogą oni swobodnie decydować, do jakiej opcji politycznej chcieliby teraz należeć.

Na zdrowy rozum, skoro zdobyli mandaty dzięki umieszczeniu ich nazwisk na listach Samoobrony, to już wówczas dokonali wyboru. Siłą nikt nikogo na listy wyborcze nie ciągnie. Już raczej przeciwnie. Ten i ów sam gotów siły użyć, by się na jakiejś znaleźć. Obojętnie, na jakiej, byle by tam być.

Od lat obserwujemy turystykę sejmową, czasem zaraz po zakończeniu wyborów. Osobliwie, wszyscy ci wędrownicy tłumaczą swoje migracyjne zamiłowania względami programowymi. Nagle przejrzeli na oczy i dostrzegli programy innych partii, które urzekły ich swoim czarem.

Czy można się dziwić, że Andrzej Lepper chciał się zabezpieczyć przed wiarołomstwem swoich posłów? Co Marek Jurek widzi w tym niekonstytucyjnego, trudno zgadnąć. Już prędzej można byłoby się doszukiwać wątku kryminalnego, gdyby podpisane weksle uznać za narzędzie szantażu. To jednak dość karkołomna teza.

Pan Marszałek zafrasował się wielce niezależnością posłów, powołując przy tym treść art. 104 ust. 1 Konstytucji. Powiada on, że poseł jest przedstawicielem Narodu, więc nic go ograniczać nie może w poselskich działaniach. Może więc Marszałek Jurek rozważy potrzebę debaty nad sposobami niektórych głosowań pod rządami tzw. dyscypliny klubowej, gdzie każdy musi głosować tak, jak mu kierownictwo klubu każe. Nie jest to przypadkiem ograniczeniem niezależności poselskiej?

Przy okazji rozgrywek o powołanie Prezesa NBP właśnie szef klubu PiS, Marek Kuchciński oświadczył, że jeśli cały klub LPR bezwzględnie nie poprze kandydatury Skrzypka, to będzie to traktowane jako zerwanie koalicji z konsekwencjami z tego płynącymi. Czy to przypadkiem nie trąci z lekka ograniczeniem niezależności poselskiej? Nie wspominając już o zabarwieniu z okolic szantażu?

Można się zgodzić, że taki weksel jest formą ograniczenia, ale czy ograniczenia niezależności, to już mniej przekonujące. A jeszcze mniej, że jest niezgodne z prawem Na pewno jest środkiem przymusu do trwania w tym ugrupowaniu, którego program się zaakceptowało i dzięki temu uzyskało mandat. Jeśli program nagle przestał odpowiadać, czy cokolwiek innego w partii, to nic nie stoi na przeszkodzie, by się tego mandatu zrzec i wrócić do swoich zajęć w gospodarstwie.

Potem zaś kandydować z listy partii, którą się akurat pokochało. Ale już w następnych wyborach. Nie wiadomo tylko, czy tej miłości by wystarczyło. Przynajmniej jednej ze stron.

Ostatecznie głosy oddane na konkretną listę powinny do czegoś zobowiązywać. W sensie zobowiązania etycznego i przyzwoitości wobec swoich wyborców. Prawnie, niestety, nic posła nie wiąże. Od czasów Małej Konstytucji i potem Konstytucji obecnej, poseł nie jest związany żadnymi instrukcjami swojego elektoratu.

W czasach obrzydliwego systemu sowiecko-ubeckiego była taka patologiczna ustawa zasadnicza z komuszymi przepisami, że jak poseł elektorat swój oszukał, to ten elektorat mógł posła wysłać z ławy poselskiej na zieloną trawkę. Teraz jest luz, poseł jest wolny jak ptak. W tym wolny i od poczucia przyzwoitości wobec wyborcy.

Gdyby owe przepisy, przy nowelizacji Konstytucji, tak zupełnie przez przypadek, zostały przeoczone i wciąż obowiązywały, to nie byłoby teraz mowy o żadnych wekslach. Nie byłyby potrzebne. Pan Minister Giertych nawet w pewnym sensie nawiązuje do takich rozwiązań, publicznie nawołując do referendum w sprawie swojego urzędowania w resorcie edukacji.

Na razie jednak jest, jak jest. Co tam w trakcie kampanii wyborczej naopowiada poseł swojemu elektoratowi, co tam naobiecuje, pieczołowicie chowa do lamusa. Przyda się w kolejnych mityngach. No i mamy rewię obietnic przed, rewię wycofywania się po, a także wędrówki ludów, kaperowanie i przeciąganie liny w sejmowych korytarzach.

Starsze dzieci, te czterdziesto i pięćdziesięcioletnie pamiętają zapewne dobranocki z dawnych lat. W tym i Misia Uszatka, co to z mordką milusią pogawędkami pełnymi słodyczy dzieciaczki do snu odprowadzał. Szkraby z błogością i ufnością zasypiały, mając w uszkach miodem płynące słowa swojego ulubieńca.

Aliści pewnego razu zdarzyło się tak, że Miś, myśląc, iż go z wizji zdjęto, pożegnał dzieciaczki rozanielone w sposób dość nietypowy, kończąc wzniosłe nauki słowami: „A teraz drogie dzieci pocałujcie Misia w dupę".

Wygląda na to, że nasz parlament pełen jest takich Misiów Uszatków, a każdy finał wyborów kończy się niczym tamta dobranocka. Z tym, że nasze Uszatki parlamentarne swoje kwestie wygłaszają na wizji i z pełną tego świadomością.

Dobranoc Państwu.

Witold Filipowicz
Warszawa