Wybory samorządowe za nami. I tak jak zawsze powinni być wygrani i przegrani. Wygrani powinni powoli przymierzać się do nowych stanowisk i zręcznie wycofywać się ze złożonych przed kilkoma dniami obietnic. Przegrani zaś jak to przegrani, powinni obejść się smakiem czteroletniej swawoli i bezkarnym wypinaniem tyłków na swoich wyborców.
Tylko, że w tym roku nie ma ani przegranych, ani wygranych. Nie wiadomo jak, ale po prostu nie ma. Oczywiście wiadomo, że na szczeblach lokalnych ktoś został wójtem czy radnym, a ktoś inny nie. Natomiast na szczeblu ogólnopolskim wszyscy czują się zwycięzcami i przegranymi jednocześnie. Jak to możliwe?

Otóż, zacznijmy od tej partii, która zdobyła najmniej głosów w skali kraju. Lapidarnie moglibyśmy ich nazwać przegranymi. Są to LPR i Samoobrona. Paradoksalnie czują się oni zwycięzcami w swojej porażce - jakkolwiek idiotycznie to brzmi. Liderzy tych partii niemalże ze łzami w oczach i pochlipującym głosem zapewniają, że ten wynik, który osiągnęli jest naprawdę bardzo dobry i zupełnie satysfakcjonujący. Oczywiście gdyby dostali kilka głosów więcej, to zapewne rozpłynęliby się we wzajemnej ekstazie, a tak jest po prostu i zwyczajnie dobrze. Jakby nie patrzeć, to mają rację. Skoro w jakimś powiecie było dwóch radnych Samoobrony, a po tych wyborach jest ich trzech, to bez wątpienia można to uznać za sukces. Procentowo liczba radnych Samoobrony w tym powiecie zwiększyła się o pięćdziesiąt procent, czyli jest to zwycięstwo

Jeśli chodzi o zwycięzcę, to go po prostu nie ma. PO wygrało w sejmikach wojewódzkich, a PiS w radach powiatów i miast. Co prawda nie wiem, który mądry wyliczył, że taki wynik oznacza remis, ale skoro obie partie tak uważają, to niech tak będzie. Chociaż żeby sprawiedliwości stało się zadość, obie partie powinny wydelegować jednego najbardziej sumiennego i obiektywnego posła, żeby wyruszył w Polskę i na liczydle lub za pomocą  zapałek policzył wszystkich wójtów, radnych i burmistrzów w Polsce. Bez wątpienia najlepszym kandydatem do wypełnienia tego zadania byłby Jacek Kurski, który zapewne nabrał już wprawy podczas liczenia sławetnych bilbordów.

Jakiś polityk podrapie się teraz po głowie, brodzie lub po tym, po czym lubi się drapać i zapyta po co to wszystko liczyć, skoro są oficjalne wyniki. Ponieważ partie przegrane zwyciężyły, to któraś z partii wygranych, musiała przegrać. Trzeba się tylko dowiedzieć która.

Piotr Krupa