W zamówieniach publicznych konstruowanie ogłoszeń w taki sposób, że warunki spełnia tylko jeden potencjalny wykonawca, osobliwie nie całkiem nieznany zamawiającemu, ma już wieloletnią tradycję. Proceder ów doczekał się nazwy własnej - ustawianie przetargów. Podobną definicję przyjęto teraz w odniesieniu do świata piłkarskiego, gdzie od lat funkcjonuje system ustawiania meczów. Dopiero jednak od kilku miesięcy wprost się mówi o korupcji, a organy ścigania nagle przejrzały na oczy. Podejrzanie podobny system funkcjonuje w obszarze rekrutacji do pracy w administracji, w szczególności w korpusie służby cywilnej, gdzie - na razie jeszcze - obowiązuje zasada konkurencji. Czy i ten system doczeka kiedyś swojej definicji?
Wiedza o dziwnych zjawiskach w tym konkurencyjnym, przynajmniej z nazwy, systemie jest w środowisku samej administracji dość powszechna. Od pewnego czasu również i społeczeństwu, spoza struktur, zdają się otwierać oczy i propaganda o przejrzystości systemu przekonuje coraz mniejsze grupy odbiorców tych spotów reklamowych.

Kilkuletnia analiza ogłoszeń o naborze do pracy w korpusie służby cywilnej i konkursach na wyższe stanowiska w administracji rządowej, pozwala na stawianie tez dość jednoznacznych. Część z tych ogłoszeń sprawia wrażenie konstruowanych pod konkretne osoby, a wyniki takich quasi konkurencyjnych rekrutacji zdają się potwierdzać podejrzenia o ustawianiu procedur.

To stwierdzenie nie jest żadną rewelacją, bowiem już kilka lat wcześniej były szef Rady Służby Cywilnej publicznie wypowiadał się na ten temat. On to właśnie proceder ustawiania konkursów określił mianem łagodnego obchodzenia przepisów prawa.

Niestety, nie wyjaśnił przy tej okazji, na czym polega różnica pomiędzy ustawianiem konkurencyjnych procedur rekrutacji, a ustawianiem przetargów czy meczów. Nie wiadomo więc, dlaczego w odniesieniu do przetargów, a teraz i do rozgrywek piłkarskich stosowane jest wspólne nazewnictwo - korupcja, natomiast w stosunku do konkurencyjnej rekrutacji, stosuje się jakieś eufemizmy?

Jak dotąd organy ścigania zdają się podzielać pogląd o zróżnicowaniu tak podobnych w swej naturze zjawisk. Mimo, że zarówno środki jak i cele są identyczne. Te różnice muszą jednak istnieć, skoro nawet wskazywane konkretne przypadki wraz z wynikami rzekomo konkurencyjnej rekrutacji, których nie sposób racjonalnie wyjaśnić, nie wywołuje u nikogo żadnych reakcji. Też zresztą bez choćby próby uzasadniania, albo też z uzasadnieniami żywo przypominającymi twórczość Mrożka.

Być może mamy tu do czynienia z jakimś wyższym poziomem interpretacji czy też może filozofii, niedostępnymi dla przeciętnego umysłu. Chyba, że jak w przypadku piłki nożnej, odpowiednim władzom potrzeba kilku lat rozbiegu, by i tu ocknąć się z letargu. Na razie jednak nikomu, ani władzy poprzedniej, ani obecnej nie spędza snu z powiek wiedza o zdarzeniach rodem ze świata orwellowskich wizji.

Nikogo nie zastanawiają takie perełki, jak np. rozstrzygnięcie naboru już następnego dnia, po upływie terminu do składania ofert i jeszcze tego samego dnia zawarcie z ekspresowo wybranym umowy. Przy czym, z wyjaśnień instytucji wynika, że wszyscy kandydaci od rana stali pod drzwiami, czekając na werdykt komisji.

Za coś naturalnego przyjmuje się wybór, spośród blisko dziewięćdziesięciu kandydatów, osoby o śladowych związkach z określonymi w ogłoszeniu obowiązkami, przy jednoczesnym pomijaniu ofert z wielokrotnie przewyższającymi wymogi kwalifikacjami. Poczynając od kierunku wykształcenia, nie mówiąc już o doświadczeniu na podobnym stanowisku o poziomie bliskim zeru. Jeśli taka osoba okazała się najlepsza, to pozostałych kilkadziesiąt musiało się chyba rekrutować spośród górników czy rolników, którzy akurat przyjechali do stolicy postrajkować, a przy okazji wpadli do urzędu zaoferować swoje usługi jako urzędnicy.

Nikogo też jakoś nie zastanawiają zadziwiające konstrukcje ogłoszeń o konkursach na wyższe stanowiska - dyrektorów departamentów. A zdarzają się takie, że wymóg doświadczenia na stanowiskach kierowniczych albo w ogóle nie występuje, albo jest gdzieś upchnięty w sekcji „warunki dodatkowe", czyli w gruncie rzeczy mało znaczące.

Za to w warunkach koniecznych pojawiają się wymogi, których nijak nie da się powiązać z opisanym zakresem obowiązków. Wymóg umiejętności rozsyłania seryjnej poczty elektronicznej, jako warunek niezbędny dla kandydata na stanowisko dyrektora departamentu mógłby rozśmieszyć, gdyby nie świadomość, do czego autorzy ogłoszenia zmierzają.

Z kolei wymóg znajomości zabezpieczeń systemów informatycznych miałby swoje uzasadnienie w przypadku specjalistycznych komórek organizacyjnych, na przykład departamentów informatyki, stanowisk audytu czy ochrony informacji niejawnych. Jeśli jednak dotyczy to departamentu typowo administracyjnego, organizacyjnego i z opisu zakresu działania nic takiego nie wynika, to wymóg ów zastanawia.

Właśnie trwa procedura konkursowa na stanowisko dyrektora Biura Organizacyjno-Budżetowego w, nomen omen, Urzędzie Zamówień Publicznych - konkurs K/101/06. Konstrukcja ogłoszenia jest równie frapująca, jak wiele innych. Zwłaszcza, jeśli analizuje się zakres obowiązków na stanowisku, wymogi konieczne, a przede wszystkim te dodatkowe, gdzie i tu znalazł się wymóg doświadczenia na stanowiskach kierowniczych. Czyli mało istotny i może tego doświadczenia nie być w ogóle.

Gdy sięgnąć dalej, do wiedzy, kto do konkursu się zgłosił, kto obecnie sprawuje funkcję p.o. dyrektora oraz w jakiej dziedzinie ma ta osoba osiągnięcia, to konstrukcja ogłoszenia już nie wydaje się taka niezrozumiała. Jeżeli do takich układanek dodać jeszcze klocek o składzie personalnym zespołów konkursowych, gdzie zasiadają w połowie pracownicy urzędu, do którego odbywa się konkurs, z dyrektorem generalnym na czele, to całość nabiera specyficznego wyrazu.

Będziemy śledzić losy tego konkursu.

Pytanie, czy i kiedy ktoś dostrzeże związek pomiędzy ustawianiem konkurencyjnych, a jakże, rekrutacji i ustawianiem równie konkurencyjnym przetargów, w których komisje składają się po części z pracowników z takich rekrutacji, wydaje się tymczasem bezprzedmiotowe, bowiem standardowo od lat trafia w doskonałą pustkę.

Odpowiednie organy władzy państwowej wszelkiego autoramentu, z szefem SC na czele, zdają się stosować do standardów ustanowionych przez Krasnoludka Gapcia - patrzę i patrzę i nic nie widzę - patrzę, a ja mam oczy zamknięte.

I piłka toczy się dalej.

Witold Filipowicz
Warszawa, 12 sierpnia 2006 r.