Wygląda na to, że najnowszy pomysł władzy o zmianie sposobu konstruowania kadry w administracji rządowej za podstawę proponowanych zmian ma stwierdzone działania sił nieczystych. Mniejsza o same przepisy, tymi zajmie się Trybunał Konstytucyjny. Interesujące jest za to uzasadnianie projektu oraz sejmowe dywagacje panów posłów na temat ustawy o Państwowym zasobie kadrowym i nowelizacji ustawy o służbie cywilnej.
W treści tych wywodów i stenogramów wystąpień czytamy, m.in.: „(...) W obecnym kształcie Służba Cywilna nie spełnia podstawowych zadań, do jakich została powołana. Stała się bowiem zamkniętą korporacją zawodową, dbającą o własne interesy, z wielkim trudem reagującą na potrzeby zmian systemu zarządzania administracją publiczną, a w wielu przypadkach blokującą reformy systemowe służąc bardziej sobie niż państwu, umacniając jednocześnie obszar powiązań z gospodarczym układem nomenklatury i oligarchii. (...)

W szeregach służby cywilnej w ostatnich latach znalazło się bardzo wiele osób, które w żaden sposób na to nie zasługiwały choćby ze względu na brak kompetencji,(...) Odpowiadało to świetnie potrzebom kadry rekrutowanej przez postkomunistyczną formację polityczną, która obecnie sabotuje program rządzącej koalicji. (...)  Naprawa państwa wymaga zapewnienia wysokich standardów (kompetencyjnych i moralnych) administracji publicznej. To oznacza, że ta administracja nie może przypominać przestarzałych modeli biurokratycznych, ale musi być ukształtowana na wzór nowoczesnych systemów zarządzania efektywnie wprowadzających w życie politykę państwa.

(...) obecna ustawa nie daje gwarancji takiej dobrej współpracy, nie uchroniła służby cywilnej przed upolitycznieniem, przed zakusami lewicy. Stała się jedynie ładną przykrywką dla jej brudnych działań i pokrętnych interesów. W wielu miejscach okazała się fikcją, na którą twórcy ustawy, Urząd Służby Cywilnej i wielu polityków przymykają oczy, bo trudno przyznać się do niewydolności systemu, który się samemu stworzyło. (Oklaski) Trudno pogodzić się z porażką funkcjonowania obecnie ustawy o służbie cywilnej, bo porażka ustawy oznacza porażkę pewnej wizji i pewnej koncepcji, która być może w założeniach była słuszna i piękna, ale która znalazła się w ślepym zaułku. (...)"

Wniosek stąd wydaje się wypływać prosty. Działania władzy ustawicznie torpedują złośliwe krasnoludki, trolle i skrzaty, co to mają na posługach bezwolnych dyrektorów plus zastępców z poprzedniego układu.

Nieszczęśliwi ministrowie, obejmujący swoje resorty, z miejsca popadają w niewolę, głównie intelektualną i za żadne skarby nie są w stanie przemianować jednej RP na kolejną RP z odpowiednim numerem porządkowym. Co który obejmie urząd, konstatuje z przerażeniem, że podlegli mu urzędnicy mają za nic autorytet zwierzchnika. Nie tylko robią, co chcą, ale nawet wprost głoszą wszem i wobec o szkodliwych pomysłach nowego szefa. Szczególnie widoczne stają się takie dywersyjne działania na szczeblach nieco poniżej ministerstw.

W jednym z województw - o czym z trwogą donosił jeden z posłów - doszło do tego, że dyrektor generalny urzędu wprost wydał odezwę do kolegów dyrektorów, by nie brali poważnie nowego wojewody. Według dyrektora, wojewoda to chłopię całkiem przypadkowe, znaczy tymczasowe, wiec jego pomysły są z tej samej półki - przypadkowe i tymczasowe.

Takie właśnie zdarzenia, a jest ich - zdaniem posłów sprawozdawców pomysłodawców - bez liku, stały się podstawą do podjęcia przez władzę zdecydowanych kroków odwetowych.

Rzeczą oczywistą jest to, że w grę nie wchodzi tu możliwość zastosowania zwykłych środków prawnych z zakresu odpowiedzialności służbowej i dyscyplinarnej. Żaden zdrowy na umyśle urzędnik - i nie tylko - nigdy by się nie sprzeciwił poleceniom przełożonego. Jeśli to czyni, to - bez dwóch zdań - muszą za tym stać jakieś siły nieczyste, którym zwykłymi przepisami niepodobna się przeciwstawić.

Prawda wydaje się oczywista. Całe zastępy krasnali, trolli i skrzatów, w interesie wiadomym, zawładnęły - zaraz po wyborach - duszami ustanowionych w poprzednim rozdaniu urzędników i nakazują im prowadzenie działalności wywrotowej.

Ponieważ zaś obsadzanie wyższych stanowisk - póki co - podlega przepisom o konkursach, to i ruchy władzy są nieco ograniczone w kwestii podmiany opętanych na wolnych i układnych. Wystawienie do konkursu kandydata słusznego jest - jak widać - zbyt ryzykowną operacją. Szczególnie, gdyby zdarzył się konkurs - przez czyjeś gapiostwo - wolny od ingerencji innych sił zagadkowych, a kandydaci poziomem fachowości odpowiadają zapłakanym szefom resortów, co to ich nikt słuchać nie chce.

Zresztą konkursy, według pomysłodawców, wcale nie prowadzą do wyborów właściwych i nie zapewniają obsady stanowisk przez najlepszych. Wprawdzie rok wcześniej ci sami poprawiacze państwa mówili coś całkiem przeciwnego, ale wszak tylko krowa nie zmienia poglądów.

Po co więc rozmyślać o naprawie tego, co od początku sprawiało wrażenie spreparowanego show kabaretowego i w praktyce takim jest. Lepiej zlikwidować i po bólu. Zastąpić fikcję wskazywaniem nieomylnym paluchem właściwych fachowców. To wyeliminuje przypadkowość, a w razie czego można dokonać błyskawicznej wymiany. To się nazywa - fachowo, a jakże - płynność personalna.

Jedynym wyjściem jest więc odprawienie egzorcyzmów, czemu ma służyć przemyślana wymiana opętanych przez złe moce, na odporne wpływom nieczystym jednostki. Teza niewątpliwie słuszna. Sprawdzona i z wieloletnią tradycją. Z rodowodem, tak mniej więcej, od połowy ubiegłego wieku. Przyjęto wówczas regułę, że tylko wskazani właściwym paluszkiem kandydaci zagwarantują sprawność, profesjonalizm i - co najważniejsze w tej zabawie - odporność na wraże wpływy. Że przy okazji odporne na wiedzę, o to mniejsza.

Na wojnie, jak na wojnie, jakieś straty muszą być.

Witold Filipowicz