Szamańskie pląsy wokół lustracji i dymisji byłej wicepremier i minister finansów nie ustają. Wszyscy są za, a nawet przeciw, tylko nie wiadomo, za czym kto jest, kto przeciw i dlaczego. Te jasełka jeszcze pewnie jakiś czas potrwają, może nawet będzie jeszcze śmieszniej, niż dotąd. Pomijając już te wszystkie scenki rodzajowe i często humorystyczne show wielu bohaterów spektaklu, nasuwa się pewna refleksja o szerszym wydźwięku.
Od wielu lat cała plejada prominentnych przedstawicieli władzy, obojętnie jakiej maści, swoje autorskie programy oratorskie na temat stanu państwa zaczyna lub kończy na jedną i tą samą nutę: żyjemy w demokratycznym państwie prawa. Formułę tę deklamują właściwie wszyscy, którzy przedarli się do kamer, na łamy gazet czy na jakąkolwiek mównicę. Choćby podwórkową.

Ta zaczerpnięta z Konstytucji fundamentalna zasada ustrojowa, powtarzana wciąż i przy każdej okazji, zaczyna przybierać już postać wyświechtanego frazesu. O znaczeniu podobnym przyśpiewce ludowej. Miło się słucha, nie myśląc o tym, o czym się słucha.

Jak tak trzeźwiej spojrzeć, a niektórym się to czasami zdarza, to nawet by się ten trend potwierdzał. Zwłaszcza, gdy bez zmrużenia oka tę frazę deklamują osobnicy, za którymi ugania się prokurator z ciężarówką akt, często nie jednej sprawy.

Jest też i inna ciekawa prawidłowość. Otóż w momencie, gdy ten system demokratycznego państwa prawa doścignie swojego piewcę, ten nagle zmienia front. Zamiast państwa prawa i demokracji, namierzony przez system osobnik zaczyna analizować ów system pod zupełnie innym kątem.

Pół biedy, gdy czyni to w milczeniu. Ale tak zwanym standardem staje się publiczne przywoływanie klasyków opisujących światy absurdu. Okazuje się nagle, że RP to w istocie mroczny świat Kafki albo innego Matrixa. Namierzony prominent, dotąd niezmiennie wynoszący pod niebiosa doskonałość naszej Najjaśniejszej Numer...dowolny, dokonuje naraz wiekopomnego odkrycia czegoś, o czym od lat nieodpowiedzialnie rozpowiadają na prawo i lewo tysiące innych osobników. Osobników nieprominentnych, warto dodać.

Z jakim bodźcem intelektualnym mamy tu do czynienia, że potrafi on w jednej chwili tak diametralnie zmienić punkt widzenia jednego osobnika w tym samym miejscu i czasie? Przy niezmiennych warunkach funkcjonowania tej samej rzeczywistości, tego samego systemu? Czyżby chodziło o to, że ten doskonały system trafił bezpośrednio tego, który nie tylko go dotąd wychwalał ale też często jest jego twórcą czy strażnikiem?

Pamiętamy chyba wszyscy, zresztą na co dzień życie nam wciąż przypomina, parlamentarzystów, członków władzy i innych ze świeczników, jak trafieni przez własny, rodzony system demokratycznego państwa prawnego, zamieniali słowicze śpiewy na dźwięki zwierzątek pasących się na tatrzańskich halach. Szczególnie wówczas, gdy świat przyszło oglądać spoza metalowych zazdrostek.

Powiadają mędrcy, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Pewnie maja rację, jak to mędrcy. Może więc wyciągnąć z tego pewną naukę. Może przewrotną, może dziwaczną, ale niekoniecznie do końca pozbawioną sensu.

Gdyby tak, na przykład, włączyć do procesu legislacyjnego obowiązek testowania uchwalanych regulacji bezpośrednio na ich twórcach? Co by któraś z komisji sejmowych zarekomendowała do uchwalenia, to wszystkich jej członków poddawałoby najpierw testom na różnorodność sytuacji, jakie mają tym regulacjom podlegać?

Głupi pomysł? Być może. Można jednak się założyć o każde pieniądze, że dziesiątki aktów prawnych nigdy by nie opuściło sejmowego gmachu, a setki tysięcy przepisów doznałoby nowelizacji w tempie ekspresowym. Może to jest sposób na demokratyczne państwo prawne?

Bolesny? I dobrze. Ma boleć. Sprawców, nie ofiary.

Witold Filipowicz
Warszawa