Przez kilkanaście wschodów i zachodów słońca, a także dwie pełnie księżyca, wędrowałem po najskrytszych labiryntach mojej wiedzy, wspinałem się i odkurzałem najwyższe szczyty mojej wyobraźni, żeby w nietuzinkowy sposób ugryźć temat o stosunkach polsko-niemieckich.
Jak wiadomo najtrudniejsze zawsze są początki. Ja na przykład nigdy nie wiem jakim zdaniem rozpocząć swoje dywagacje... Rozpocznę od pewnej legendy o dwóch chłopach sąsiadach. Nieoczekiwanie, pewnego dnia jednego z nich odwiedził Bóg i obiecał spełnić każdą jego zachciankę. Był tylko jeden warunek - jego sąsiad dostanie jeszcze raz tyle, ile on zażąda dla siebie. Chłop pomyślał, zrobił cwaną minę i wycedził przez zęby: - Boże, wydłub mi jedno oko.

Dobrym początkiem może być także cytat angielskiego pisarza Gilberta Keitha Chestertona: ,,Wybieramy sobie przyjaciół, wybieramy wrogów, ale Bóg daj nam sąsiadów".

Polska i Niemcy są właśnie owymi, żyjącymi po sąsiedzku, chłopami, których łączy niezwykle barwna, nierzadko przykra i apokaliptyczna, historia. Słowianin szczyci się zamierzchłym średniowieczem, kiedy to jego pradziad Władysław Jagiełło, wraz z innymi słowiańskimi sąsiadami, zmiótł spod Grunwaldu, odległego przodka germańskiego chłopa - Ulricha von Jungingena.

Kilkaset lat później odwet za to próbował wziąć szurnięty, niedoceniony malarz, z prostokątnym wąsem, który niemalże zagarnął lwią część starego, poczciwego kontynentu. Na szczęście, bardzo szybko całkiem mu odbiło i zaatakował swojego dotychczasowego sojusznika, zresztą również ostrego wariata, co przyniosło mu pewną zgubę i druzgocącą porażkę.

Przystanę na chwilę, by oddać się zadumie i kontemplacji. Jak wszyscy wiemy - przynajmniej tak nam wpajali na lekcjach historii - to polski, a nie niemiecki, chłop wygrał najokrutniejszą wojnę wszechczasów. Dlaczego więc, gdy spojrzymy przez pryzmat rzeczywistości, to historia ma zupełnie inne kształty i barwy? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że swoje zrobiła ,,żelazna kurtyna", komunizm, gospodarka planowa itp., ale mimo wszystko pozostaje pewien niedosyt. Umberto Eco ma uzasadnioną rację, że ,,historia to krwawa blizna". Nieprawda? Na zakończenie tego wątku o pyrrusowym zwycięstwie, pozwolę sobie przytoczyć słowa piosenki Kazika Staszewskiego: ,,Co za syf, co za katastrofa / To kara ze grzechy nasze, Bóg nas już nie kocha / Teraz Bóg kocha Niemców mają więcej pieniędzy / Chociaż wojnę przegrali, a my żyjemy w nędzy".

Wraz z rozwojem cywilizacji i społeczeństwa postindustrialnego zawiązała się na starym lądzie koalicja skupiająca najbogatsze gospodarstwa. Warunkiem przystąpienia było wpisowe i składka - każdy właściciel gospodarstwa musiał wrzucić, do olbrzymiej świnki skarbonki kilka miedziaków. Granice między koalicjantami zostały otwarte, co umożliwiało wszechstronną wymianę najróżniejszych rzeczy: zaczynając od zboża, poprzez trzodę chlewną, aż po rower i traktor. Oczywiście germański chłop do biednych nie należał i bardzo szybko zasilił świnkę skarbonkę swoimi srebrnikami. Wraz z upływem lat niemieckie gospodarstwo rosło w siłę i potęgę. Zburzyło nawet wewnętrzny, stojący od lat mur, by zwaśnione strony osiągnęły niezbędny dla rozwoju folwarku konsens.

 Lata mijały. Chłop niemiecki majestatycznie przechadzał się po swoim zmodernizowanym  gospodarstwie; oglądał tłuste prosięta; poklepywał po zadach krowy, dające tygodniowo hektolitry pachnącego winem mleka; godzinami jeździł na swoim wielgachnym traktorze i oglądał swoje hektary pełne zboża, pszenicy, żyta, a nawet kukurydzy; głaskał czule plotkujące między sobą kury i kaczki, jakby znosiły złote jaja.

Tymczasem tuż za polską miedzą, stał polski chłopina, który niedbale miętosił w zębach, naruszoną przez ząb czasu, zapałkę. On w przeciwieństwie do swojego zachodniego sąsiada, nie musiał jeździć traktorem po swojej ziemi, ponieważ,  po pierwsze -  jego ziemia była tak mała, że mógł ją obejść w piętnaście minut. Po drugie, nie musiał po niej chodzić, bo nic nie siał, a po trzecie, nie miał traktora. Prosięta były tak wychudzone, że robiły za psy; krowy, owszem dawały mleko, ale litr tygodniowo; do kur i kaczek nikt nie zaglądał, bo były niemal dzikie, rzucały się na każdego, kto chciał podebrać im jajka.

Minęło kolejne kilka lat. Zimny i porywisty wiatr rozwiał po starym kontynencie wiadomość o nikczemnej biedzie, niszczącej polski folwark. Niemiecką arkadię ruszyło sumienie. Postanowili sprzedać polskiemu trzeciemu światu swoje rozwalające się i zajeżdżone traktory - po co złomować, jak można trochę zarobić. Po jakimś czasie doszli do wniosku, że to jednak nie to, bo sumienie cały czas nie daje im upragnionego spokoju. Postanowili więc dać polskiej biedzie pracę w swoim sielankowym folwarku. Oczywiście najtrudniejszą, najbrudniejszą i najbardziej syzyfową. Idealne będzie dbanie o szkaradne, brudne prosięta.

Polska biedota nauczona, żeby brać, co dają, postanowiła skrzętnie wykorzystać raz daną im szansę, tylko, że na trochę innych - swoich - zasadach. Traktory częściej kradła niż kupowała oraz wykonywała wszelką inną pracę, tylko nie przy śmierdzących prosiętach. I tak już zostało.

Oczywiście beztroska niemczyzna nie pozostała dłużna i również organizowała liczne pielgrzymki do zaściankowego, wschodniego sąsiada. Z jednym tylko wyjątkiem, że nie do morderczej harówy, ale wyłącznie turystycznie. Zjeżdżali polski folwark wzdłuż i wszerz, wzbudzając wszędzie poruszenie swoimi gigantycznymi mercedesami campingowymi. Ze łzami w oczach zwiedzali rycerskie zamki krzyżackie, a także wolne niegdyś miasto, Gdańsk. W duchu pomstowali na wszechobecny w ich historii grzech pychy i zachłanności. Jak stwierdził pewien francuski dramaturg ,,Ameryka jest Ameryką. Niemcy natomiast chcą być Niemcami i do tego Ameryką".

To był piękny, słoneczny majowy dzień. Dwie malutkie chmurki, ospale sunęły po nieboskłonie. Słowiańska biedota gwarnie wylegała na ulice, by cieszyć się z czekających tuż za rogiem nowych perspektyw. Polski folwark, z dnia na dzień, zrzucił z siebie szary, płócienny worek i zaczął mienić się kolorami bajecznej tęczy oraz nieogarniętych ludzkim rozumem pieniędzy. Porzucił spróchniały kolektyw, stał się członkiem wielkiej, pachnącej najróżniejszymi skarbami, koalicji.

 Od tej pory polski chłop mógł dumnie, z wypiętą piersią i zadartą w górę głową, majestatycznie spacerować po swoim - zachodnim już - folwarku. Nie musiał więcej stać w cieniu, zawracać sobie głowy rzucanymi pod nogi belkami. Należał w końcu do magicznego zachodu, który, niczym wróżka, potrafi rzucać pełnymi wyszukanego imperializmu czarami.

Oczywiście stosunki słowiańsko-germańskie uległy niemal całkowitej metamorfozie, w końcu zachód z zachodem musi się dogadać. Do syzyfowej pracy w stajni Augiasza zaczęto jeździć również do innych koalicyjnych folwarków, a traktory dalej kradziono, z tym że mniej się o tym mówiło. Oba folwarki nastawiały się na znacznie lżejsze i łatwiej strawne tematy. Prowadzono rozliczne debaty o corocznej paradzie miłości w Berlinie, o kiczowatym Steffenie Möllerze, z uwielbianego przez miliony Polaków serialu ,,M jak miłość". Najświeższe tematy to pielgrzymka Benedykta XVI oraz przewidywany wynik czerwcowych mistrzostw świata.

Jedno jest pewne: ,,I Niemcy są ludzie", jak twierdził słowiański, nie do końca zdrowy na umyśle wieszcz narodowy, Adam Mickiewicz. Dlatego rozmawiajmy, szukajmy wspólnego języka. Nie wypominajmy na każdym kroku starych, częściowo zamierzchłych już dziejów, przekroczmy Rubikon i ... na tegorocznym mundialu wdepczmy niemieckiego chłopa w murawę.

Piotr Krupa