Czy nie odnoszą Państwo wrażenia, że pochłonięci mniej lub bardziej rzeczywistymi problemami codzienności załatwiamy swoje codzienne sprawy a sejm, senat i rząd stały się obiektem masowej rozrywki?
Takie reality show? Taka opera mydlana opowiadająca o zmyślonych, abstrakcyjnych sprawach, dostarczająca wrażeń, śmiechu, napięć jak każdy serial?

Jak w każdym serialu pojawiają się bohaterowie i bohaterowie znikają. Jedni budzą powszechną sympatię, inni od samego momentu pojawienia się stają się znienawidzeni. Jednych się zna dobrze, innych dopiero się poznaje.

Cytuje się powiedzonka, obserwuje gesty, ocenia wygląd.

I to wszystko w niezwykłym poczuciu własności - wszak jesteśmy producentem tego serialu. To my poszlismy do urn i wybraliśmy aktorów i to my płacimy gaże i honoraria.

I to my ponosimy ryzyko, bo jeszcze wciąż nie wiemy czy będziemy mieć zysk, czy będzie klapa.

W czasach gdy nic od nas nie zależało, producent ze wschodu roztoczył przed nami szerokoekranowy, panoramiczny film obsadzając w głównych rolach niepolskich, a w każdym razie nie po polsku myślących aktorów.

Było patetycznie, nudno, socrealistycznie.

No to w pewnym momencie wzięliśmy wszystko we własne ręce.

Cała produkcja stała się zależna od nas. To znaczy od tych z nas, którzy w wyznaczonych dniach dokonują wyboru tematu, obsady i reżysera i którym wydaje się, że będą mieć wpływ na fabułę, co zresztą nie jest szczególnie ważne, ponieważ każda fabuła zręcznie poprowadzona może liczyć na powodzenie medialne.

Inwencja twórcza reżyserów i aktorów i tak najczęściej zmienia nasze pierwotne założenia czyniąc dzieło bardziej emocjonującym niż zakładaliśmy.

Zastąpienie rozwlekłego, peerelowskiego gniota z rzadko zmieniającą się obsadą, błyskotliwie migoczącym bogactwem twarzy i charakterów serialem, zwanym III RP, przyszło nam dlatego łatwo, że tak jak i w czasach PRL, tak i obecnie nie ma to zasadniczego wpływu na nasze życie.

Tak myślimy, tak to czujemy - idąc do pracy, wysyłając dzieci do szkoły, załatwiając różne sprawy w urzędach, idąc do lekarza, starając się upitrasić jakiś obiad, znaleźć chwilę na pogaduszki, goniąc za groszem.

I chyba niezbyt dobrze wywiązujemy się z naszych producenckich obowiązków, skoro w naszym serialu jesteśmy nadal tłumem marnie opłacanych statystów zwanych narodem.

Renata Rudecka-Kalinowska