Od ponad dwudziestu lat towarzyszy mi kos. Taki zwyczajny kos. Latem ma dom nad sygnaturką kościoła św. Anny. Gałęzie rosnącego obok drzewa osłaniają przed słońcem i ciekawskim okiem, ale nie są na tyle blisko by jakiś drapieżnik, zwłaszcza kuny, których w okolicach Plant wiele, mógł się po nich wspiąwszy zagrozić bezpieczeństwu gniazdka. Daszek osłaniający sygnaturkę rozpościera bliziutko nad gniazdem okap, pod który nie wfrunie żadna sowa, pustułka czy jastrząb.
O tak, mój kos nie mógł wybrać lepszego miejsca do życia, Nie swojego życia, lecz bliskich mu istnień, ponieważ w gnieździe każdego roku zamieszkuje przywabiana długimi tygodniami uporczywego pięknego śpiewu pani kosowa. Pani kosowej nie znam bliżej, nie przyfruwa przed moje okna, nie siada na antenach i nie śpiewa.

O jej obecności pod daszkiem opowiada mi krzątanina kosa, jego nieustanne wyloty i powroty nad sygnaturkę. Pod wieczór, w letnie dni, kos ma swoją chwilę wytchnienia. Przylatuje na którąś z anten i opowiada o ciężkim dniu. Nie skarży się, w jego głosie nie ma dramatycznych napięć, jest cichutka, przerywana długimi pauzami opowieść. Kosową dostrzegam dopiero wtedy, gdy z kosem wyprowadzają młode, gdy zaczyna się nauka latania.

I nagle, któregoś dnia, kos zostaje sam.

I jakby nie chcąc wprowadzać się do opustoszałego domu, zamieszkuje tuż obok, na barierkach zewnętrznej klatki schodowej mojego podwórza.

Samotność zaczyna się późnym latem..

Nie wiem czym się żywi. Może łapie owady, może sfruwa na odkryte kubły, może zjada jakieś resztki okruchów czy kaszy sypane gołębiom. Kiedyś synek sąsiadów, któremu pokazałam naszego niezwykłego współlokatora, ułożył złapane muchy na białej kartce papieru i zamartwiał się, że ptaszek ich nie je.

Potem synek sąsiadów dorósł i też wyfrunął w świat. I od tego czasu obecność kosa na podwórzowych schodach jest już tylko sprawą między mną a nim.

W deszczu i słońcu, na mrozie, w padającym śniegu, uskakując na wyższe piętra na dźwięk zbliżających się kroków ludzi i kotów, żałośnie skulona mała kulka, albo z zadartym dziobkiem buńczucznie smukły kształcik - JEST.

Ponad jedną trzecią mojego życia, sztuki unikania niebezpieczeństw, umiejętności znoszenia niewygód, zaradności, skromności wymagań, i dogłębnej potrzeby śpiewania hymnu radości istnienia, przed oknami mojego poddasza uczy mnie mały, czarny ptak.

Ale ja nie jestem dobrą uczennicą.

Renata Rudecka-Kalinowska