Po raz pierwszy w historii wybory do Parlamentu Europejskiego będą miały prawdziwą oprawę wojskową. Zapewnią ją najnowocześniejsze myśliwce bojowe i tysiące świetnie wyszkolonych żołnierzy. Nad całością czuwać będzie sam Władimir Putin, któremu zarówno wynik wyborów prezydenckich na Ukrainie jak i tych do Europarlamentu nie jest obojętny. W najbliższą niedzielę rozstrzygną się losy Europy i Polski na najbliższe lata, bo drużyna Putina, czyli ludzie, którzy źle życzą Europie, są silni jak nigdy dotąd i nie bez powodu liczą na sukces wyborczy. W tym samy dniu Rosja, przy granicy z Ukrainą, przeprowadzać będzie lotnicze manewry wojskowe, które są sygnałem, że czasy pozimnowojennego rozprężenia ostatecznie chyba dobiegły końca.

Partie wspierające rosyjskie działania i chcące rozbicia UE dzielą się na dwie kategorie – te, które robią to jawnie i te, które są ekspansjonizmowi rosyjskiemu przeciwne, ale dążąc do osłabienia więzi europejskich, wyświadczają Moskwie olbrzymią przysługę. Europa rozbita na skupione wyłącznie na swoich narodowych egoizmach państwa to wymarzony scenariusz każdego, kto Polsce źle życzy. To nie tylko recepta na przyszłe kłopoty z naszym najpotężniejszym sąsiadem, ale także na spektakularne zakończenie ponad dwóch dekad nieustannego wzrostu gospodarczego i rozwoju naszego kraju.
 
  Jednak wcale nie musimy głosować na populistyczne lub eurosceptyczne partie, by dorzucić swoje pięć groszy do obozu popleczników Rosji i ludzi życzących Europie i Polsce jak najgorzej. Wystarczy, że w najbliższą niedzielę zamiast udać się do lokalu wyborczego zostaniemy w domu. Wystarczy, że zbędziemy to, co zadecyduje o losie pół miliarda ludzi, krótkim: „jest mi to obojętne”. Obojętność to coś na co czekają populiści na całym świecie, bo niska frekwencja zawsze im sprzyja. W skrajnym przypadku, kilkanaście, ba, nawet kilka procent społeczeństwa może zadecydować o naszym bezpieczeństwie, perspektywach rozwoju, czyli „być albo nie być” Polski.
 

 

Niedługo obchodzić będziemy ćwierćwiecze naszego wielkiego sukcesu, jakim były wybory 6 czerwca 1989 r. i będące ich następstwem powołanie pierwszego niekomunistycznego rządu w bloku sowieckim. To także historia mojej drogi w polityce. Począwszy od działalności w opozycji, następnie pełnieniu funkcji radnego miejskiego, burmistrza, aż do posła Sejmu RP i wiceministra w polskim rządzie. Byłem aktywnym uczestnikiem wielu kluczowych dla Polski wydarzeń i upartym adwokatem mocnej gospodarki; wolnej od łańcuchów złego prawa. Mam nadzieję, że dzięki zaufaniu i poparciu wyborców, którzy moją działalność śledzą od lat, będę mógł moje doświadczenie, wiedzę i energię wnieść do Parlamentu Europejskiego. Kandyduję, bo wierzę, że w czasach globalizacji i postępującej integracji na naszym kontynencie, dla Polski można zrobić jeszcze więcej właśnie tam, a może przede wszystkim tam, w Brukseli.
  
Niedzielne wybory do Parlamentu Europejskiego przejdą do historii, jako te, w których rozstrzygnęło się coś więcej niż tylko skład izby oddalonej o tysiąc kilometrów od nas, której prace na co dzień mało kto śledzi. To wybory, które zadecydują o kształcie europejskiej polityki energetycznej i odporności Wspólnoty na kryzysy militarne u jej granic. Zastanówmy się, co będziemy mogli odpowiedzieć, jeśli za dziesięć bądź dwadzieścia lat ktoś nas zapyta, co w tak kluczowym momencie dla polskich dziejów robiliśmy? W niedzielę pójdźmy więc głosować i głosujmy za silną Polską i bezpieczną Europą. Nie wierzmy populistom i tym, którzy chcą rozbitej Europy państw skupionych na swoich małych interesach. Podobnie bowiem jak z wyborów w czerwcu 1989, także i z tych wyborów będziemy musieli rozliczyć się przed przyszłymi pokoleniami. Idźmy więc, by po latach nie wstydzić się za siebie, idźmy by w przyszłości być dumnymi z Polski, z Unii i całej z Europy. Idźmy, by udowodnić, że obojętność, to nie polska cecha!


Adam Szejnfeld