Krasnoludek, jak sama nazwa wskazuje (krasno-ludek), to prototyp i forpoczta krasnoarmiejca, tyle że nie jest czerwony, a zielony. Zielony krasnoludek, to nie dojrzały krasnoarmiejec. Proste? Proste... wcale nie.
Wbrew temu, co często słyszę, metoda walki i agresji za pomocą zielonych krasnoludków wcale nie jest nowa i nie Putin ją wymyślił. I nie tylko Rosja ją stosowała, bo kopiowały ją inne państwa komunistyczne.

Zacznijmy od tego, że w polityce rosyjskiej, nawet jeszcze carskiej, funkcjonowało pojęcie „bliska zagranica", to znaczy państwa ościenne nie mające prawa do pełnej suwerenności. W pojęciu polityków rosyjskich „bliska zagranica" jest w gruncie rzeczy „nasza" tylko czasowo nam się urwała, ale do czasu. Na tej przestrzeni, a czasem nawet dalej, instalowano agenturę pod pozorem różnych „partii", partyzantek, „ruchów narodowo wyzwoleńczych". Tę agenturę wykorzystywano później do agresji.

Od czasów Kominternu, czyli bardzo dawnego ZSRR, instalowane były w innych krajach partie komunistyczne, będące w rzeczywistości sowiecką agenturą. Niektóre z nich tworzone były wręcz przez agentów Kominternu przy ograniczonym udziale miejscowych komunistów. Przypomnę, że Komunistyczną Partię Chin założyli agenci Kominternu Wojtiński (Rosjanin) i Silveret (Holender) i dłuższy czas faktycznie kierował nią Rosjanin Borodin. Nawet znacznie później, już po drugiej wojnie, nawet takie partie jak francuska i włoska, promujące „komunizm z ludzką twarzą", w rzeczywistości wykonywały zadania wywiadowcze. Wcześniej Francuska Partia Komunistyczna werbowała radykalnych młodzieńców z różnych krajów i szkoliła ich (lub wysyłała na szkolenie do ZSRR, na Uniwersytet Pracujących Wschodu) na zawodowych rewolucjonistów. Takie szkolenia za pośrednictwem tej patii przeszli między innymi Deng Xiaoping, Chou Enlai, Saloth Sar (Pol Pot), Ieng Sary, Ta Mok, Khieu Samphan i spora grupa innych „rewolucjonistów" z Chin i Kambodży. Późniejszy władca Korei Północnej Kim Il Sun (Kim Ir Sen) ukończył w ZSRR szkołę agentów NKWD, a wcześniej dowodził koreańskim oddziałem w ramach partyzantki Chińskiej w Mandżurii pod kierunkiem Kang Shenga (chińskiego odpowiednika Berii). Trzy tygodnie po zajęciu Korei Północnej przez wojska sowieckie został przywieziony do portu Wuhan na statku Pugaczow, jako kapitan Armii Czerwonej (sowieckiej) i natychmiast awansowany przez rządzącego Koreą pułkownika Ignatiewa do stopnia „legendarnego generała". Zadanie miał proste: przejęcie władzy.

Rosja sowiecka, Chiny i inne państwa komunistyczne wielokrotnie wykorzystywały metodę zielonych krasnoludków, udających a to separatystów, a to ludowych wyzwolicieli, a to miejscowych komunistów. Już w 1920 roku, w czasie najazdu na Polskę, zainstalowano w Białymstoku Dzierżyńskiego, Marchlewskiego i Kona jako „ludowy rząd" Polskiej Republiki Radzieckiej, a że im się ta Republika Radziecka tym razem nie udała, to inna sprawa.

Później, w czasie wojny domowej w Hiszpanii, zielone ludziki działały po obu stronach, Franco wpierały hitlerowskie Niemcy, a drugą stronę ZSRR w postaci agentury NKWD, która miała nawet w Hiszpanii własne areszty.

W czasie wojny koreańskiej 1950-53 na pomoc Korei Północnej wysłano „milion ochotników". Korea Północna była tam agresorem w porozumieniu ze Stalinem i Mao, a „milion ochotników" to było dwa miliony i sto tysięcy żołnierzy chińskich pod dowództwem marszałka Peng Dehuaia (milion, dwieście tysięcy z nich zostało rannych, a siedemset tysięcy poległo). I oczywiście to nie była agresja komunistycznych Chin na Koreę Południową, to Korea Północna (licząca wówczas zaledwie kilkanaście milionów ludności) „wyzwalała", a „milion ochotników" jej pomagał.

Wszystkim podobnym działaniom zawsze towarzyszyło „duraczenie", czyli kłamliwa propaganda przedstawiająca napadniętego jako agresora a napastnika jako wyzwoliciela. Zielone krasnoludki zawsze były miejscowym ludem, ochotnikami, patriotami itp.

W czasie wojny wietnamskiej, także przedstawianej w propagandzie jako ludowa obrona przed amerykańską agresją, w rzeczywistości agresorem był Wietnam Północny, a wojska USA przybyły na pomoc Południu dopiero po czterech latach wojny. Wcześniej ich tam nie było, a Wietnam Północny już „się bronił" na terytorium Wietnamu Południowego wspomagany przez sowieckich oficerów, pilotów, radiolokację, zaopatrzenie, szpitale polowe... Przed kim „się bronił"? Vietcong nie był w rzeczywistości żadną ludową partyzantką, lecz regularna armią Wietnamu Północnego, jednolicie umundurowaną i uzbrojoną w sowiecką broń, w tym artylerię klasyczną i rakietową (parafrazując Putina, kupioną w sklepie z militariami). Podobnie jak wcześniej w Korei, za sterami wietnamskich myśliwców siedzieli rosyjscy piloci, a teoretycznie Związek Radziecki nie brał wcale udziału w tej wojnie, tak samo jak w koreańskiej.

Ten przypadek jest szczególnie godny uwagi ze względu na skuteczność „duraczenia" (ogłupiania). Na całym Zachodzie hipisi i lewicująca inteligencja protestowali przeciw „amerykańskiej agresji". Do dziś większość ludzi na Zachodzie uważa, że wojna wietnamska była wynikiem amerykańskiego napadu na niewinny Wietnam. Jest to jeden z największych sukcesów propagandowego kłamstwa w historii. Jest to też sukces metody zielonych ludzików. Teoretycznie żaden żołnierz Wietnamu Północnego nie przekroczył granicy Wietnamu Południowego, a około miliona żołnierzy Vietcongu to były właśnie zielone ludziki „niewiadomego pochodzenia", uzbrojone w sklepie ogrodniczym, gdzie do grabi dodawano gratis kałasza lub haubicę.

Podobną metodę stosowały Chiny. W latach 90. w Pekinie odbyła się uroczysta akademia dla upamiętnienia 30 tysięcy żołnierzy chińskich poległych w Laosie. A przecież ich tam „wcale nie było". Była „laotańska partyzantka". Chińczyków „nie było", ale polegli, ot sztuczka!

Podczas późniejszej inwazji wietnamskiej na Kambodżę (tym razem zaczął Pol Pot) część żołnierzy komunistycznego Wietnamu przebrano w zdobyczne mundury i hełmy armii Południa. To były zielone krasnoludki dokonujące największych okrucieństw i żadne państwo się do nich nie przyznawało, a miały mundury państwa, którego już nie było.

Mało kto dziś pamięta, jak się zaczęła wojna w Afganistanie (ta pierwsza, z ZSRR). Rok wcześniej graniczne miasto Termez zamienione zostało niemalże w parking dla czołgów. Wcześniej, w drugim końcu kraju, w Iskashimie, w prowincji Badakhshan, Rosjanie wybudowali most przez graniczną rzekę Piandż. Wszyscy się dziwili, po co most, skoro tam nie ma przejścia granicznego. Zaczęło się od puczu komunistów, który prasa państw prosowieckich okrzyknęła rewolucją ludową. Komuniści w Afganistanie rzeczywiście byli, ale tak słabi, że sami nie dokonali by niczego. Wielu z nich nie wiedziało nawet dobrze, o co w tym komunizmie chodzi. Jeden z nich, w 1976 roku tłumaczył mi, że jest komunistą, bo „w kapitalizmie samochody przejeżdżają ludzi".

W dniu tego puczu byłem w Kabulu i sam widziałem rosyjskich komandosów i snajperów z bazy w Bagram w mundurach bez dystynkcji i żadnych odznak (Rosjanie od dłuższego czasu mieli garnizon w Bagram, ok. 60 km na północ od Kabulu). Na własne uszy słyszałem, jak jeden z nich mówił do drugiego: „Tak toczno towariszcz kapitan", co jak wiadomo jest powszechnym zwrotem w językach farsi i dari używanych w Afganistanie. Te zielone ludziki żywcem przypominały te z Krymu, tylko mundury i broń były nieco inne, bo to było 34 lata wcześniej.

Następnym krokiem było wkroczenie oficjalne armii ZSRR „na pomoc rewolucji" atakowanej przez „diwersantow is Pakistana". „My nie agresory, my ot tak" powiedział nawet spiker moskiewskiej telewizji.

Zielone ludziki operowały też dzielnie w Abchazji i Ostii Południowej. Przed inwazją rosyjską na Gruzję w obu tych regionach masowo wydawano każdemu, kto chciał rosyjskie paszporty.

Podobne metody stosowały też Chiny. Miałem okazję obserwować wojnę domową w Nepalu. Nepalscy chłopi z maoistycznej partyzantki, których nie stać nawet na kupienie butów, masowo kupowali „w sklepach ogrodniczych" chińskie kałasznikowy, CKM-y, bazooki i inne takie, które, jak twierdzi Putin, „każdy może sobie kupić".

Wspomnę jeszcze, że ZSRR i jego państwa satelickie całymi latami wspomagały, finansowały, uzbrajały terrorystów wszelkiej maści (byle antyzachodnich) i najpaskudniejsze reżimy (Saddama Huasina, Kadafiego i innych).

Przykłady można by mnożyć. Byli wszak jaszcze „kozacy kubańscy" w Kongu i Boliwii, „Świetlisty Szlak" w Peru...

Metoda nie jest więc nowa, ani szczególnie odkrywcza. Można w niej wyodrębnić etapy:

1. instalacja agentury wywiadu i służb;
2. budowa agentury wpływu i agentury głupoty (później wyjaśnię), intensywne „duraczenie";
3. destabilizacja kraju, cały czas „duraczenie";
4. oczekiwanie na dobry moment;
5. w odpowiednim momencie uruchomienie sił destrukcyjnych, maksymalne „duraczenie";
6. „zielone ludziki";
7. doprowadzenie do chaosu i walk wewnętrznych;
8. agentura wpływu prosi o pomoc;
9. otwarta inwazja, nazywana w propagandzie „duraczenia" „bratnią pomocą", „ochroną ludności cywilnej" itp.

Co to jest wspomniana agentura głupoty? Są to ludzie, którzy wcale nie popierają Rosji, ale swoimi nieodpowiedzialnymi działaniami destabilizują i osłabiają kraj. W naszym przypadku są to „eurosceptycy", „religia smoleńska" i partie nie uznające legalnie wybranego rządu. Rosja ich bardzo inteligentnie wykorzystuje, np. nie oddaje wraku tupolewa, by w Polsce na tym tle jak najdłużej trwała awantura osłabiająca państwo, udostępnia nadajniki satelitarne dla pewnego księdza-biznesmena, który tworzy rozłam w polskim kościele. Na przykładzie Ukrainy widzimy, że charakterze agentury głupoty Rosja potrafi nawet używać środowisk kryminalnych („tituszki"). Agenturą głupoty są też firmy zawierające nowe kontrakty Rosją, gdy z jej strony grozi inwazja. Tacy „ludzie biznesu" osłabiają wolę państwa do obrony, uzależniając je gospodarczo. Najlepszymi przykładami agentury głupoty są Schredder, Depardieu, Assange i paru także polskich polityków (nie tylko prawicowych). Nie wymieniam Snowdena, bo to zwykły rosyjski szpieg śpioch, zręcznie uruchomiony w odpowiednim momencie (tuż przed kryzysem na Ukrainie, który Putin dokładnie zaplanował). Agentura głupoty chce dla niego pokojowej nagrody Nobla.

Ale wracajmy do tematu. Na Ukrainie Rosja realizuje obecnie 7. i 8. etap tej metody. W wielu krajach ma już zainstalowane agentury, w paru jest na etapie 4. - oczekiwania na dobry moment.

Czy na Ukrainie przejdzie do etapu otwartej inwazji? Nie ma pewności, bo coś się Putinowi nie udało. Upływ czasu sprawił, że społeczeństwo ukraińskie zaczyna się konsolidować w obronie kraju, a rząd zaczyna przywracać dyspozycyjność armii i milicji, które były, twierdzę że świadomie, zdezorganizowane i przesączone agenturą za czasów Janukowycza. Być może Putin przegapił odpowiedni moment. Ale, czas pokaże.

Generalny wniosek z tego wszystkiego jest taki: mamy do czynienia z regularną wojną realizowaną starą bolszewicką metodą - cudzymi rekami, lub własnymi przebranymi za cudze. Na wschodzie Ukrainy nie działają żadni „separatyści" lecz regularna rosyjska armia wspomagana żołnierzami zaciężnymi (opłacanymi) udającymi tylko odrębność. Ci ludzie są dowodzeni, organizowani i zaopatrywani przez Rosję. I nie ma znaczenia jak dawno ich zwerbowano. A że wspomaga ich ogłupiona „duraczeniem" miejscowa ludność, to też nic nowego.

Nie ma co czekać z ostrą reakcją „aż  Rosja wkroczy". Już dawno wkroczyła. Bezczynność i wyczekiwanie Zachodu to też element planu Putina. Warto to w końcu zrozumieć i przestać ten plan realizować, bo my, Zachód, stajemy się agenturą głupoty.

Krzysztof Łoziński


PS. Przytoczę pewną przepowiednię:

1. Rosja zajęła Czeczenię. UE zajęła stanowisko;
2. Rosja zajęła Abchazję i Osetię Południową. UE zajęła stanowisko;
3. Rosja zajęła część Gruzji. UE zajęła stanowisko i obiecała, że nie przyjmie Gruzji do NATO;
4. Rosja zajęła Krym. UE wprowadziła kieszonkowe sankcje. Rosja się uśmiała.
5. Rosja zajęła Wschodnią Ukrainę. UE zakazała wjazdu kilkunastu Rosjanom i zapowiedziała sankcje gospodarcze.
6. Rosja zajęła całą Ukrainę. UE zagroziła sankcjami.
7. Rosja zajęła Polskę, Litwę, Łotwę i Estonię. UE stanowczo zagroziła sankcjami.
8. Rosja zajęła całą Unię. Parlament Europejski na emigracji w Bostonie zabronił Rosjanom wjazdu do Unii.
9. Rosyjski desant z francuskich okrętów Mistral wylądował na Florydzie. Parlament Europejski na Emigracji przeniósł się do Kanady.

To wprawdzie żart, ale wcale nie śmieszny.