Tytuł jest oczywiście przenośnią. Chodzi o to, czy w stosunku do dyktatorów, takich jak Putin, można stosować takie metody nacisku, jak wobec racjonalnie myślących ludzi, czy może należy czynić trochę co innego. Twierdzę, że Putin ani trochę nie przejmie się pogorszeniem poziomu życia Rosjan, złym stanem gospodarki, izolacją swojego kraju, czyli tym wszystkim, co wynika z sankcji. Mimo to sankcje są potrzebne, ale z zupełnie innego powodu: trzeba zabrać wariatowi brzytwę.
10 lat temu, w jednym z pierwszych numerów „Kontratekstów", zamieściłem artykuł, będący analizą osobowości dyktatorów, od Hitlera, Lenina, Mao, po Saddama i Qadhafiego (a także innych). Nie ma sensu pisać od początku tego samego, więc przytoczę po prostu obszerne fragmenty tego tekstu z pewnymi modyfikacjami, a później wrócimy do tytułowego zagadnienia. W międzyczasie, parą razy zadamy sobie pytanie, czy omawiani dyktatorzy przejmowali się skutkami swoich poczynań, czy też kierowali się zupełnie czym innym?

Wszyscy dyktatorzy, „wodzowie narodów", jak sami siebie tytułują, mają wspólne cechy osobowości: kompleks niższości i wynikającą z niego patologiczną nienawiść do wszystkich mądrzejszych, bogatszych, silniejszych fizycznie itp. Byli najczęściej brutalnie traktowani w dzieciństwie, mają zmyślone, lub zmitologizowane życiorysy, upajają się uwielbieniem tłumów (nawet, gdy jest ono tylko pozorowane, wymuszone terrorem). Wszyscy oni roztaczają wokół siebie mit geniusza i herosa, podczas gdy ich rzeczywiste wykształcenie i możliwości są raczej mizerne. To nie przypadek, że prawie wszyscy są niskiego wzrostu (wyjątkami byli Fidel Castro, Muammar Al Qadhafi i Mao Zedong). Lenin miał 168 cm wzrostu, a Putin i Miedwiediew po 164 cm. Niemal wszyscy mieli nieudane, lub też zupełnie patologiczne związki z kobietami, a także z naturalnym otoczeniem. Stąd otaczanie się szczelnym gronem lizusów i nie dopuszczanie żadnej krytyki. Ponieważ większość z nich, z powodu marnego wzrostu i cherlawej budowy, a w innych przypadkach z powodu niskiej inteligencji (Idi Amin, Bocassa, Saddam), nie mogła używać bezpośredniej przemocy wobec innych, używała do przemocy aparatu państwa. Państwowy aparat przemocy był dla nich protezą cherlawej pięści lub kiepskiego umysłu. [Analogie z osobowością pewnego krajowego kandydata na wodza, nie są przypadkowe].

Adolf Hitler przez pierwsze dwa rozdziały „Mein Kanpf" tłumaczy się, że miał kłopoty ze zrobieniem matury i dostaniem się na studia przez spisek inteligentów. Był małym chuderlakiem, nie zrobił kariery w wojsku (był tylko kapralem, czyli nikim), więc upajał się wiecowym rykiem tłumów.

Włodzimierz Uljanow (Lenin) w młodości był izolowany towarzysko przez środowisko inteligenckie Samary z powodu swoich poglądów. Roztaczał wokół siebie mit dobrotliwego ojczulka. Portretowano go wśród ludu, wśród dzieci itp.

A oto przykład rzeczywistego cynizmu Lenina: list do Biura Politycznego z 19 marca 1922 r. (wielki głód). Lenin pisał:

„[...] W chwili gdy tyle zagłodzonych istot żywi się ludzkim mięsem, gdy drogi usłane są setkami, tysiącami trupów, teraz i tylko teraz możemy [...] skonfiskować majątek Cerkwi ze straszną, bezlitosną energią. [...] Możemy w ten sposób zdobyć skarb wartości miliardów rubli w złocie. [...] tylko rozpacz wywołana głodem może skłonić masy do postawy wobec nas życzliwej lub przynajmniej neutralnej. [...] Im więcej członków reakcyjnego duchowieństwa się rozstrzela tym lepiej dla nas."

Zastanówmy się: czy Lenin przejął się tym, że na skutek kolektywizacji i innych paranoicznych eksperymentów gospodarczo-społecznych miliony ludzi głodowały? Ani trochę. Wręcz przeciwnie, traktował to jako okazję do skoku na kasę.

Josif Dżugaszwili (Stalin) był lekceważony przez bardziej doświadczonych rewolucjonistów i musiał zmyślać swoje osiągnięcia w konspiracji. Jego rewolucyjny oddział nie zajmował się bynajmniej rewolucją, lecz rozbojem na drogach i rabunkiem. Ponieważ był wyjątkowo słaby fizycznie i mały, zlecał pisanie opowiadań o tym jak w dzieciństwie wygrywał z rówieśnikami walki zapaśnicze. Na jego cześć usłużni poeci napisali setki, jeśli nie tysiące panegiryków. Do historii przeszło jego powiedzenie: „ludiej u nas mnogo", jako reakcja na ogromne straty w ludziach Armii Czerwonej, w dużym stopniu z powodu jego błędów w dowodzeniu.

Rewolucja parowóz dziejów
Potrzebny jest maszynista
Towarzysz, wódz, komunista
Stalin, słowo jak dzwon!

(Władysław Broniewski, „Słowo o Stalinie", w nawiasie: „poemat").

Jedyny nieistotny incydent II Wojny Światowej, w którym brał udział, jako politruk na tyłach, Leonid Breżniew, propaganda ZSRR przedstawiała jako bitwę o strategicznym znaczeniu.

Kim Song Dzu (Kim Ir Sen czyli Kim Być Słońcem), który nie uczestniczył w wyzwalaniu Korei (został przywieziony trzy tygodnie później na statku „Pugaczow" w stopniu kapitana Armii Czerwonej) i został przez towarzyszy radzieckich ustanowiony przywódcą Korei oraz awansowany do stopnia „legendarnego generała", przedstawiany jest jako założyciel partyzantki antyjapońskiej, wyzwoliciel Korei i geniusz (zakończył edukację na ośmiu klasach). Według koreańskiej agencji prasowej po jego śmierci płakały jaskółki.

Kim Ir Sen panicznie bał się latać samolotem, więc skierował swojego syna Kim Dżong Ila (co znaczy Kim Po Prostu Słońce) do szkoły lotniczej w Dreźnie, której ten nie ukończył, bo też panicznie bał się latania. Mimo to propaganda przedstawia go jako „genialnego pilota myśliwskiego". Kim Dżong Il nosił buty na 12-centymetrowym koturnie, bo natura poskąpiła mu wzrostu. Nie ma żadnego przygotowania wojskowego, więc został od razu generałem. Kim Dżong Il (w metryce urodzenia Jurij Ilsingijewicz Kim, syn Song Dzu i Wiery) urodził się we wsi Wjakuckoje koło Chabarowska na Syberii w baraku-drewutni. Według oficjalnego życiorysu urodził się w baraku partyzanckim na zboczach „świętej" góry Pektusan w Korei. Na miejscu jego urodzenia pojawiła się gwiazda świecąca dniem i nocą. W tym dniu niespodziewanie zakwitły kwiaty (choć był to luty) i rozległy się „chóralne trele ptaków", siwobrodemu staruszkowi ukazała się jaskółka, która ludzkim głosem obwieściła mu przyjście na świat generała mającego w przyszłości rządzić całym światem. Koreańskie gazety doniosły, że z okazji urodzin Kim Dżong Ila, dziesięć żurawi dziesięciokrotnie okrążyło pomnik idei dżucze w Phenianie. Jego syn, Kim Dżong Un (Kim Najjaśniejsza Gwiazda), rozpoczął panowanie od zgładzenia swego wuja i całej jego rodziny.

W wojnie koreańskiej (1950-53) wywołanej przez Kim Ir Sena armia Korei Płn. Praktycznie przestała istnieć, sojusznicza armia chińska straciła 700 tysięcy poległych i 1.200 tysięcy rannych (wojska USA straciły 35 tys. żołnierzy). Mac Artur doszedł prawie do granicy Korei  z Chinami i tylko polityczna decyzja ONZ zatrzymała jego marsz dalej. Każdy myślący choć trochę człowiek, na miejscu Kima zrezygnowałby z agresywnych planów. Czy jednak Kim (a także jego synowie) wyciągnęli jakiekolwiek wnioski z tak druzgocącej klęski? Ani trochę.

Mao Zedong
był niewykształconym prostakiem, chłopem, lekceważonym i odsuwanym przez inteligenckich założycieli partii komunistycznej. Całe życie mścił się na inteligentach. Za jego rządów inteligencję nazywano „dziewiątą śmierdzącą kategorią" a noszenie okularów było nieraz wystarczającym powodem do wykonania kary śmierci. Już jako nastolatek w chłopskiej rodzinie, napisał w pamiętniku, że jest „geniuszem, a geniusze mają większe prawa niż inni ludzie".

O Mao Zedongu śpiewano piosenki:

Słońce jest najczerwieńsze,
Przewodniczący Mao jest najbliższy.
Twoje promienne ide zawsze oświetlają nasze serca.
Wiosenny wiatr jest najcieplejszy,
Przewodniczący Mao jest najbliższy.
Twoja rewolucyjna linia zawsze wytyczona prosto.
Twoje osiągnięcia są wyższe do nieba,
Twoja dobroć głębsza od mojej.
Słońce w naszych sercach nigdy nie zajdzie.
Twoje serce wraz z naszymi będzie bić.
Słońce jest najczerwieńsze.
Przewodniczący Mao jest najbliższy.


albo:

Niech żyje przewodniczący Mao.
Złociste słońce wzeszło na wschodzie,
Świeci nieskończonym blaskiem.
Wschodni wiatr wieje tysiąc mil.
Wielkie morze czerwonych sztandarów.
Wielki nauczyciel, genialny przywódca,
Czcigodny, przewodniczący Mao.


Hunwejbini śpiewali też inną piosenkę:

Kiedy ojciec jest dzielny, syn jest bohaterem.
Kiedy ojciec jest reakcjonistą, syn jest łajdakiem.
Jeśli jesteś rewolucjonistą, zbliż się i przyłącz do nas.
Jeśli nie jesteś, wynocha, wynocha!
Zrzucimy was z waszych przeklętych stołków!
Zabij! Zabij! Zabij!

Mao był największym zbrodniarzem w całej historii, nie tylko Chin, ale i całej ludzkości. Różni autorzy oceniają liczbę jego ofiar od 65-85 milionów po nawet 150-200 milionów, przy czym różnice w ocenie wynikają nie ze sporu o fakty, lecz raczej z tego, co do tych ofiar zaliczać, a co nie (np. ok. miliona ofiar wojny koreańskiej, lub 30 tys. żołnierzy chińskich poległych w Laosie, gdzie oficjalnie w ogóle ich nie było - liczyć, czy nie? Liczyć tylko bezpośrednio zabitych, czy także zmarłych z głodu i zimna w obozach?).

Kampania Mao „Tygrys robi wielki skok naprzód" spowodowała największy głód w historii świata. Z głodu zmarło co najmniej 45 milionów ludzi (skrajne oszacowanie mówi o 126 milionach), ale te 45 milionów jest udowodnione na podstawie dostępnych już dokumentów (patrz: Frank Dikotter „Wielki głód").

Czy Mao przejął się  tym, że na skutek jego eksperymentów gospodarczych miliony Chińczyków umierają z głodu? Ani trochę. Przejął się tym, że musiał tych eksperymentów zaprzestać i został upokorzony koniecznością przyznania, że „zupełnie się nie zna na gospodarce". Jedynym efektem była kilka lat później okrutna zemsta na jego krytykach (i wszystkich dookoła przy okazji), czyli „dziesięciolecie chaosu" („Wielka proletariacka rewolucja kulturalna", „Strategia trzeciego frontu" i „Kampania zwalczania Konfucjusza i Lin Biao). Kolejne miliony ofiar.

Następca Mao, Deng Xiaoping zakończył edukację na szkole średniej i kursie agentów Kominternu. Był małego wzrostu, nawet jak na Chińczyka (ok. 150 cm). To on urządził masakrę studentów, znaną jako „wydarzenia na placu Tiananmen" w 1989 roku. 7 tysięcy zabitych i ok. 30 tys. rannych w ciągu zaledwie pierwszych 4 godzin (walki dalej trwały jeszcze 5 dni).

Rządy komunistów w Chinach kosztowały życie milionów ludzi. Historyk Jean-Louis Margolin tak je opisuje:

Niektóre liczby nie mogą już nawet szokować: 3 tysiące aresztowań w ciągu jednej tylko nocy w Szanghaju (i 38 tysięcy w ciągu czterech miesięcy), 220 wyroków śmierci i natychmiastowych publicznych egzekucji w ciągu jednego tylko dnia w Pekinie, 30 tysięcy „wieców oskarżycielskich" w tym samym mieście w okresie dziewięciu miesięcy, 89 tysięcy aresztowań - w tym 23 tysiące zakończonych wyrokami śmierci - w ciągu dziewięciu miesięcy w Kantonie." („Czarna Księga Komunizmu...").

Dodajmy jeszcze do tego obrazu fakt niedawny: 2 tys. zabitych i ponad 200 tys. uwięzionych z powodu... przygotowań do Olimpiady w Pekinie.

O defektach logicznego myślenia Muammara Al Qadhafiego świadczą tytuły rozdziałów z jego dzieła „Zielona Książeczka - Podstawa Trzeciej Teorii Światowej". Są to między innymi: „Melodie i sztuki piękne", oraz „Sport, jeździectwo i parady".

Warto tu przytoczyć parę urywków z owej „podstawy trzeciej teorii światowej (czort wie, jakie są dwie pierwsze) autorstwa Lwa Pustyni:

Z rozdziału „Kobieta":

„Istnieje naturalna różnica między mężczyzną a kobietą, na co wskazuje istnienie w przyrodzie mężczyzny i kobiety. Kobieta jest rodzaju żeńskiego, a mężczyzna rodzaju męskiego. Kobieta ma menstruację, czyli co miesiąc choruje, natomiast mężczyzna, ponieważ jest rodzaju męskiego, nie ma menstruacji i nie choruje regularnie co miesiąc."

I tak dalej przez dziesięć stron, aż w końcu rewelacja:

„W świecie roślin i zwierząt samiec jest silny i toporny. Natomiast samica w świecie roślin, zwierząt i wśród ludzi jest piękna i delikatna".

Nie ma wątpliwości, że modliszka zjada samca pięknie i delikatnie. Dotąd nie wiedziałem.

Z rozdziału „Czarni":

„Czarni będą panować nad światem."
A dlaczego? Bo: „inne rasy zmniejszają się liczbowo z powodu regulacji urodzin i ograniczania liczby związków małżeńskich, oraz z powodu ciągłej pracy i innych zajęć, natomiast czarni oddają się bezczynności w nieustannie gorącym klimacie".
Jednym słowem bezczynność prowadzi do panowania nad światem.

Z rozdziału „Sport jeździectwo i parady":

„Trybuny stadionów zbudowano jedynie po to, by uniemożliwić masom dostęp do stadionów i placów ćwiczeń, by zabronić im wstępu na miejsce ćwiczeń sportowych. Pewnego dnia trybuny opustoszeją, a potem zostaną zlikwidowane, a masy wypełnią stadiony i place."
„Społeczności beduińskie nie przyglądają się zawodnikom, lecz sami Beduini zespołowo uczestniczą w zabawach i grach, i nie trzeba im tego tłumaczyć"

Tak więc wzorcem dla świata są Beduini, co opanują stadiony.

Tak myślący facet przez dziesięciolecia rządził Libią za pomocą koszmarnego terroru. Trzeba było całych miesięcy krwawych walk, by go obalić.

Saloth Sar (Pol Pot - Pierwszy Brat) nie zdołał ukończyć w Kambodży szkoły zawodowej do zawodu stolarza z powodu „tępoty i lenistwa". Ponieważ jego siostra i szwagierka były „tancerkami" (czytaj prostytutkami) na dworze królewskim, został wysłany na studia do Paryża. Według komunistycznej propagandy studiował na Sorbonie. Według innych nigdy na niej nie był, a jego rzekome „prace naukowe" napisał Wydział Propagandy KC KPZR. Zajęła się nim natomiast Francuska Partia Komunistyczna i wyszkoliła na zawodowego „rewolucjonistę". Nawiasem mówiąc można by napisać rozprawkę: Rola Francuskiej Partii Komunistycznej w wychowaniu największych potworów Wschodniej Azji ( Pol Pot, Ian Sery, Ta Mok czyli „Rzeźnik", Chou Enlai, Deng Xiaoping ...).

Komuniści kambodżańscy, „Czerwoni Khmerzy" zdołali zgładzić dwa miliony ludzi w ciągu czterech lat (w małym kraju, 30 procent narodu).

Czy Pol Pot się tą masakrą przejął? Ani, ani. Zamiast tego wszczął idiotyczną wojnę z 20 krotnie liczniejszym ludnościowo Wietnamem, który po zakończeniu własnej wojny miał wówczas jedną z największych armii świata. Oczywiście Pol Pot sromotnie przegrał, a zwycięska armia wietnamska wymordowała w Kambodży kolejne tysiące ludzi. Mam w swoim archiwum zdjęcia z tej wietnamskiej „bratniej pomocy", tak straszne, że ich nikomu nie pokazuję.

Saddam Husain był pogrobowcem (urodził się po śmierci swego ojca). W dzieciństwie był okrutnie traktowany przez swego ojczyma, między innymi był bity żelaznym prętem. Jako nastolatek już dopuścił się pięciu zabójstw. Jego rządy kosztowały Irak 3 miliony trupów. Do końca wierzył, że pokona armię USA. Do końca udawał, że ma broń chemiczną i myślał, że prezydent Bush się jej przestraszy.

Muhtada al-Sadr nie ukończył żadnej szkoły. Uczył się tylko w szkółce koranicznej przy meczecie, ale i tej nie ukończył. Wymyślił sobie, że na czele około 400 ludzi z ręczną bronią pokona USA i zostanie Mahdim (prorokiem, który ma nadejść). Jego rebelia skończyła się sromotną klęską, ale zdołała popsuć proces normalizacji życia w Iraku i spowodowała śmierć niemal wszystkich jego bojówkarzy przy znikomych stratach Amerykanów. Al-Sadr do dziś nie rozumie, że przeżył tylko z powodu racji politycznych swego przeciwnika i że dla nikogo nie jest partnerem.

Megalomania Fidela Castro objawiała się w jego ośmiogodzinnych lub dłuższych przemówieniach, które musiały transmitować w całości wszystkie media.

Nicolae Ceausescu z wykształcenia był szewcem.
Podstawą edukacji Bocassy, Idi Amina i Laurenta Kabili była Legia Cudzoziemska, lub Armia Brytyjska (sierżanci, kaprale).

Nie potrafię skojarzyć ani jednego przywódcy totalitarnego państwa, który nie byłby głęboko zakompleksionym frustratem a jednocześnie megalomanem i mitomanem. Właśnie tacy ludzie są najbardziej skłonni do przemocy i okrucieństwa.

Chciałbym jeszcze na koniec wspomnieć o dwóch najbardziej zmitologizowanych postaciach z kategorii „wodzów" - Ho Chi Minhu i Ernesto "Che" Guewarze.

Jak pisze historyk Jaean-Louis Margolin, „wielu ludziom na Zachodzie jeszcze dziś trudno zgodzić się z tezą o szkodach, jakie wyrządził komunizm wietnamski, zwłaszcza że oskarżając o zgubne skutki francuski kolonializm i amerykański imperializm, obiektywnie znaleźli się oni w tym samym obozie co Komunistyczna Partia Wietnamu. [...] Ujmujący wygląd Ho Chi Minha i zręczna pacyfistyczna i demokratyczna propaganda za granicami kraju dokonały reszty."

Aż trudno uwierzyć, że mityczny „dobry wujek Ho" był jednym z najstraszliwszych zbrodniarzy XX wieku. Tymczasem rzeczywista działalność „wujka Ho" była bardzo daleka od pacyfizmu i demokracji. Natychmiast po objęciu władzy w KPW, po kapitulacji Japonii w sierpniu 1945 roku, Ho morduje niemal wszystkich konkurentów z poprzedniczki swej partii Komunistycznej Partii Indochin a także rodzimych polityków o innej orientacji. Wkrótce jednak polityczna pustka spowodowana klęską okupanta przestaje istnieć i Ho musi stracić rozpęd - do Wietnamu wkraczają Francuzi i Brytyjczycy (na południu) i Chińczycy (na północy). Zasięg terroru Ho Chi Minha zostaje w końcu ograniczony do Demokratycznej Republiki Wietnamu, choć Ho zachowuje wpływy także na południu. 29 sierpnia 1945 roku Ho Chi Minh poleca stworzyć „w każdym mieście i każdej wiosce Komitety Eliminacji Zdrajców". Zaczyna się masowy terror. Wietnam staje się protektoratem zarówno ZSRR jak i Chin. To Huu, komunistyczny cenzor, pisze znamienny wiersz:

Niech żyje Ho Chi Minh,
Latarnia proletariatu!
Niech żyje Stalin,
Potężne, wiekuiste drzewo!
Dające w swym cieniu schronienie pokojowi!
Zabijajcie, zabijajcie jeszcze, niech ręka nie odpoczywa
Ani minuty.
Żeby pola ryżowe i ziemia obrodziły
Obfitością ryżu,
Żeby szybko zostały ściągnięte podatki.
Żeby Partia trwała, kroczmy razem zgodnym sercem.
Uwielbiajmy przewodniczącego Mao. Wieczną cześć oddajmy Stalinowi.


W 1953 roku Ho Chi Minh rozpoczyna „reformę rolną", w ramach której obowiązuje importowana z Chin norma - zabijanie 5% ludności każdej wsi jako „reakcjonistów", bądź „obszarników" (Lenin w Rosji wprowadził „normy egzekucji" dla każdej guberni, Mao w Chinach „normy donosów", co było jeszcze skuteczniejsze). W 1956 roku zabijanie trwa nadal, a czołowa gazeta KPW „Nhan Dan" pisze: „klasa właścicieli ziemskich nigdy się nie uspokoi, jeśli się jej nie zlikwiduje". Zaczyna się nowa nagonka na „elementy kontrrewolucyjne i antybolszewickie". Obie kampanie pochłaniają życie około miliona ofiar.
Począwszy od 1959 roku DRW rozpoczyna cichą początkowo inwazję na Południe. W latach 60. i 70. trwa już regularna inwazja znakomicie uzbrojonej i wyszkolonej armii Północy. Wbrew legendzie nie towarzyszy jej entuzjazm „wyzwalanych" chłopów, lecz wręcz odwrotnie - potworny terror na terenach zajętych przez Vietcong. Ludzie są torturowani, nie rzadko zakopywani w ziemi żywcem. Gdy w lutym 1968 roku Vietcong zajmuje na krótko miasto Hue, pierwszym czynem komunistów jest egzekucja ponad 3 tysięcy ludzi (urzędników, księży katolickich, mnichów buddyjskich i ogólnie ludzi wykształconych, jakich udało się złapać). W sumie rządy „dobrego wujka Ho" pochłonęły prawdopodobnie około 3 milionów ofiar. Jednym z jego dokonań był największy głód w historii Wietnamu w 1958 i 59 roku. Liczba jego ofiar nie jest dokładnie znana, ale wiadomo, że była ogromna.

Drugim skrajnie zmitologizowanym wodzem jest idol zachodniej młodzieży Ernesto Guevara używający pseudonimu „Che". Argentyńczyk, urodzony w Buenos Aires, spotkał w 1955 roku Fidela Castro przygotowującego desant na Kubę i postanowił się do niego przyłączyć. Dzięki niezwykłemu okrucieństwu szybko zrobił karierę w armii komunistów. Po zajęciu Hawany osobiście nadzoruje rozstrzelanie bez sądu ponad 600 osób. Gdy jego dawni towarzysze, wierni ideom demokratycznym, domagają się wyborów, mówi: „A po co? Już mamy władzę". Następnie kieruje licznymi egzekucjami w podległym mu więzieniu Cabana.

W nowym rządzie Kuby Guevara zostaje ministrem przemysłu i dyrektorem Banku Centralnego. Szybko doprowadza gospodarkę Kuby do ruiny (zlikwidował pieniądze). W kraju tropikalnym, gdzie owocuje nawet przysłowiowy kij od szczotki wbity w ziemię, pojawia się głód. Odpowiedzią Guevary jest organizacja „pracy społecznej w niedziele". Oczywiście „praca społeczna" jest obowiązkowa, czyli de facto Guevara wprowadza pracę 7 dni w tygodniu, z tym, że w niedziele za darmo. W 1960 roku Guevara organizuje pierwszy kubański obóz koncentracyjny na półwyspie Guanaha. W 1963 roku próbuje na czele niewielkiego oddziału dokonać eksportu rewolucji w Afryce. Przyłącza się do komunisty Desire Kabili (późniejszego władcy Konga). Razem dokonują licznych masakr ludności. Starsi mieszkańcy kongijskich wsi do dziś ze zgrozą wspominają „kubańskie porody" (żołnierze Gevary przywiązywali ciężarne kobiety do drzew, a następnie cięciem maczety rozcinali im brzuchy, tak by dziecko wypadło na ziemię).

Wreszcie „Che" rusza z misją eksportu rewolucji do Boliwii. Do jego oddziału jednak nikt się nie przyłącza. Chłopi boliwijscy nie dają się sterroryzować jak murzyni z Konga i ścigają Guevarę razem z wojskiem. W październiku 1967 roku „Che" zostaje schwytany i rozstrzelany.

Dlaczego stał się idolem zachodniej młodzieży? Zginął młodo (miał 39 lat), więc nie zdążył zabić tylu ludzi, co inni komuniści. Jego ofiary liczy się w tysiącach, a nie w milionach. O jego okrucieństwie i zbrodniach niewielu ludzi z Zachodu wiedziało, znano natomiast zbrodnie niezbyt sympatycznych dyktatur Ameryki Łacińskiej. Do jego fałszywego wizerunku przyczynił się też malarz Andy Warhol, tworząc wyidealizowany portret Guevary (znacznie przystojniejszego, niż w rzeczywistości), późniejszy symbol pop kultury.

Jaki był naprawdę? W swym testamencie politycznym napisał: „zalecam skuteczną nienawiść, która czyni z człowieka efektywną, działającą szybko, selektywnie i bezwzględnie maszynę do zabijania". Wyznał też: „Nie potrafię zaprzyjaźnić się z kimś, kto nie podziela moich poglądów". Ludzie, który go znali, mówią: „zimny i nietolerancyjny dogmatyk, całkowite przeciwieństwo otwartych i serdecznych z usposobienia Kubańczyków". Gdy naród kubański głodował i cierpiał nędzę, mieszkał w luksusowym pałacu.

Mijają lata mijają wodzowie, ale już pojawiają się nowi. Tuż za Bugiem rozkwita wódz Łukaszenka. Dalej, nad Kremlem, wschodzi nowe Słońce Azji - Władimir Putin. W Rosji już wydano dla dzieci „Opowiadania o Putinie" wzorowane na „Bajkach o Leninie" z czasów ZSRR.

Kim jest Putin? Syn wiejskiej kobiety, nie wychowywany przez ojca. Ojczym Gruzin brutalnie go bił. Wielu szczegółów z jego wczesnych lat życia nie sposób poznać, bo wielu świadków, co sporo wiedzieli, zniknęło w tajemniczych okolicznościach. Wiemy, że był oficerem GRU (wywiadu wojskowego ZSRR). Jest mściwy, pamiętliwy, niczego nie wybacza. Karierę zaczął od tego, iż prawdopodobnie agenci FSB podłożyli bomby pod budynkami mieszkalnymi, miedzy innymi w Moskwie i Wołgodońsku. Mało komu znany, a lansowany na premiera przez chorego Jelcyna, Władimir Putin potrzebował zabłysnąć jako pogromca terrorystów, których „będzie ścigał nawet w kiblu". I ścigał, zaczynając od drugiej wojny czeczeńskiej, bo o te bomby oskarżono Czeczenów. Putin po krwawej wojnie podbił Czczenię.

Większość Rosjan czuła się upokorzona rozpadem ZSRR i przegraną za czasów Jelcyna pierwszą wojną czeczeńską. A tu Putin - zwycięzca! No i zwyciężał dalej, w Biesłanie, gdzie zajętą przez terrorystów szkołę „odbijano" strzelając do niej z czołgowej armaty. Było dużo ofiar? No i dobrze - zwalono na terrorystów, poparcie dla Putina wzrosło. Później była Dubrowka. Odbito teatr z rąk terrorystów zabijając ich gazem bojowym, razem z zakładnikami. Znów dzielny Putin zwycięzca. A ofiary? „Ludiej u nas mnogo" - mawiał Stalin, i wielu Rosjan tak myśli do dziś.

Potężne kompleksy wychodzą z Putina wszystkimi porami skóry. Potężne pozerstwo. Putin  występuje na macie jako dżudoka z czarnym pasem. Nie wiem kto mu dał ten pas, może GRU ustawiło mu karierę, może kupił go w sklepie. Czytelnicy znają mnie jako dziennikarza i alpinistę, ale jestem także trenerem sportów walki (dziś już emerytem). Mam uprawnienia instruktora dżudo. Obserwuję w telewizji występy Putina na macie i nie wiedzę tu zawodnika z pierwszym danem, najwyżej czwarte kiu. Robić pokazowe rzuty, gdy przeciwnik pozwala, jest bardzo łatwo. Putin bardzo lubi występować z gołym torsem. Rosjanki mdleją i wzdychają. Trik polega na tym, że w telewizji nie widać wzrostu. Spójrzmy krytycznie na ten tors. Mięśni Schwarzeneggera tu nie widać, raczej przeciętna budowa. Jeśli skojarzymy to z informacją, że ten facet ma 164 cm wzrostu, to raczej to chuchro, niż superman. No ale Putin poluje na tygrysy, pilotuje samolot, jeździ na koniu, gra, śpiewa... jeszcze tylko striptizu nie zrobił i na rurze nie tańczył.

Proszę państwa, to nie superman, to pozer. A taki zakompleksiony pozer musi być wodzem, musi być uwielbiany, muszą za nim szaleć tłumy. I dlatego na podboju Krymu on nie skończy.

I znów wielokrotnie powtarzane pytanie: Czy Putin przejmie się sankcjami? Czy Putin przejmie się ewentualną zapaścią rosyjskiej gospodarki, izolacją kraju w świecie? Tak jak w przypadku Lenina, Mao, Kim Ir Sena, Pol Pota... nie, nie przejmie się wcale! On się może przejąć tylko spadkiem własnej popularności, uszczerbkiem własnej fałszywej legendy. Ten typ tak ma i już.

Gdy zmusi się go od ustępstw, wcale ze swoich planów nie zrezygnuje. On tylko zacznie hodować w sobie chęć zemsty. Jego chora psychika będzie wypełniać się jadem i czekać na okazję do zemsty.

Przejdźmy do wniosków. Co więc zrobić z osobnikiem o takiej osobowości, który jednoosobowo rządzi krajem posiadającym broń atomową? W największym skrócie: trzeba tytułowemu wariatowi odebrać brzytwę. Nie jest to proste. Konieczne są sankcje gospodarcze i to konsekwentne, przez wiele lat. Putin się nimi oczywiście nie przejmie, ale jego armia zacznie tracić siłę. Każdy poważny analityk wojskowy przyzna, że bitwy wygrywa się armatami, ale wojny pieniędzmi. Armia kosztuje i wojna kosztuje. Armia bez uzupełnień w sprzęcie, w materiałach (paliwo, amunicja, części) jest niewiele warta. Armię trzeba cały czas unowocześniać. Dzisiejsze myśliwce za 15 lat będą niewiele warte, a to kosztuje.

Armia rosyjska już dziś jest kiepska, choć duża. Jest skorumpowana, zdemoralizowana, ma sporo przestarzałego sprzętu.

Ale jest jeszcze jeden problem: ta brzytwa w ręku wariata - broń atomowa. I tu Zachód powinien się poważnie przyłożyć. Zachód ma ogromną przewagę kapitałową i technologiczną, no to trzeba zrobić z niej użytek. Trzeba zbudować skuteczny system obrony antyrakietowej. Z taką kasą i z taką technologią można to zrobić, tylko trzeba chcieć i nie żałować na to środków. Trzeba sprawić, by Rosja swoje rakiety miała (bo nie ma jak jej zabrać), ale wiedziała, że nigdzie nie dolecą.

I to trzeba sobie wsiąść poważnie do serca, bo dziś widać (chyba, że kto ślepy), iż zagrożenie wojną jądrową wcale nie odeszło do przeszłości. I to jest poważne zadanie dla dyplomacji, przekonać tych, co jeszcze tego nie rozumieją. Przekonać poważną argumentacją, a nie jak pewien karłowaty kandydat na polskiego „wodza", wymachiwaniem szabelką na wiecach.

Krzysztof Łoziński