Z pasją śledzę lokalne doniesienia z całego świata informujące o ruchach skorupy ziemskiej. Dopiero obecnie zaczynamy sobie przypominać, że wierzchnia warstwa Ziemi, po której chodzimy i jeździmy, którą uprawiamy i na której stawiamy mnóstwo różnych budowli, nie zawsze potrzebnych, pływa po rozpalonej magmie. Stan, który zastaliśmy przychodząc na ten świat, wcale nie musi trwać wiecznie. Możliwe, że za kilka lat globus pokazujący Ziemię będzie wyglądał inaczej niż obecnie.
W obecnym kształcie kontynenty przetrwały około 10 milionów lat. Czyżby teraz przyszła pora na ich przetasowanie, podnoszenie i obniżanie lądów, a także ich podróże po rozpalonym oceanie? Kiedyś już tak było, zanim po przepychance płyty tektoniczne zakleszczyły się, sprzęgły nawzajem. Gdzieniegdzie jedna wpełzła na inną, zmuszając ją do wpełznięcia pod siebie. Jedna rozpychała się ramionami, a inne, mniejsze, posłusznie usuwały się w bok. Tu i ówdzie dochodziło do starcia. Płyty, jak bokserzy, wchodziły w zwarcie, po czym nabiwszy sobie nawzajem guza odskakiwały i ponownie testowały swoją siłę. Zmęczywszy się w końcu, przylgnęły do siebie i tak trwały przez miliony lat.
Pod koniec ubiegłego roku pierwsza wkroczyła do akcji płyta indoaustralijska, podnosząc swój wschodni brzeg, znajdujący się w okolicach Nowej Zelandii. Spowodowało to powodzie w stanie Queensland i północnej Nowej Południowej Walii, ponieważ deszcze, które wówczas padały, miały utrudnioną drogę do oceanu. Również na rozległych równinach i płaskowyżach (Queensland, Wiktoria) niewielkie nachylenie płyty powodowało przelewanie wody z jednej części równiny na inną. Na określenie tego zjawiska wymyślono kuriozalny termin - wewnątrzlądowe tsunami (inland tsunami). Podnoszeniu się wschodniego krańca płyty indoaustralijskiej towarzyszy obniżanie się jej zakończenia na zachodzie, czyli na granicy Indii z Pakistanem. Tam do tej pory trwają ogromne powodzie.
Kiedy scementowany przez wieki system połączeń płyt został naruszony, nastąpiła reakcja domina – sąsiedni, małe płyty i płytki (platelets), filipińska, sunda, molucca, banda i parę innych również zaczęły dokazywać. Cały rejon Południowo - Wschodniej Azji stał się niestabilny. Ponieważ każda z nerwowych płyt ma swoją sąsiadkę, więc cały system zaczyna mieć drgawki. Najlepiej to widać w okolicach Pierścienia Ognia (Ring of Fire) otaczającego Pacyfik. Dostępna w Internecie mapa aktualnych trzęsień ziemi pokazuje wszystkie trzęsienia, jakie miały miejsce w ciągu ostatnich 32 godzin. Widać wyraźnie główne obszary o dużej aktywności tektonicznej: Japonia, zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych, Alaska, zachodnie wybrzeże Ameryki Południowej.
Niedaleko mojego miejsca zamieszkania znajduje się liczący 200 milionów lat rów tektoniczny Demon Fault, długi kilkaset kilometrów, kończący się w okolicach Newcastle, gdzie od czasu do czasu podryguje. Patrzę w jego stronę, pisząc te słowa, i zastanawiam się, kiedy zechce rozprostować kości na drugim końcu.

X   X   X

Świat przestaje być bezpieczny, zwłaszcza dla podróżujących. W ubiegłym miesiącu dwie Włoszki jechały samochodem i nagle wpadły w metrowej głębokości dziurę. Zginęły na miejscu. W wielu miejscach na świecie pęka grunt, tworzą się szczeliny i uskoki. Najwięcej ich występuje w Południowo – Wschodniej Azji (Wietnam, Birma, Tajlandia) i w północno -zachodniej części Ameryki Południowej. Podobny charakter mają też leje krasowe (sinkhole), które z krasem mogą nie mieć nic wspólnego, bo wystąpiły np. w Nowym Yorku, a także w Brisbane. Otóż ni z tego ni z owego, nagle w ziemi lub w jezdni tworzy się głęboka dziura. Często  występują w miastach. Przypuszczam, że bierze się to z faktu, że w miastach niemal cały teren jest zabetonowany lub wyasfaltowany. Jeśli więc ma miejsce pęknięcie, to nie ujawnia się ono w postaci naturalnej szczeliny, tylko w słabym miejscu asfaltu. Podobny charakter mają zniszczenia na powierzchni powodowane działalnością górników. Ale dlaczego w Brisbane? Mam na to własną teorię. Płyta indoaustralijska jest częściowo zanurzona w wodzie, a jej reszta, obejmuje ląd. Część lądowa jest znacznie cięższa od części podwodnej. Jeśli położymy na ziemi deskę, której część jest cieńsza niż reszta i dodamy na grubszą część spory ciężar, po czym spróbujemy podnieść cienki koniec, to łatwo całość może pęknąć. Gdzie? - w miejscu, w którym deska zmienia grubość. To miejsce jest odpowiednikiem wybrzeża Pacyfiku w Brisbane. Jeśli mam rację, to sinkholes zaczną się pojawiać wzdłuż całego wschodniego wybrzeża Australii. I bezpieczniej będzie chodzić niż jeździć.

X   X   X

Ubiegłoroczne pożary w Rosji i na Ukrainie oraz powodzie w Australii i Azji Południowo – Wschodniej spowodowały ogromne straty w produkcji żywności. Ludzi natomiast przybyło. Kto będzie jadł w następnym roku, a kto pościł? Otóż jeść będą przede wszystkim producenci żywności, a ponadto ci, którzy będą mieli dużo pieniędzy i dodatkowo zadbają o suchy prowiant. Reszta będzie się odchudzać do marnego końca.
W australijskich sklepach spożywczych ogląda się bardzo dużo towarów sprowadzanych z innych krajów. Daktyle importowane z Iranu, Tunezji i Stanów Zjednoczonych, tak jakby to klimat w Australii nie nadawał się do ich uprawy. Zamiast jeść wspaniałe orzechy włoskie produkowane na Tasmanii sprowadzamy je z Kalifornii oraz Indii. Zauważyłem owoce Kiwi przywożone z Francji oraz ryż brązowy ekologiczny (semi brown) rodem z Włoch. Doskonałe ekologiczne suszone morele przypływają z Iranu. Całe szczęście, że NATO nie nałożyło na nie jeszcze embarga. Podobnie jak niemal cała wytwórczość dostępna w Australii jest pochodzenia azjatyckiego (głównie chińskiego), tak i na półkach supermarketów pojawia się coraz więcej sprowadzanej z Azji żywności. Wszystkie importowane świeże warzywa i owoce poddawane są na granicy irradiacji, która jest niczym innym jak radiacją, zabijającą wirusy i bakterie. Robi to skuteczni, deformując przy okazji bardzo ważną dla naszych organizmów rolę enzymów. Nikt w Australii nie kontroluje wartości odżywczej sprowadzanej żywności.
A jeśli na świecie nagle zabraknie żywności? Rezerwy ponoć się kończą, a każdy kolejny cyklon, powódź, ostatnio także trzęsienie ziemi, redukuje zbiory. Czy w takiej sytuacji państwa produkujące żywność nie zachowają jej, podobnie jak ostatnio Rosja, Argentyna i Wietnam, przede wszystkim dla siebie? Tymczasem Australia z wielkiego eksportera żywności zamienia się powoli w jej importera. Od lat zmniejsza się liczba gospodarstw rolnych prowadzonych przez indywidualnych farmerów (kułaków), których wypiera globalny agrobiznes, czyli kołchozy. Jeśli kupujemy amerykański towar w supermarkecie, to wcale nie znaczy, że został on wyprodukowany poza Australią. W dodatku mógł zostać wyprodukowany według najbardziej szkodliwych na świecie standardów, jeśli chodzi o użycie środków chemicznych. Ale jeśli światu naprawdę zagrozi głód, to właściciel kołchozu zabierze do Ameryki zebrane plony. Nie słyszałem, aby kiedykolwiek, jakikolwiek tutejszy polityk domagał się bezpieczeństwa żywnościowego dla Australii.
O kryzysie żywnościowym myśli się w wielu krajach, które przygotowują się do niego. Niektóre z nich wykupują ziemię pod uprawę w innych krajach i plony już zabierają do siebie. Chiny produkują dla siebie olej palmowy do gotowania w Kongo na prawie trzech milionach hektarów. Pakistan zaoferował na sprzedaż 400 tys. hektarów ziemi uprawnej z warunkiem, że nowy właściciel zapewnia strażników do jej pilnowania. Korea Południowa ma 680 tys. hektarów w Sudanie, na których uprawia zboże. W Australii też są plantacje należące do obcokrajowców, ale ile tego jest nikt nie wie. Foreign Investment Review Board udziela zgody na pozbywanie się przez kraj gruntów rolniczych. Ile już sprzedano, FIRB nie wie. Nie prowadzi statystyki... No comment.

X   X   X

Mając do czynienia z transformacją planety i bardzo prawdopodobnym ogromnym kryzysem żywnościowym na świecie (W dniu 15 kwietnia Robert Zoelic, prezes Banku Światowego, poinformował, że ceny żywności osiągnęły „niebezpieczne wysokości”. Według Banku, ceny żywności wzrosły w ciągu roku o 36%. ), a także globalnym kryzysem finansowym, zadłużone znacznie powyżej uszu mocarstwo decyduje się na rozpętanie kolejnej wojny w kraju muzułmańskim. Panią Clinton zaprezentowano w telewizji wołającą „My chcemy wojny.” Czy poprzednikiem, który tak wołał, nie był przypadkiem pan kanclerz Adolf?
Kiedy w 1997 r. toczyła się dyskusja nad wejściem Polski do NATO, na łamach The Courier Mail (qłówna gazeta w stanie Queensland) dałem słuszną odprawę rosyjskiemu profesorowi wykładającemu w Australii, który przekonywał tutejszych czytelników, że nie jest to Polsce potrzebne. Dziś dochodzę do przekonania, że się wygłupiłem. Polska wstąpiła do paktu obronnego i już dwa razy wzięła udział w agresjach. Obecnie, podobnie jak Australia, postąpiła roztropnie. Póki co. Póki nie zostanie mocniej przyciśnięta.
Kadafi nie był aniołem. Przeciwników wykańczał, nawet zagranicą. Synalkowie rozrabiali w Europie jak bananowa młodzież. Ale z drugiej strony, Libia jest bardzo socjalnym krajem, bijącym Stany Zjednoczone na głowę. Nauka na wszystkich poziomach jest bezpłatna, podobnie opieka zdrowotna. Maksymalny podatek od zarobków wynosi 10%. W porównaniu z Egiptem i Tunezją, gdzie też władza niszczyła przeciwników, Libia była rajem. I w takim właśnie kraju, ludność, której warunków życia zazdrościła nie tylko Afryka, powstała przeciwko swemu przywódcy. Nic dziwnego, że zaskoczony Kadafi twierdził, że to niemożliwe, bo oni go kochają.
Na mapie gospodarczej Libii można obejrzeć duże obszary kraju przejęte we władanie przez koncerny naftowe. Jest tam reprezentowane niemal całe oryginalne NATO. Kadafi zapowiedział, że znacjonalizuje te przedsiębiorstwa. Nie może dojść do tego, aby kacyk w jakimś afrykańskim kraiku decydował o jego zasobach. Widząc, co się dzieje w Tunezji i Egipcie, bardzo szybko wysłano powstańców do Libii. Ich liderzy rekrutują się z Al Kaidy i współpracowali z CIA. Ze względu na koneksje z Al Kaidą kraje zachodnie wstrzymują się z uzbrojeniem „powstańców”.
14 kwietnia obiegła świat informacja, że „powstańcy”, w trakcie walki, zdecydowali powołać bank centralny w Libii. Libia ma państwowy bank centralny. Emitowanych przezeń pieniędzy państwo nie musi pożyczać, płacąc odsetki. Rzecz jednak w tym, że centralny bank powołany przez „powstańców ma funkcjonować podobnie jak banki na Wall Street.
W sensie gospodarczym przejęcie całkowitej kontroli nad ekonomią państwa w tym nad 10% światowych złóż ropy naftowej, to duża gratka. W sensie polityczno-militarnym, to kolejny krok prowadzący do ostatecznej rozprawy z Chinami. Zwycięska wojna z tym krajem, lub jego pokojowe podporządkowanie, oznacza kontrolę właścicieli Rezerwy Federalnej nad każdym zakątkiem świata i nad każdą zamieszkującą go duszą.
Dla takiego celu warto poświęcić Libię. Po niej Syria lub Iran. Czy takie są priorytety mocarstwa?
Janusz Rygielski

Komentarze

Feahisim | 2011-04-20 17:30

Przeczytałem całość z zaintersowaniem. Jednak od akapitu "libijskiego" poczułem się trochę zaintrygowany. Konflikt w Libii miał miejsce po wydarzeniach w Tunezji i w Egipcie. Cytat: "Widząc, co się dzieje w Tunezji i Egipcie, bardzo szybko wysłano powstańców do Libii." Hmm, czyli to nie postawa miejscowych libijczyków z różnych plemion, którzy jak wynikało z obserwacji wydarzeń mieli dość zamordyzmu dotychczasowych wojskowych i policyjnych elit miała kluczowe znaczenie dla przełamania wieloletniego strachu - a szybko przysłani powstańcy z dopiero co wstrząśniętych politycznie sąsiadów; tak należy rozumieć najgłębsze tło wydarzeć w Libii? Myślę, że wątpię...

Pemba | 2011-04-20 18:09

Wydaje mi się, że napiszę z tym tekstem polemikę. Może w następnym numerze. Porównanie Clinton do Hitlera jest delikatnie mówiąc nie trafione. Proponuję autorowi lekturę mojego tekstu z poprzedniego numeru: "Krew za ropę, czy Nobel za głupotę". Teza, że poczynaniami Zachodu i USA kieruje ropa naftowa jest całkowicie fałszywa i godna młodzieżowej politologii z Greenpeace. Tak samo teza,że wojna się opłaca i lekarstwem na kryzys. Wymyślił to niejaki Marks Karol z zawodu szarlatan. Kompletna nieprawda. W jakich "dwóch agresjach" Polska wzięła udział? Powiedzmy, że Irak. Nie całkiem prawda, ale powiedzmy...

Pemba | 2011-04-20 18:12

Ale jeśli nazywa pan udział w Afganistanie agresją, to znaczy, że nie ma pan pojęcia o co tam chodzi. Najazdu na Afganistan dokonują jego byli okupanci - talibowie. Polacy walczą po tej samej stronie, co armia i narody Afganistanu. Nie są dla nich wrogiem, tylko sojusznikiem. A już teza o eksporcie powstańców do Libbi to fałsz kompletny. Po prostu nieprawda. Krzysztof Łoziński