Podczas konferencji w gmachu sejmu Litwy omawiane były problemy społeczeństwa obywatelskiego i dziennikarstwa na Białorusi. W spotkaniu uczestniczyli także przedstawiciele władz białoruskich, co zdaniem jednego z organizatorów konferencji jest „pocieszające".
Konferencja została zorganizowana przez grupę parlamentarną „Za demokrację na Białorusi" we współpracy ze związkiem dziennikarzy Białorusi, białoruskim Komitetem Helsińskim. Obecni byli również przedstawiciele struktur europejskich.

Pomóc sąsiadom - święta sprawa

Sam fakt, że konferencja pod tytułem „Społeczeństwo obywatelskie i media na Białorusi w przeddzień wyborów parlamentarnych 2008 r. na Białorusi"  odbywa się na Litwie, a nie na samej Białorusi, mówi sam za siebie. Są problemy i należy je omawiać. I lepiej omawiać je w Wilnie, niż nie omawiać nigdzie, uważa członek grupy parlamentarnej „Za demokratyczną Białoruś" Saulius Pečeliunas.

- To stara praktyka, jeszcze z czasów „Sajudisu" powiedział dla DELFI parlamentarzysta - Zjazd Białoruskiego Frontu Ludowego też odbył się w Wilnie, a nie w Mińsku. Już się do tego przyzwyczailiśmy. To, oczywiście, nie jest pocieszające, ale lepiej tutaj niż nigdzie.

Jego zdaniem, tego rodzaju konferencje są produktywne, jako że większość uczestników nie zawsze może się zebrać u siebie, w ojczyźnie. Obecność dwóch pracowników ambasady białoruskiej, którzy robili szczegółowe konspekty niektórych przemówień absolutnie nie niepokoi. Przeciwnie, rozmówca DELFI był zadowolony z tego faktu.

- To pocieszające, niech słuchają, niech wiedzą - powiedział Saulius Pečeliunas . - To ich praca. Niech pracują. I dobrze. Niech się wypowiadają, my tylko na to czekamy. Możliwe, że w czymś tam nie mamy racji. W życiu wszystko jest możliwe. Ale trzeba o tym mówić wprost.

Saulius Pečeliunas zauważył, że Litwa stara się pomóc swoim sąsiadom, jako że wychodzi to na korzyść obu stronom.

- Po prostu jest chęć niesienia pomocy - mówi - Saulius Pečeliunas. - To nasi sąsiedzi. Kiedyś byliśmy w jednym państwie, rozumiemy się wzajemnie w pół słowa i to „współżycie" trwa nie jeden dzień, nie dwa dni, nie od roku, a już od stuleci. Myślę, że jest to z korzyścią dla obu stron. My to doświadczenie przechodziliśmy sami i było ono, można tak powiedzieć, pomyślne. Dlaczego nie podzielić się nim? Być może nie wszystko pasuje do Białorusi, sami wybiorą, co mogą wykorzystać, a czego nie. I w tym celu dobre są konferencje, kiedy można się tym doświadczeniem podzielić. Dlatego, że czasy się zmieniają, a władza, opozycja i media także się zmieniają.

Niezbędne minimum swobód

Przewodniczący białoruskiego Komitetu Helsińskiego Oleg Gułak konstatuje, że problemów na Białorusi jest wiele i na taką konferencję do Wilna Białorusini przyjechali nie dlatego, że bardzo zachciało im się tutaj przyjechać, a dlatego, że przeprowadzenie podobnej konferencji w Mińsku jest niemożliwe.

- Już ze sposobu, w jaki toczy się ta konferencja można poznać, że problemy są - powiedział dla DELFI obrońca praw człowieka. - I mamy o czym mówić i mamy czego żądać od białoruskich władz. Konferencja odbywa się na Litwie, a nie w Mińsku nie dlatego, że bardzo zachciało się nam przyjechać do Wilna, a dlatego, że bardzo trudno przeprowadzić ją na Białorusi. Oczywiście, doskonale rozumiemy, że ani sama konferencja, ani te, które odbyły się wcześniej, nie rozwiązują problemów. Ale to jedna z form pracy, którą wykonujemy po to, żeby sytuacja się zmieniła. Konferencja jest ważna, dlatego że jest to forma omówienia problemów razem z naszymi kolegami, partnerami, którzy chcieliby demokratyzacji Białorusi. Są to litewscy politycy, obrońcy praw człowieka, Rada Europy, inne państwa, których ambasadorowie są tutaj obecni. 

Oceniając sytuację na Białorusi i zbliżające się wybory parlamentarne, Oleg Gułak zauważył, że zarówno bierność Białorusinów, jak i sytuacja, że białoruski wyborca nie wierzy ani jednym ani drugim, o czym w swoim wystąpieniu mówił lider ruchu „Za wolność rozwoju przedsiębiorczości" Wiktor Gorbaczow, da się objaśnić realiami białoruskiego ustroju politycznemu.

- To zwyczajny problem dla społeczeństwa, w którym nie ma minimalnych, niezbędnych swobód demokratycznych - powiedział. - To stosuje się do każdego społeczeństwa z sztywnymi elementami o charakterze totalitarnym. Możemy wymienić Litwę z początku lat osiemdziesiątych, albo sytuację na Ukrainie w 2004 roku, kiedy to społeczeństwo ukraińskie, sądząc po objawach zewnętrznych, nie było gotowe do przemian, ale potem miliony Ukraińców wyszły na Majdan i obroniły swoje prawa, kiedy okazało się to niezbędne i pojawiła się możliwość, żeby tak uczynić. Dlatego problem leży w tym, że na Białorusi, na chwilę obecną nie ma wystarczających możliwości, nie ma warunków, żeby się one pojawiły. Takie warunki pojawią się wcześniej, czy później. Dlatego jestem głęboko przekonany, że społeczeństwu białoruskiemu demokracja jest potrzebna i jest ono gotowe do przyjęcia demokracji. 

Oleg Gułak jest przekonany, że dla Białorusi „perspektywa leży w demokratyzacji, dlatego władza powinna zrozumieć, że należy współpracować ze strukturami europejskimi, to jest dla niej ważne, ale niemożliwe bez demokratyzacji".

Mniej - ale lepiej

W rozmowie z DELFI o sytuacji dziennikarzy na Białorusi, dziennikarz Roman Jakowlewski wygłosił dość radykalne spostrzeżenie, że na Białorusi „normalnego dziennikarstwa", jako takiego, nie ma. Na to, jego zdaniem, wpływa polityka władz i ogólna sytuacja w kraju.

- Sytuacja na Białorusi bardzo się skomplikowała - zauważył Roman Jakowlewski. - Jeśli nie jestem oficjalnie akredytowany, to nie mam prawa pracować. To jest zakaz prowadzenia działalności zawodowej. A oficjalnej akredytacji odmawia mi się. Nawet w czasach sowieckich nie doświadczałem takich trudności.

Według słów Romana Jakowlewskiego, polityka władz w stosunku do dziennikarzy prowadzi do tego, że do dziennikarstwa niezależnego przychodzi coraz mniej ludzi.

- To, oczywiście, związane jest nie tylko z aspektami materialnymi, ale i z bezpieczeństwem osobistym - zauważył Roman Jakowlewski. - Bezwarunkowo, ludzi napływa mniej, ale - jak mówił Lenin - może i mniej, ale lepiej. Na dzień dzisiejszy, w tytułach państwowych przyzwoicie się zarabia, to nie jest dla nikogo tajemnicą. Łukaszenka rozumie, że karmić trzeba. Stworzył więc komfortowe warunki dla dziennikarstwa dworskiego, jeśli można je tak nazwać, bo to zwyczajna propaganda i - mówiąc łagodnie - dyskomfortowe dla tych, którzy naprawdę chcą się zajmować dziennikarstwem. Ale normalnego dziennikarstwa dzisiaj na Białorusi nie ma. Chociaż Łukaszenko inwestuje w nie znaczące środki. Na przykład, w wydział dziennikarstwa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego.

Niereformowalność i eksport demokracji

O ile jednak Alaksandr Lukaszenka wspiera „nadwornych" dziennikarzy, to Zachód wspiera niezależne dziennikarstwo, jak i partie opozycyjne na Białorusi, co nie jest - znowu - dla nikogo tajemnicą. Roman Jakowlewski uważa, że „byłoby niewdzięcznością odrzucać pomoc Zachodu". Według jego słów, „Łukaszenka jest niereformowalny", dlatego nie należy żywić żadnych iluzji co do szybkich przemian.

- Nie należy bać się pojęcia „eksport demokracji" - wzywa dziennikarz. - Uważam, że wszystkie te kadrowe zmiany na Białorusi i rodzące się znowu iluzje pomieszane z pojęciem nadziei na liberalizację - to głęboka omyłka. Łukaszenka, w swoim czasie, brał na siebie zobowiązanie do skorygowania kodeksu wyborczego i uwzględnienia uwag struktur europejskich, ale zrobiło się jeszcze gorzej. Przyjęta ustawa medialna - to wstecznictwo.

Roman Jakowlewski był także wdzięczny organizatorom konferencji za umożliwienie profesjonalnego spotkania z kolegami i przedstawicielami struktur europejskich.

- Jestem bardzo wdzięczny, że spokojnie sobie siedzimy, nie zajmujemy się żadną działalnością wywrotową - powiedział dla DELFI dziennikarz. - Przynosi to oczywistą korzyść. Profesjonalne spotkanie, plus spotkanie ze strukturami europejskimi i litewskim parlamentem. Jesteśmy bardzo wdzięczni, chociaż ostatnie oświadczenie Justinasa Karosasa chciałoby się rozumieć tak, że zmiana polityki U.E. wobec Białorusi będzie sprzyjać podwyższeniu poziomu euroatlantyckiej solidarności. Ale na dzień dzisiejszy wiemy, że „strong and clear" stanowisko Waszyngtonu w stosunku do reżimu, moim zdaniem, jest bardziej produktywne niż umizgiwanie się do  niego.

W tytułach państwowych produkują inwalidów

Zastępca redaktora naczelnego białoruskiej gazety opozycyjnej „Narodnaja Wola", Maryna Koktysz, nie podziela opinii swojego kolegi o braku „normalnego dziennikarstwa" na Białorusi. Zauważyła jednak, że praca w obecnej sytuacji jest skrajnie trudna.

- Myślę, że to opinia bardo subiektywna i skrajna - powiedziała Maryna Koktysz. - Uważam, że mamy dziennikarstwo. Teraz trudno powiedzieć, w jakim stopniu odpowiada ono standardom międzynarodowym. Próbujemy coś robić. Coś się udaje, coś nie, ale sądzę, że mamy niezależne dziennikarstwo. Bo jeśli wziąć, na przykład, oficjalną gazetę „Sowieckaja Bielorussia" i „Narodną Wolę", to są to dwie diametralnie przeciwne gazety. Do nas, na praktyki, przychodzą dziennikarze, którzy uczą się na wydziale dziennikarstwa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego i zostają u nas, bo u nas jest ciekawa praca. Nasz redaktor naczelny radzi młodym dziennikarzom, żeby w żadnym przypadku nie iść do tytułów państwowych, bo jak mówi, tam z tych młodych ludzi po prostu zrobią inwalidów, którzy już nigdy nie będą mogli zostać dziennikarzami i nigdy nie zdobędą informacji tak, jak powinni to robić dziennikarze.

Wuj Sam, pan Gedyminas i Białorusini

Redaktor drugiej białoruskiej gazety, „Nasza Niwa", Andriej Dynko, też opowiedział o trudnościach, z którymi spotykają się białoruscy dziennikarze. Według jego słów, na Białorusi zmieniła się tylko fasada.

- Nie ma ani jednej niezależnej telewizji, radia, zostało kilka niezależnych gazet, które działają już bardziej jako inicjatywy obywatelskie, a nie jak media - powiedział dla DELFI Andriej Dynko. - Dlatego, że części z nich zakazano drukować na Białorusi, części zakazano rozpowszechniać przez sieci państwowe, a prywatnym sieciom zabrania się rozpowszechniania, od czasu do czasu wygania się z biur. To jest robią tak, żebyśmy poczuli, że jesteśmy gośćmi na tym święcie życia. Z drugiej strony, uważamy za swój obywatelski obowiązek, kontynuować naszą pracę. Oczywiście, moglibyśmy uciec do Internetu, który trudniej jest kontrolować, szukać winiet, ale nam zależy na zachowaniu właśnie drukowanych wydań, bo nadal wielka część czytelników nie ma dostępu do Internetu, ani środków na to.

Nawiasem mówiąc, według słów Andrieja Dynki, wydanie jednego numeru „Naszej Niwy" kosztuje 12 razy drożej niż jeden numer gazety państwowej, chociaż „Nasza Niwa" nie jest kolorowa ale czarno-biała. Przy tym jednak, białoruski dziennikarz jest przekonany, że na Białorusi jest społeczeństwo obywatelskie i „procent obywateli na Białorusi jest znacznie wyższy niż, na przykład, w Rosji".

- Doskonale rozumiemy, że żaden Wujek Sam, czy pan Gedyminas nie przyniosą zmian na Białoruś. Przyszłość Białorusi zależy tylko od samych Białorusinów i określą ją tylko sami Białorusini.

Konstantin Amieliuszkin, DELFI

Tłum.: Radosław Januszewski