Tematykę Białorusi w aspektach polityki międzynarodowej omawiają znany dziennikarz międzynarodowy Roman Jakowlewski i redaktor naczelny białoruskiej gazety „Nowy Czas" Aleksiej Korol.
Aleksiej Korol: Wiadomo, że w reżimie autorytarnym polityka wewnętrzna nie istnieje, przekształca się ona w administrowanie z oparciem o struktury siłowe. Przecież brakuje rozdziału władz, brak podmiotów polityki - pełnowartościowego parlamentu, gabinetu ministrów, niezależnych mediów, partii politycznych. Jednak polityka zewnętrzna, nawet w warunkach totalitaryzmu, istnieje, a mianowicie dlatego, że skierowana jest na świat zewnętrzny, którego podmioty są bardzo samodzielne i  nie podlegają dyktatowi. Dlatego wszystkie reżimy totalitarne są agresywne - aż po wojnę. Temu też służy etap przygotowawczy - rozwijanie mięśni pod przykryciem dyplomatycznego oszustwa, wygrywanie sprzeczności miedzy podmiotami zewnętrznymi, tajne umowy. Wszystko to istnieje w niedawnej pamięci historycznej - polityka ZSSR i Niemiec w latach trzydziestych i czterdziestych, czasy „zimnej wojny". Ale polityka zagraniczna oparta na sile to polityka państw totalitarnych o silnej gospodarce, a każdym razie, z rozwiniętym kompleksem wojskowo-przemysłowym. Białoruś, jak wiadomo, do takich nie należy. Więc co dzisiaj określa podstawową treść, główne tendencje i wyniki białoruskiej polityki zagranicznej?

R. Jakowlewski: Współczesna Białoruś ma cały szereg osobliwości. Rzecz w tym, że w autorytarnym systemie politycznym z elementami totalitaryzmu, który istnieje u nas już 14 lat, wszystko definiuje jeden człowiek. Zmiana kierownictwa MSZ, dowolne kadrowe przetasowania wewnątrz ministerstwa w treść państwowej polityki niczego nowego nie wniosą. Chciałoby się przypomnieć słowa Urała Łatypowa, profesora prawa międzynarodowego, który w swoim czasie był wicepremierem i szefem MSZ: „Nasza polityka może być tylko jedna - prezydencka". Kiedy mówimy o wpływie jakichś zewnętrznych czynników na kierownictwo białoruskie, uwypukliłbym jedną właściwość: największym opozycjonistą wobec prezydenta Białorusi jest on sam, jest on w opozycji do zdrowego rozsądku. Jeśli mówić o podmiotach polityki zagranicznej, nie jestem w stanie dokładnie określić, kto i w jaki sposób na niego wpływa. Czternaście ostatnich lat, to lata nieprzerwanej, chociaż w różnych okresach zachodzącej z różną szybkością, międzynarodowej samoizolacji Białorusi.

A. K. - Nie mógłby pan uściślić tendencji polityki zagranicznej w kontekście oficjalnego jej określania jako „wielokierunkowej" - z Zachód i na Wschód?

R. J. - W pewnym stopniu te kierunki zmieniły się na Północ i Południe. Należałoby przypomnieć, że Białoruś to jedyny z krajów europejskich, który jest pełnoprawnym członkiem ruchu państw niezaangażowanych. To reliktowa struktura, w której przewodnie role pełnią tak odrażające figury, jak przywódca Wenezueli Hugo Chavez, czy Iranu Mahmud Achmadineżad. Jednak w ramach tego ruchu znajduje się wpływowa grupa państw, które podtrzymują przyjazne stosunki ze Stanami Zjednoczonymi - Indie, Arabia Saudyjska. Objaśniając, dlaczego Białoruś znalazła się w tym ruchu, mając umowę wojskowo-polityczną z Rosją, Iwan Antonowicz, który był wtedy ministrem spraw zagranicznych, wypowiedział się lakonicznie: my idziemy tam, gdzie reagują na nasze pulsacje. Gdyby MSZ Białorusi miał rzeczywisty wpływ na najwyższe przywództwo polityczne, to bardzo wątpię, żeby to nastąpiło. Po prostu, Łukaszenka w bardzo specyficzny sposób widzi współczesną organizację świata.

A.K. - A gdzie jest północ, w pańskim systemie koordynat?

R.J. - Południe to ruch państw niezaangażowanych, a Północ to jest to, co nazywamy współczesną wspólnotą międzynarodową, a ściślej, strukturami Zachodu. To Unia Europejska, Stany Zjednoczone. Jest jeszcze jedno określenie" bogaci - Północ, biedni - Południe". I tak oto, Białoruś, która znajduje się w Europie świadomie przyłączyła się do biednego Południa, do krajów trzeciego świata. I tym samym, świadomie, czy nieświadomie, określiła swoją politykę zagraniczną - nie w stronę rozwoju, wzbogacenia się z pomocą bogatej Północy (jak, na przykład, India), a ku przechowaniu się na konto preferencji ze Wschodu pod postacią Rosji. To jeszcze jedna osobliwość międzynarodowej polityki Białorusi - skutek specyficznego widzenia współczesnego świata przez najwyższe władze republiki.

A.K. - To obrazowe przekierowanie systemu orientacji polityki międzynarodowej Białorusi pozwala lepiej zobaczyć i zrozumieć istotę jej niezmiennego położenia i nieustającego wyboru - między Wschodem a Zachodem. Podmiot, czy przedmiot? W sojuszu z kim i przeciwko komu? Czy może najlepszy dla Białorusi wybór to być mostem  między Wschodem a Zachodem?

R.J. - Most, to najlepszy wybór dla współczesnej Białorusi. Już w samym jej położeniu geograficznym widać Bożą wolę. Inna sprawa, czy przy obecnym reżimie republika może spełniać tę rolę? Nie, nie może. Dzisiaj rzeczywista rola białoruskiego mostu, w istocie, ogranicza się do tranzytu - przede wszystkim do tranzytu energii - którego 20 procent przypada na Białoruś (na Ukrainę 80 procent). To, trzeba przyznać, znaczący wkład naszego kraju w bezpieczeństwo energetyczne Europy. Jednak nieostrożne, nie zawsze przemyślane wypowiedzi oficjalnego Mińska o możliwych trudnościach, które mogą powstać w tranzycie, świadczą, moim zdaniem, że w kontekście politycznym Białoruś nie tylko nie spełnia roli mostu, ale nawet nie jest gotowa wziąć jej na siebie. Przyczyną jest specyficzne widzenie przez białoruskiego lidera współczesnej organizacji świata - widzenia według mentalności sowieckiej. Ale Białoruś to nie ZSSR. Tego rodzaju polityka nie współgra z interesami narodowymi. A szczególnie namacalnie demonstruje to fakt, że młode pokolenie, które wyrosło w tym systemie, buduje własne mosteczki na Zachód i ucieka do niego na zawsze. Według danych z badań opinii publicznej, siedmiu z dziesięciu młodych ludzi wiąże swoją przyszłość z wykształceniem, pracą i życiem w krajach zachodnich.

A.K. - Oficjalne media eksploatują, z pozoru wydawałoby się przyciągający i prawidłowy argument: bez takiego podwiązania się do Rosji dawno mielibyśmy europejskie ceny na gaz i ropę naftową, co znaczy, że nie mielibyśmy dzisiejszego poziomu dobrobytu materialnego.

R.J. - To fałszywe twierdzenie. Po cenach ulgowych Rosja rozlicza się z władzą, a my, jako użytkownicy płacimy według cen światowych - 200 dolarów. Należałoby przypomnieć epizod z ubiegłorocznej konferencji w Monachium. Rumuński minister spraw zagranicznych zadał pytanie rosyjskiemu wicepremierowi, Siergiejowi Iwanowowi, w którym wówczas widziano ewentualnego następcę Wladimira Putina; „Dlaczego nam, jak tylko nasz prezydent pojechał do Tbilisi, ceny za gaz od razu podniesiono do 300 dolarów, a Białorusi pozostawiono 118?". Iwanow odpowiedział, że to nieprawidłowe porównanie: Białoruś płaci europejskie 300 dolarów, ale na oświadczenie Łukaszenki, że republika nie wytrzyma tego poziomu, zaproponowano mu, żeby różnicę między 300 a 118 zapłacił w nieruchomościach. I teraz, na tym polu rozgrywana jest niewidoczna gra.

A.K. - Jaka jest struktura rozliczeń  w nieruchomościach? Mieszkania, przedsiębiorstwa?

R.J. - Społeczeństwo nie zna pełnego obrazu: co, gdzie i komu sprzedali. Sądzę, że konflikt w kwestii budowy wielopiętrowego domu na ulicy Gamarnika związany jest z tymi rozliczeniami. Ale mieszkania to niewielki fragment, z pewnością mowa jest o sprzedaży znacznych segmentów białoruskiej gospodarki rosyjskiemu kapitałowi.

A.K. - Prywatnemu czy państwowemu?

R.J. - Za Putina górę wzięła polityka zakładania spółek państwowych z kapitałem prywatnych przedsiębiorców, których jednak podkarmia się z budżetu. To specyfika rosyjskiego kapitalizmu. I dlatego mamy tutaj nie element integracji, a element wchłonięcia. I to jest skutek zasadniczo neutralnej gospodarczo składowej - zakupu nieruchomości. Tendencji, która rozwijając się niesie groźbę dla samej niepodległości naszego kraju. Widzimy, mówiąc wprost, wariant neokolonialnej polityki w stosunku do Białorusi. Tym bardziej, że u nas, w odróżnieniu, na przykład od Anglii, gdzie prywatna własność chroniona jest prawem, gra przebiega według specyficznych reguł, a i w ogóle bez reguł. Dzisiaj dał, jutro odebrał.

A.K. - A może w tym nasz ratunek, druga strona ryzyka dla rosyjskiego kapitału? Dzisiaj mu sprzedali - jutro odbiorą?

R. J. - Rosyjski kapitał sprowadza to ryzyko do minimum. Mianowicie za pomocą przyjęcia zasad polityki neokolonialnej. Skupuje wszystko, w tym i urzędników wszelkich rang, rozdyma korupcję. Wziąć i wyssać najlepsze kąski białoruskiej gospodarki przy maksymalnej eksploatacji taniej siły roboczej - moim zdaniem jest to główna oznaka neokolonializmu. Nie jest potrzebna inkorporacja do Rosji, przekształcanie Białorusi w Kraj Północno-Zachodni. Niech ostanie się formalna, prawna niepodległość, własna symbolika, własny prezydent, wasza, a nie nasza odpowiedzialność za waszą ludność, za wasze dwa miliony emerytów. I bardzo się boję, żeby ten proces nie przyjął kształtów, które przybrał (i tak już zostało) w Rosji - kryminalne porządki, likwidacja konkurentów, białoruskich urzędników i biznesmenów. Tu znowu pojawia się pytanie o bezpieczeństwo narodowe.  

A.K. - Czy oficjalny Mińsk wyczuwa te zagrożenia i podejmuje jakiekolwiek działania, żeby je zażegnać albo ograniczyć?

R.J. - Tak, jeśli wierzyć deklaracjom. Ale, z drugiej strony, to proces wszechobejmujący, który wciąga w swoje łożysko nawet tych, którzy powinni mu zapobiegać - homelska grupa przestępcza, która działała pod ochroną pracowników milicji, niedawno odbyty sąd nad dwoma wyższymi funkcjonariuszami KGB oskarżonymi o korupcję. Zrozumienie zagrożenia jest, ale nie współgra ono ze zrozumieniem interesów narodowych i narodowego bezpieczeństwa w XXI wieku. U nas bezpieczeństwo narodowe rozumiane jest jako bezpieczeństwo jednego człowieka.

A.K. - Jak dalece uwzględnia się w polityce zagranicznej oficjalnego Mińska zainteresowanie Zachodu i Wschodu Białorusią jako strefą tranzytową?

R.J. - Nasze kierownictwo doskonale wie, że ani Zachód ani Wschód absolutnie nie są zainteresowane destabilizacją sytuacji na Białorusi. I właśnie na to oficjalny Mińsk kładzie nacisk. Ale jedyny w swoim rodzaju. Od czasu do czasu napływają propagandowe fale straszenia możliwą destabilizacją: a to ze strony mniejszości narodowych - na przykład Polaków - a to ze strony określonych sił politycznych. Bez jakichkolwiek rzeczywistych podstaw. W istocie, rzeczywiste zagrożenie stanowią te siły, które swoje osobiste i korporacyjne stawiają wyżej niż narodowe.

A.K. - A w jakim stopniu to zainteresowanie wpływa na politykę krajów europejskich i Stanów Zjednoczonych w stosunkach z Mińskiem? Na ich jedność i niezłomność w żądaniu wypełnienia dwunastu warunków Unii Europejskiej, uwolnienia więźniów politycznych, gotowość do dialogu z oficjalnym Mińskiem?

R.J. - Zasadniczo ich polityka jest taka, jaka była: wypełnienie, uwolnienie. Inna sprawa, że taktyka może być inna. Stany Zjednoczone to jedno państwo. Unia Europejska to związek samodzielnych państw. W U.E. nie ma jednej polityki zagranicznej w stosunku do Białorusi. I jeśli mowa o Niemczech to tam bardzo mocna jest obecność interesów wielkiego biznesu. Przy tym, chciałbym zauważyć, że z nastaniem kanclerz Merkel zaczęło się wzmacniać to, co nazywamy europejską solidarnością, która związana jest ze stanowiskami Francji i Włoch. I ta euroatlantycka solidarność skierowana jest między innymi na stosunki z białoruskim reżimem. I jej zmiękczenia, w stronę legitymizacji białoruskiego reżimu na międzynarodowej arenie, w najbliższym czasie, czy w średniej perspektywie nie zauważa się.

A.K. - A jak wpływa to zainteresowanie Mińskiem na Rosję?

R.J. - Dzisiaj polityka zagraniczna Rosji to polityka „Gazpromu". I „Gazprom", oczywiście, jest zainteresowany nabyciem białoruskiego systemu transportu gazu. Co więcej, jego apetyty rozciągają się na aktywa nie leżące w jego profilu. „Gazprom" puszcza mimo uszu potoczyste wypady białoruskiego lidera i po cichu kontynuuje ekspansję.

A.K. - W jakim stopniu oficjalnemu Mińskowi udają się próby balansowania między Zachodem a Wschodem?

R.J. - Białorusi, po prostu, nie widać na arenie międzynarodowej. A mogłaby odgrywać bardzo znaczącą rolę w rejonie bałtycko-czarnomorskim kontynentu europejskiego.

Aleksiej Korol, Roman Jakowlewski

Tłum.: Radosław Januszewski