Rozmowy o planowanym i nie raz przenoszonym wiosennym spotkaniu prezydentów Białorusi i Ukrainy w Mińsku przycichły. Stało się jasne, że podczas szalejącego w Kijowie kryzysu, Wiktor Juszczenko nie jest, póki co, skłonny do rozmów z Aleksandrem Łukaszenką.
A tym bardziej do planów przeprowadzenia w  Łucku szczytu państw zainteresowanych koordynacją działań w kwestii tranzytu nośników energii, w którym miałby wziąć udział także białoruski prezydent.

Ale co tam Łukaszenka - Wiktor Juszczenko do tej pory nie zdołał spotkać się z Władimirem Putinem, który tym razem wolał zająć neutralne, wyczekujące stanowisko wobec zmagań odłamów władzy na Ukrainie. I nie widać też jawnych reweransów, tak jak kiedyś, ze strony Moskwy pod adresem Wiktora Janukowicza. Ledwie hałaśliwe oświadczenie Dumy z poparciem dla „zamrożonej" Rady Najwyższej.

Analogicznie postępuje także Aleksandr Łukaszenka, który dwa i pół roku temu zwymyślał pomarańczową rewolucję, nazywając ją „bandycką". Milczenie zachowuje też parlament białoruski. Prawda, nieco dziwną, na pierwszy rzut oka, aktywność wykazali tutejsi parlamentarzyści w przeddzień decyzji prezydenta Wiktora Juszczenki o rozwiązaniu Rady Najwyższej: przyjmowali wtedy w Mińsku delegację ukraińskich parlamentarzystów z Nikołajem Tomenko na czele. Ciekawe, że media państwowe, zawsze żywo reagujące na wszelkie wizyty składane białoruskim posłom, tym razem były bardzo powściągliwe i nie uroniły ani słowa o przynależności Nikołaja Tomenki do Bloku Julii Timoszenko. Prawie równocześnie rozeszły się słuchy o jakiejś tajnej wizycie w Mińsku złożonej przez ukraińskiego ministra paliw i energetyki, Jurija Bojkę. W kontekście permanentnego przygotowywania się Aleksandra Łukaszenki do wyjazdu na Ukrainę, na spotkanie z Wiktorem Juszczenką, taka aktywność Kijowa jest interesująca z powodu personaliów samych gości. Po wypowiedzi Wikotra Janukowicza w Brukseli o „przyspieszeniu demokracji" na Białorusi, w białoruskich kręgach rządzących objawiło się pewne ochłodzenie w stosunku do biało-niebieskiego premiera. Słów o demokracji na Białorusi, z ust Janukowicza, najwyraźniej w Mińsku się nie spodziewano. Przypomniano o waszyngtońskich wypowiedziach byłego pomarańczowego premiera, Jurija Jechanurowa, „w jednym flakonie" o osobistościach historycznych, Łukaszence i Hitlerze. Wychodzi na to, że dla Łukaszenki najważniejszy jest stosunek do niego i prowadzonej przez niego polityki, a nie barwa partyjna przedstawicieli władz ukraińskich.

Chłód w stosunku do otoczenia Janukowicza nasilił się jeszcze bardziej, jak należy domniemywać, po niedawnym oświadczeniu strony ukraińskiej o korekturze dostaw energii elektrycznej na Białoruś w związku z wiosennym przyborem wód w niektórych rejonach Ukrainy. Niektórzy obserwatorzy skłonni są w tym widzieć tło polityczne. W Mińsku, jak i w Moskwie, coraz bardziej dochodzi się do wniosku, że kręgi donieckie nie tak jednoznacznie odnoszą się już do „jedności słowiańskiej", jak zwykli sądzić hura-patrioci wirtualnego państwa związkowego. Zaczęto rozumieć, że ukraińskie grupy finansowo-przemysłowe na równi z rosyjskimi i innymi konkurentami gotowe są do walki na białoruskim rynku. Jak powiedział GŁAWREDOWI pewien urzędnik białoruski, ukraińskich oligarchów na Białorusi wierchuszka władzy boi się nie mniej niż rosyjskich.

Wydarzenia na Ukrainie z uwagą i nieobojętnie obserwowane są także przez białoruską opozycję. I tak, według słów Andreja Sannikowa, byłego zastępcy ministra spraw zagranicznych Białorusi, jednego z założycieli organizacji broniącej praw człowieka, „Chartija-97", wydarzenia na Ukrainie rozwijają się w demokratycznym nurcie walki politycznej. To znaczy, że od pomarańczowej rewolucji Ukraina zaszła daleko na drodze do Europy: „Ukraina znalazła się już za tym punktem, w którym byłby możliwy powrót do przeszłości, jak to stało się na Białorusi". Chociaż, jak przyznał Sannikow w rozmowie z GŁAWREDEM, nadzieje były kiedyś większe.

Sannikow zauważył także, że wydarzenia ukraińskie nie wpłynęły na położenie białoruskiej opozycji: „Wpłynęły na nie tutejsze stosunki (Łukaszenka - red.) z Moskwą. Łukaszenka obawia się, że sam może się znaleźć poza dialogiem władzy i opozycji".

A zdaniem białoruskiego analityka, Aleksandra Kłaskowskiego, „nowy kryzys ukraiński - to po prostu prezent dla białoruskiej propagandy sławiącej stabilność Białorusi. Naszemu elektoratowi sugeruje się: oto płody demokracji - anarchia, rozłam, zawiedzione nadzieje! A u nas, proszę, pod mądrym kierownictwem wszystko jest ażurowe, zauważył ekspert w komentarzu udzielonym GŁAWREDOWI i dodał, że na tak zwanych zwyczajnych ludzi taka nieskomplikowana argumentacja działa. „Ogólnie rzecz ujmując, białoruska opozycja znalazła się w stanie pewnego przygnębienia: straciła możliwość przywołania, w charakterze przykładu, pomarańczowej rewolucji jako wzoru rozstawania się resztkami sowietów. Wszystko okazało się znacznie bardziej skomplikowane, aureola bożyszcza majdanu wyblakła i dla perspektywy demokratyzacji Białorusi konflikt ukraiński stał się minusem", powiedział znawca.

Roman Jakowlewski „Gławred"

Tłum.: Radosław Januszewski