Od kilku lat Nepal pogrąża się w wojnie domowej. Od miesiąca napięcie zaczęło gwałtownie rosnąć. Może się to skończyć rewolucją w Nepalu albo ogromną wojną miedzy największymi państwami Azji - Chinami i Indiami. Świat Zachodni zajęty własnymi sprawami nie zwraca uwagi na pozornie tylko lokalny konflikt, który bardzo łatwo może przekształcić się w wojnę na taką skalę, że trzeba będzie ją nazwać światową. Jeszcze można temu zapobiec, ale trzeba przerwać obojętne milczenie.
Król ma dwa kłopoty
Kłopot pierwszy to maoiści. Ich partyzantka działa od 1996 roku i już raz zdołała odciąć stolicę, Kathmandu, od reszty kraju. W walkach zginęło dotąd co najmniej 12,5 tysięcy ludzi. Partyzanci atakują wojsko i policję, ale także zabijają opornych chłopów, choć głoszą, że tego nie robią. Z kolei wojsko potrafi palić i bombardować z helikopterów wsie podejrzane o sprzyjanie partyzantom. Cały kraj jest pokryty siecią posterunków wojskowych przy drogach. Dosłownie co kilka kilometrów pasażerowie każdego pojazdu są sprawdzani a pojazd rewidowany. Od godziny 22 do 4 rano obowiązuje zakaz ruchu na drogach poza miastami. Posterunki są silnie umocnione (bunkry i worki z piaskiem, ciężkie karabiny maszynowe, zasieki). Patrole wojskowe poruszają się w grupach po 20-30 żołnierzy w odstępach co 5 metrów, z bronią gotową do strzału. Mimo to partyzanci potrafią zatrzymywać autobusy z turystami zbierać „składkę na rewolucję" pod lufą pistoletu maszynowego. Rząd też doi turystów na każdym kroku, bo wojna kosztuje. Wiza zdrożała z 10 do 30 dolarów a za wstęp do niektórych miast trzeba płacić dodatkowo (np. w Baghdapur 10 dolarów).

Demonstracja uliczna w Kathmandu, 16 grudnia 2005. Fot. Krzysztof Łoziński.

Kłopot drugi to opozycja demokratyczna. Poprzedni król, Birendra, rozpoczął kilkanaście lat temu eksperymenty z demokracją. Birendra był dość popularny wśród Nepalczyków i mógł sobie na to pozwolić (obecny król, Gyanendra, jest raczej znienawidzony). Kathmandu było wówczas małym miasteczkiem, które całe można było przejść piechotą. Partie polityczne okazały się bardzo słabe i przypominały kluby dyskusyjne garstek pięknoduchów. Demokracja kulała, a król rządził. Stopniowo jednak sytuacja zaczęła się zmieniać. Do miast zaczęła napływać ludność uciekająca przed partyzantami i wojskiem (nie wiadomo, kto gorszy). Kathmandu jest dziś milionowym miastem, a partie polityczne stanowią rzeczywistą siłę. Zmieniły się też aspiracje ludności, która w miastach zaczęła stykać się z prasą, telewizją satelitarną, zachodnimi turystami, Internetem. Ci ludzie chcą już inaczej żyć. Jak mi to powiedział jeden z nepalskich hotelarzy, „marzeniem przestały być buty, a zaczął być samochód". Marzeniem zaczęła być także wolność, a tego żaden król (i jego rodzina) nie lubi.

Policja na Thametu (Kathmandu). Fot. Krzysztof Łoziński.

1 czerwca 2001 roku król Birendra (wraz z królową Aishwarą  i 7 innymi osobami) został zastrzelony przez swego syna Dipendrę, ponoć w czasie rodzinnej sprzeczki. Niby to nic dziwnego, w Nepalu od dawna zmiany władzy odbywały się metodą uśmiercenia tatusia. Gdy jeden z poprzednich królów przejmował władzę za pomocą mieczy kukri, po Darbar Square płynęły spod bramy pałacu strumienie krwi. Czasy się jednak zmieniły, Dipendra królem nie został, tylko więźniem, a następnie popełnił samobójstwo (być może z czyjąś pomoca). Królem został jego wuj Gyanendra.
1 lutego 2005 roku, zaraz po objęciu władzy, Guayendra wprowadził stan wyjątkowy, zawiesił prawa obywatelskie, uwięził czołowych przywódców opozycji. Tłumaczył to koniecznością rozprawienia się z maoistami, którzy, prawdę mówiąc aniołami nie są - planują gigantyczną zbrodnię na wzór Czerwonych Khmerów z Kambodży (wszyscy mają być „równi", pracować na roli, miasta mają być zniszczone itp.). Tym pociągnięciem król popularności nie zyskał, ataki maoistów się nasiliły, partie polityczne zaczęły konspirować. Stan wyjątkowy został odwołany w kwietniu 2005, ale niewiele się zmieniło. We wrześniu 2005 roku, po serii klęsk w bitwach, maoiści ogłosili jednostronny rozejm (by leczyć rany). Wojsko rozejm odrzuciło, ale panował względny spokój. 2 stycznia tego roku maoiści zerwali rozejm i przystąpili do ataków. Ich przywódca Amal Prachandra zapowiedział „zniszczenie armii". Według doniesień, przez 2 tygodnie zginęło w walkach już co najmniej 59 osób po obu stronach, a zapewne dużo więcej.

Co się stało w Nagarkot?
14 grudnia w himalajskim kurorcie Nagarkot (40 km na wschód od Kathmandu) odbywał się religijny festyn. Uzbrojony żołnierz wszedł między tańczących ludzi i został przez nich otoczony. Trzeba pamiętać, że ci żołnierze od 10 lat żyją w ciągłym oczekiwaniu na strzały w ich kierunku. Otoczony przez ludzi żołnierz wpadł w panikę i zaczął strzelać. Zabił 12 osób i ranił 19, zanim został zasztyletowany przez mnichów buddyjskich.
W kraju zawrzało. 7 głównych partii politycznych wezwało do strajku powszechnego w dniu 16 grudnia. Zamknięte były niemal wszystkie sklepy. W Kathmandu odbywały się wielkie demonstracje uliczne. Rano doszło do starć z policją na pałki i kamienie. Demonstranci spalili kilka otwartych sklepów. Później jednak, aż do wieczora protesty przebiegały spokojnie. Policja w hełmach, z pałkami i tarczami, raczej ustępowała pola.

Demonstracja w Kathmandu. Fot. Krzysztof Łoziński.

Po 2 dniach spokoju, 19 grudnia, wobec bezczynności rządu doszło do ponownych demonstracji na Thamelu (dzielnica Kathmandu) i w kampusie uniwersyteckim. Emocje rozpalały się coraz bardziej. Rząd ściągał do miasta wojsko.
Kolejne demonstracje i starcia z policją miały miejsce 1 stycznia w Kathmandu.
2 stycznia maoiści odwołali jednostronny rozejm, twierdząc, ze wojsko zaczyna ich otaczać. Myślę, że raczej na tle niepokojów społecznych poczuli koniunkturę. Wkrótce, 12 stycznia, doszło do bitwy, w której zginęło 10 maoistów. 14 stycznia w okolicach Kathmandu eksplodowało 5 bomb. Partyzanci zaatakowali posterunek wojskowy w Thankot, przy głównej drodze ze stolicy do przejścia granicznego z Indiami w Sonauli, a jednocześnie na odcinku wspólnym z drogą do Pokhary (drugiego miasta Nepalu). Thankot leży 15 km na południowy zachód od Kathmandu. W walce zginęło 11 żołnierzy. Kolejnych trzech poległo w ataku na Bakhdapur, miasteczko położone 20 km na wschód od stolicy. Tego samego dnia doszło do bitwy w okręgu Syangdża na zachodzie kraju. Poległo w niej 16 maoistów i jeden żołnierz.

Demonstranci w Kathmandu. Fot. Agnieszka Glinkowska.

Następnego dnia, w eksplozji bomby w Dadikot, 8 km od Kathmandu, zginął jeden żołnierz a 6 zostało rannych. 10 osób „uznano za zaginione". W ten sposób wojsko określa zabitych przez siebie cywilów.
15 stycznia 150 tysięcy ludzi wyszło na ulice miasta Janakpur, na południowym wschodzie kraju, domagając się demokracji i abdykacji króla.
Po tych incydentach, 16 stycznia, rząd ogłosił w Kathmandu godzinę policyjną od 22 do 4 rano, w ramach obwodnicy Ring Road otaczającej całe miasto.
17 stycznia, w Nepalgunj, 500 km na zachód od Kathmandu, maoiści zabili 4 policjantów i zbiegli ze zdobyta bronią i amunicją.
19 stycznia zarządzono w Kathmandu kolejną godzinę policyjną od 8 rano do 18-tej. Tak więc ludność miasta może się poruszać tylko przez 4 godziny rano i 4 godziny wieczorem.
Już następnego dnia, 19 stycznia, doszło w Kathmandu do regularnych rozruchów antyrządowych. Demonstranci domagali się demokracji i końca autorytarnej władzy króla. W starciach z policją co najmniej 50 osób zostało rannych a około 200 aresztowano. Nieco wcześniej policja aresztowała około 100 działaczy politycznych, co tylko rozsierdziło demonstrantów. W protestach uczestniczy zgodnie 7 głównych partii politycznych od komunistów do prawicy. Przeciw są tylko rojaliści.
20 stycznia, w Makawanpur, 100 km na wschód od Kathmandu doszło do starcia, w czasie którego poległo 10 maoistów. Tyle na dzisiaj.
Sytuacja jest tym bardziej skomplikowana, że grę prowadzą też dwa ogromne państwa ościenne - Indie i Chiny. Jeden z Nepalczyków powiedział mi jeszcze w grudniu, że maleńki Nepal jest miedzy tymi olbrzymami „jak pestka w kleszczach". Rząd lawiruje jak może. Niedawne wydanie Chinom tybetańskiego uchodźcy, które tak zbulwersowało świat Zachodu, nie było podyktowane nagłą miłością do Wielkiego Brata z Pekinu, lecz strachem, by go nie drażnić.
Zaniepokojenie sytuacją w Nepalu wyraziły już UE, ONZ, Wielka Brytania, USA, Japonia i Indie.

Kto ma w tym największy interes?
Oczywiście w zamieszaniu, a nie w demokratyzacji Nepalu. Odpowiedź jest prosta - Chiny.
Od wieków imperialne zapędy Chin były tamowane przez warunki geograficzne. Inwazja na wschód była niemożliwa ze względu na ogromne bezludne obszary Syberii i Azji Centralnej. Drogę na południe zagradzały Himalaje, Karakorum i Wyżyna Tybetańska. Strategicznym problemem Chin komunistycznych było od lat uzyskanie przejścia przez tę naturalną zaporę, ale problem ten jest stopniowo rozwiązywany. Już wiele lat temu Chiny wybudowały Szosę Karakorumską, szeroką autostradę do Pakistanu przez pasmo Karkorum - jednych z największych gór świata. Ta droga, choć jest używana w znikomym stopniu, jest ogromnym kosztem stale utrzymywana w dobrym stanie. Po co? Dla znikomego ruchu granicznego z północnego Pakistanu do pustynnego Xinjiangu?
Drugie podejście drogowe do granic Indii wybudowano na wschodzie, w rejonie granicy z Darjelingiem. Trzecie istnieje od lat i łączy Nepal z Lhassą w Tybecie przez przełęcz Kodari Pass. Do niedawna była to droga do nikąd, bo Chiny Centralne nie miały dobrego połączenia drogowego z Tybetem. Niedawno jednak wybudowano koszmarnie drogą kolej do Lhassy. I znów pytanie: po co? Dla cherlawego handlu i turystów wydano miliardy dolarów? Różne złe rzeczy można mówić o władcach Chin, ale na pewno nie są to idioci.
Chińska doktryna wojenna zakłada wieloletnie powolne przygotowania do podjęcia działań zbrojnych. Takie przygotowania mogą trwać nawet dziesięciolecia, co zresztą usypia czujność przeciwnika. Te szlaki komunikacyjne nie są tworzone przypadkowo, co nie znaczy, że władcy Chin już zdecydowali się na inwazję. Oni raczej chcą zapewnić sobie taką możliwość, by ją mieć, gdy stanie się potrzebna. Do pełni gotowości potrzeba im jeszcze jednego - dużego przyczółka po drugiej stronie Himalajów. Nepal idealnie nadaje się do tej roli.
Od 10 lat działa w Nepalu maoistowska partyzantka i trzeba być bardzo naiwnym, by myśleć, że powstała ona samorzutnie i nie jest z zewnątrz finansowana. Obywatele Nepalu są zbyt biedni, by mogli samodzielnie uzbroić i umundurować partyzantów. W dodatku broń tych partyzantów nie pochodzi z kraju. Armia rządowa nie ma chińskich kałasznikowów, tylko amerykańskie colty M-16 i winchestery. Oczywiście Chiny nie wspierają partyzantów jawnie. Pośrednikami są skrajnie lewicowe ugrupowania w Indiach i to przez indyjską granicę płynie do Nepalu broń. Skąd ją biorą indyjscy lewacy? Na pewno nie od rządu. I na pewno nie kupują jej za własne pieniądze. Partyzanci od lat wymuszają haracze od turystów, które ostatnio wzrosły z 5 do 20 dolarów, ale to ciągle znacznie za mało na uzbrojenie partyzanckiej armii. Jedynym krajem, który ma w tym interes, są Chiny. Gdyby odrzucić teorię o uzbrajaniu partyzantów przez Chiny, trzeba by uznać, że wspierają ich kosmici.

Dogodny moment, czy przypadek?
Od kilku lat ChRL zwiększyła znacznie nakłady na zbrojenia, choć większość analityków skłania się do poglądu, że są to przygotowania do inwazji na Tajwan. Trudno jednak uznać za takie zajmowanie bezludnych wysepek należących do Indonezji lub Filipin oraz na Oceanie Indyjskim. Od lat taktyka jest ta sama. Najpierw chińscy rybacy zakładają osadę. Później pojawia się chiński posterunek „dla ich ochrony", następnie powstaje niewielki port. Stopniowo posterunek zamienia się w niewielki garnizon, a Indonezja, kraj 3 tysięcy wysp, nie reaguje, bo ma ważniejsze problemy wewnętrzne. To jest po prostu pełzające zakładanie baz morskich na Oceanie Indyjskim i Południowym Pacyfiku. Wątpliwe, by te działania miały cokolwiek wspólnego z Tajwanem.
Czy mają jednak coś wspólnego z Indiami? Trudno powiedzieć. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że Chiny nie planują inwazji na Indie już teraz, choć nie wykluczają jej w przyszłości. Te dwa wielkie azjatyckie kraje różni wszystko. Chiny to totalitarny reżim, agresywny, stawiający na wrogi światu nacjonalizm jako wiodącą ideologię. Indie to demokracja, otwarta, przyjazna, tolerancyjna. To skrajne przeciwieństwa. Zarazem oba kraje bardzo szybko się rozwijają i mają ogromne zasoby ludzkie - Chiny 1.300 mln., Indie 1.100 mln. Ich szybko rosnące gospodarki i szybko rosnące pozycje polityczne w świecie są jak dwa pojazdy potencjalnie pędzące do czołowego zderzenia. Zwłaszcza, że Chiny zaczynają się czuć zagrożone. Gospodarka indyjska zaczyna ich gospodarkę doganiać, a ludność Indii przyrasta już szybciej, niż ludność Chin. Za 20 lat Indie prześcigną Chiny pod względem liczby ludności. Ekonomiści prognozują też, że gospodarka indyjska przyspieszy, a chińska zwolni. Chiny, od lat przyzwyczajone do myśli, że będą pierwszą potęgą Azji, zaczynają dostrzegać konkurenta.
Myślę jednak, że Chiny nie chcą starcia już teraz. Zresztą nie są do niego ostatecznie przygotowane. Co jednak będzie, gdy w Nepalu maoistowska partyzantka zacznie zdobywać przewagę i zyska szanse na zawładnięcie państwem tak bardzo Chinom potrzebnym w roli przyczółka za Himalajami? Czy Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza nie zechce przyjść im „z bratnia pomocą"? Albo odwrotnie, gdy tej partyzantce zacznie grozić całkowite unicestwienie, komuś w Pekinie mogą puścić nerwy i może wydać rozkaz interwencji.
Czy z kolei Indie mogą na to patrzeć spokojnie? Każdy polityk indyjski wie, że ustanowienie chińskiego przyczółka w Nepalu stanowi śmiertelne zagrożenia dla ich kraju. Jeśli gigantyczna armia chińska przekroczy Himalaje, nikt nie będzie w stanie jej zatrzymać.
Co gorsza, oba kraje mogą planować jedynie konflikt lokalny, na niewielką skalę, ale taki konflikt łatwo może przerodzić się w dużo większy. Lokalna wojna o Nepal może przerodzić się w wojnę chińsko-indyjską, nawet jeśli nikt świadomie nie będzie do tego dążył. To dlatego obecna sytuacja jest tak niebezpieczna.

Czym to może grozić?
Oba kraje mają ogromne armie i broń atomową. W dodatku nie wiadomo, jak się wówczas zachowa od dziesięcioleci skonfliktowany z Indiami, 160 milionowy, Pakistan (też posiada broń atomową). Gdy 2 lata temu groził konflikt atomowy miedzy Pakistanem a Indiami, analitycy wojskowi przewidywali następujący scenariusz: Może zginąć od 20 do 200 milionów ludzi. Gospodarki obu krajów załamią się. Żaden kraj świata nie będzie w stanie udzielić skutecznej pomocy ofiarom takiego kataklizmu. Śmierć głodowa może zebrać kolejne miliony ofiar. Straty gospodarcze mogą spowodować kryzys globalny (już same Indie mają spory udział w obrocie gospodarczym świata).
A co by było, gdyby doszło do wymiany atomowych ciosów miedzy Indiami, Chinami i Pakistanem? Te trzy kraje to niemal połowa ludzkości - 2.560 milionów ludzi. Wojna z udziałem 400 milionów żołnierzy i bomb atomowych? Strach się bać.
Może wiec lepiej już teraz zająć się rozwiązaniem konfliktu w Nepalu i zapobiec rozlaniu się go na całą Azję? Społeczność międzynarodowa, ONZ i USA jako jedyna obecnie potęga, powinny przerwać bierne milczenie.

Krzysztof Łoziński