Nie szuka być dobrym taternikiem.
Sztuka być starym taternikiem.

Ślady na śniegu

Kiedy przestałem się wspinać? Właściwie to wcale nie przestałem. Jeszcze w tym roku byłem w skałkach i cały czas nie wykluczam powrotu do aktywności w Tatrach czy innych górach. W moim odczuciu końca uprawiania wspinaczki nie ma. Na pewno jednak już w latach dziewięćdziesiątych moja aktywność górska była znacznie mniejsza. Nie można być wiecznie młodym i silnym. Nawet jeśli będę się jeszcze wspinał, to na pewno już nie na takim poziomie.

Moje ostatnie, istotne pod względem sportowym przejścia, to koniec lat osiemdziesiątych. W tym czasie zrobiłem jedną z ważniejszych moich dróg: „Cień Diabła" na Turni Zwornikowej. Turnia Zwornikowa jest pod pewnym względem ewenementem w Tatrach Polskich - spora góra przez wiele lat nie uważana za górę. Uważano ją za część Cubryny i aż do lat osiemdziesiątych królował pogląd, że wspinać się po niej nie wypada. Dzięki temu uchował się, niemal nietknięty przez alpinistów, szczyt o ścianach znacznie większych i trudniejszych niż na przykład ściany Kościelca, o Zamarłej Turni nie mówiąc.



Turnia Zwornikowa aż do połowy lat osiemdziesiątych nie była uważana za górę.
 Fot. Krzysztof Łoziński.


Gdy stoi się przed schroniskiem w Morskim Oku i patrzy na Turnię Zwornikową, powstaje złudzenie, że jest to część Cubryny. Wtapia się ona w tło i przede wszystkim nie widać wcale, że jest od Cubryny oddzielona zupełnie wyraźną przełęczą. Złudzenie jest tak sugestywne, że Witold H. Paryski całkowicie pominął Turnię Zwornikową w swoim przewodniku, choć wymieniał i nazywał skrupulatnie nawet kamienie w grani, które łatwiej przeskoczyć niż obejść (np. Owcze Turniczki). W przewodniku Paryskiego opisano trzy drogi na tej górze (dwa filary i „Zetkę"), nazywając je jednak drogami na Cubrynę. Pojawia się w nim też termin: „turnia zwornikowa filarów Cubryny", ale jako punkt orientacyjny w opisie, a nie jako nazwa własna.

Można by tu napisać małą rozprawkę psychologiczną na temat tego, że człowiek nie widzi wcale tego, co widzi, tylko to, co uważa, że widzieć powinien. Taternicy z początku XX wieku toczyli zaciekłe boje o przejście ściany Zamarłej Turni, w końcu niewiele ponad stumetrowej skałki, a nie zauważali Kazalnicy. I to wcale nie dlatego, że była dla nich za trudna, tylko uważali ją za część Czarnego Mięgusza. Jeszcze na początku lat siedemdziesiątych większość taterników uważała, że droga wspinaczkowa powinna kończyć się na szczycie. Dlatego, na przykład, potępiano mnie za robienie dróg na Czołówce, a droga Uchmańskiego i Starka na tej ścianie była zupełnie zapomniana. W opinii środowiska chodzić po tym nie wypadało. Podobnie było ze ścianami Turni Zwornikowej. Lewą część jej północnej ściany, zerwę o potężnych trudnościach, nazywano „ścianą czołową lewego filara Cubryny". Droga Osadów w tej ścianie, bądź co bądź jedna  z najpoważniejszych dróg w rejonie Morskiego Oka, nie była nigdzie opisana i nikt jej nie powtarzał. O innych drogach w ogóle nie wiedziano.

Gdy w 1989 roku pisałem swój pierwszy przewodnik taternicki, stwierdziłem, że były w tej ścianie od lat trzy drogi, których autorzy nie przyznali się do ich zrobienia (Długosz -Momatiuk, Jagiełło-Roj i Malczyk-Moj-Pszon). Długosz z Momatiukiem zataili swoje przejście tak skutecznie, że dziś znamy tylko orientacyjny przebieg tej drogi.

Na zachodniej ścianie Turni Zwornikowej nie było wręcz żadnej drogi, podczas gdy ściany, a raczej ścianki, Szpiglasowego Wierchu czy Żabiego Niżniego były przechodzone niemal w kratkę. Dzięki temu mogliśmy z Wilmą, w 1985 roku, zrobić pierwsze przejście ściany. Psychologiczna wada wzroku całego środowiska sprawiła, że do 1985 roku w Morskim Oku uchowała się nie zdobyta ściana i to w dodatku wcale nie trudna. Ta sama wada wzroku naszych starszych kolegów sprawiła nam jednak bardzo fajny prezent w postaci niemal nietkniętej północnej ściany Turni Zwornikowej. Dzięki temu psychologicznemu bielmu na oczach starszych pokoleń moje pokolenie miało do zdobywania potężną i trudną ścianę i, żeby było śmieszniej, była to dokładnie najbliższa ściana od schroniska.

Gdy w zimie 86 roku zrobiliśmy z Wilmą drogę w lewej części tej ściany, nazwaliśmy ją „Proxima", co znaczy po łacinie „najbliższa", bo pod tę drogę jest najkrótsze podejście ze wszystkich dróg w rejonie. Dzisiejsze pokolenie nie czuje atmosfery tamtego czasu. Dziś robi się nawet drogi na progu Dolinki za Mnichem i nikogo to nie dziwi, ale gdybym ja w latach siedemdziesiątych zrobił drogę w tym lub podobnym miejscu, to spotkałbym się z powszechnym potępieniem i z uznaniem za dziwaka. Był jednak taki czas, że cieszący się wielkim autorytetem w środowisku Rysiek Malczyk nie odważył się opublikować drogi w ścianie Turni Zwornikowej, a wcześniej dwie gwiazdy pierwszej wielkości, Długosz i Momatiuk, nie pisnęły nikomu ani słówka i droga „wydała się" dopiero przypadkiem, dzięki odkryciu archiwum Długosza.

Z Turnią Zwornikową wiąże mnie jeszcze jedna sprawa. To ja, po raz pierwszy, w przewodniku „122 drogi" opisałem ją jako oddzielną górę i nadałem jej nazwę. To, że w 1989 roku można było nadać nazwę sporej górze w rejonie Morskiego Oka jest kolejnym dowodem na fakt, że ludzie nie widzą tego, co jest, tylko to, co uważają, że widzieć powinni.

Nazwę drogi „Cień Diabła" wymyśliła Wilma. Właściwie to nazwała tak nie drogę, ale ogromny czarny naciek na skałach w kształcie ludzkiej sylwetki. Pomysł zrobienia drogi w tym miejscu miałem już wiele lat wcześniej, ale wszelką działalność w ścianie blokowała mityczna droga Osadów, o której wszyscy wiedzieli, że jest, ale nikt nie wiedział gdzie. Gdy wspominało się w środowisku o ścianie Turni Zwornikowej, wszyscy mówili: „tam jest droga Osadów" i dodawali: „po płytach". Tymczasem jedyny istniejący opis drogi Osadów leżał spokojnie w archiwum Andrzeja Gierycha i kurz go pokrywał.

To przekazywane z ust do ust określenie „po płytach" sugerowało, że droga Osadów jest właśnie tam, gdzie na skałach widnieje ów Cień Diabła. Dopiero gdy zbierałem materiały do przewodnika „122 drogi" i wydobyłem od Gierycha ten opis sprzed dwudziestu lat, zorientowałem się, że droga Osadów znajduje się zupełnie gdzie indziej.



Prowadzę najtrudniejszy, przewieszony wyciag, w czasie pierwszego przejścia drogi "Cień Diabła" na Turni Zwornikowej. Zdjęcie jest słabe technicznie, ale lepszego nikt wówczas nie zrobił. Fot. Irena Dębowska.

„Cień Diabła" zaczyna się silnie przewieszonym wyciągiem hakowym i jest to jednocześnie najtrudniejszy wyciąg tej drogi. Dalej są jeszcze dwa bardzo mocne wyciągi, a potem jest coraz łatwiej, co nie znaczy, że łatwo (V, V+). W sumie droga jest dosyć wyczerpująca, bo trudna i długa. Co pamiętam z pierwszego przejścia? Najpierw zaporęczowaliśmy jakieś 15 metrów najbardziej przewieszonego odcinka, nawet nie pełny wyciąg. Drugiego dnia przeszliśmy największe trudności drogi i zabiwakowaliśmy na wygodnej półce z kosówkami. Rano okazało się, że nasz kanister na wodę był źle zakręcony i cała woda wyciekła do plecaka. Była to okoliczność dość nieprzyjemna, bo dzień był upalny i bardzo nam się chciało pić. Wspinaczkę zakończyliśmy około południa i wtedy wpadliśmy na niedorzeczny pomysł, by zjechać ścianą, zamiast schodzić. Po kilku zjazdach zaklinowała nam się lina i to tak skutecznie, że musieliśmy ją zostawić. Ponieważ nie dojechaliśmy do końca ściany, to musieliśmy na żywca i z worami zejść dolną częścią drogi Vogla.

Istnieje przesąd, że gdy zobaczy się czarnego motyla, to znaczy, że w tym momencie gdzieś w górach ginie człowiek. Nie jestem przesądny, ale faktem jest, że tego dnia rano, tuż po biwaku, oboje widzieliśmy czarnego motyla. Gdy około południa wróciliśmy na taborisko, przyszła drogą radiową wiadomość o wypadku młodej taterniczki z Wrocławia pod szczytem Żabiej Turni Mięguszowieckiej. Byłem zmęczony po drodze, ale na akcji ratunkowej nikt o zmęczenie nie pyta. Zapakowałem nieco sprzętu i razem z kilkoma taternikami z taboriska udałem się biegiem do Morskiego Oka. Na szczęście okazało się, że nie musimy biec na szczyt ŻTM-a, bo dwóch ludzi dokonało rzeczy niemożliwych. Pierwszym był ratownik dyżurny, Włodek Cywiński, który przez Zachód Grońskiego i Wołową Grań, w ciągu zaledwie 45 minut wbiegł na szczyt ŻTM. Drugim, pilot helikoptera Tadeusz Augustyniak, który pilotując Mi-2 oparł przednie koło śmigłowca o kamień na grani ŻTM, i utrzymując maszynę w takim półzawisie umożliwił ratownikom desant na grań przez przednie drzwi.

Rzecz w tym, że Mi-2 to śmigłowiec, który nie lata, lecz polatuje. I to ledwo polatuje. Nie sztuka wyczyniać cuda Aluetą, Lamą lub Apaczem, ale to, co niejednokrotnie wyprawiali nasi TOPR-owscy piloci za pomocą Mi-2, poradzieckiego złomu z muzeum techniki siermiężnej, graniczy z powietrznym cyrkiem.

Byłem im obu wówczas bardzo wdzięczny, bo po półtoradniowej wspinaczce na trudnej drodze nie bardzo już miałem ochotę na biegi po górach. A swoją drogą, to z tym czarnym motylem coś jest na rzeczy, bo dziewczyna, która uległa wypadkowi, mimo bardzo szybkiej pomocy, nie przeżyła.

Włodek Cywiński jest człowiekiem o kondycji nie do zarąbania, istną maszyną do chodzenia po górach. Ma przy tym pewną umiejętność charakterystyczną dla najlepszych ratowników górskich. Bardzo szybko i sprawnie porusza się w średnio trudnym terenie. Pewnej zimy zrobił numer, który bardzo mi się spodobał.

Na drodze Korosadowicza na Kazalnicy wspinało się dzień cały jakiś dwóch wujków i na wieczór doszli do połowy drogi, gdzie założyli biwak. Biwakowali i biwakowali noc całą, aż rano obudził ich ratownik dyżurny z  Morskiego Oka, właśnie Włodek, który w ramach spaceru przed śniadaniem doszedł od dołu do gości i powiedział: „Panowie, przestańcie się wygłupiać i idźcie do domu", po czym poszedł dalej, kontynuując spacer.

Do dziś, gdy wyobrażę sobie minę tych obudzonych na ścianowym biwaku facetów, to za każdym razem się śmieję.



Taborisko w Morskim Oku. Wilma odpoczywa na drugi dzień po przejściu "Proximy". Fot. Krzysztof Łoziński.

Przy okazji przypomniał mi się piękny numer wykonany przez innego ratownika, nieżyjącego już Tadka Figusa. Pewnej zimy, tuż przed Sylwestrem, dwóch gości wybrało się na straszną drogę Środkowym Żebrem Skrajnego Granata. Jest to tak straszna droga, że według Komisji Szkolenia PZA trzeba się na niej asekurować na pięciu wyciągach, a według mnie - na żadnym. Otóż ci dwaj goście, tuż przed północą sylwestrową, gdy wszyscy łącznie z ratownikami mieli już dobrze w czubie, zaczęli wołać o pomoc. Na akcję ruszył z Murowańca, kto żyw i wszyscy trzeźwieliśmy na podejściu. Gdy w stanie półtrzeźwym przebyliśmy tłumnie na żywca ową straszną drogę Środkowym Żebrem Skrajnego Granata, zastaliśmy na jej końcu dwie „ofiary" leżące na śniegu.

- Co wam jest? - zapytał Figus.
- Umieramy, umieramy - odparły „ofiary".
- A dlaczegoż to umieracie?
- Z wyczerpania umieramy - oświadczyły „ofiary".
- Skoro umieracie, to lina wam nie potrzebna - powiedział Figus i wyjął nóż, udając, że chce ciąć linę.

W tym momencie „ofiary" zerwały się na równe nogi, bo gotowe były umierać, ale nie za cenę liny. I tak okazało się, że nic im nie jest.

Ale wracajmy do moich ostatnich tatrzańskich sezonów.

Pół roku przed „Cieniem Diabła", w marcu 1986 roku, poprowadziłem, też z Wilmą, niewielką, lecz trudną drogę, „Proximę". Jest to droga typowo zimowa, a jej trudności zależą bardzo od ilości i stanu lodu. Wówczas lodu było dużo i droga była praktycznie trzywyciągowym pionowym lodospadem. Szczególnie trudny był wyciąg drugi, gdzie na pionowej skale znajdowała się cienka warstwa lodu, od jednego do pięciu centymetrów grubości. Prowadziłem ten wyciąg kilka godzin i Wilma przeklinała mnie w żywy kamień, bo, stojąc na stanowisku, potężnie zmarzła, ale gdy w końcu zaczęła ten wyciąg wybijać, to też ją nieco powaga zdjęła.

Łatwo jest się wspinać w pionowym lodzie, gdy dziób czekana wbija się głęboko, a zęby raków trzymają jak trzeba, ale na takiej lodowej polewie stoi się na słowo honoru, runąć można w każdej chwili i przed każdym kolejnym ruchem kombinuje się, jak koń pod górę. Czegoż ja tam nie wyprawiałem. Ponieważ wszystkie szczeliny były nie tylko zalane lodem, ale i niewidoczne, to musiałem robić przeloty z tego, co dawało się wbić w przypadkowych miejscach, tam, gdzie udało mi się dobrać do skały. Były więc przeloty z jedynek, rurpów, gwoździ Hilti...[1] Drążyłem też w lodzie dziurki, przez które przewlekałem pętelki, niczym przez skalne ucha w skałkach. Taka asekuracja stwarzała, co tu dużo mówić, nie najlepsze warunki terenowe do latania. Perspektywa lotu była o tyle niesympatyczna, że znajdowałem się niezbyt wysoko nad podstawą ściany i gdybym wyrwał wszystkie przeloty, to luz liny skończyłby mi się właśnie pod ścianą na glebie. Gdy w końcu dopadłem zamykającego ściankę okapu, to radośnie wbiłem w ten okap nad głową krótką rynnę[2] i, choć nie była najmocniejsza, to poczułem się, jak na stałym gruncie. Kolejny wyciąg, gdzie był już normalny, pionowy lód, przegnałem w takim tempie, że prawie go nie zauważyłem.

Gdy w następnym roku w zimie podszedłem pod „Proximę", ze zdziwieniem stwierdziłem, że wcale nie ma tam lodu. Była czysta skała. To jest specyficzna droga, na której trudności są właściwie nieprzewidywalne i mogą każdego roku być inne.



Marek Kuliś w czasie pierwszego zimowego przejścia Wariantu Kajki.
Fot. Krzysztof Łoziński.


Ostatnią trudną drogę, a raczej duży wariant, jaki zrobiłem w Tatrach, nazwałem „Przegięcie Pały". Jest to spory, trzywyciągowy wariant do „Czarnego Zacięcia" w dolnej części Czołówki. Było to przejście zrobione w naprawdę złym stylu. Miałem już prawie czterdzieści lat i po raz pierwszy mocno odczułem, że to już nie te siły, co dawniej. Chciałem zrobić znacznie większą drogę i, gdybym był w tym momencie nieco młodszy, to pewnie bym ją zrobił. Mój zamiar pociągnęli dalej, zresztą namówieni przeze mnie, Głazek i Kuliś. Nazwali swoją drogę „Yellowstone", a całość - czyli mój wariant i „Yellowstone" - przeszli później Waldek Żmurko z „Ogórem" (Michałem Zielińskim), też za moją namową.

Zły styl przejścia tego wariantu wynikał nie tylko z mojego wieku, ale i z fatalnej pogody oraz balangowej atmosfery panującej w Roztoce. Schronisko w Morskim Oku oraz taborisko były wówczas nieczynne i Roztoka była najbliższym miejscem od gór, w którym dawało się mieszkać. Liczne towarzystwo, które tam przebywało, zajmowało się głównie wlewaniem w siebie ogromnych ilości wódki i mało kto miał ochotę na wspinanie. W efekcie zacząłem pierwszy wyciąg z Andrzejem Maciatą, dalszą jego część przeszedłem solo. Drugi wyciąg i początek trzeciego zrobiłem znowu z Maciatą, później znów kawałek solo. Skończyłem trzeci wyciąg z „Walterem" (Jerzym Gurbowiczem), po czym jeszcze przeszliśmy dwa wyciągi oryginalnej próby przez wielką strefę przewieszoną, zwaną Lewe Yosemite. Niestety, drogi nie dokończyliśmy, bo w czasie, gdy się wspinaliśmy, zima raptem przeszła w wiosnę. Nastąpiła tak gwałtowna odwilż, że cały śnieg w ciągu paru godzin zamienił się w błoto wodno-śniegowe, a ze ściany zaczęły lać się takie ilości wody, iż wkrótce byliśmy doszczętnie przemoczeni. Wprawdzie nie było już mrozu, ale temperatura zaledwie kilku stopni powyżej zera i całkowicie mokre ubranie, to połączenie mało komfortowe. Musieliśmy się wycofać.

A szkoda, bo jak dziś wiem, brakowało nam zaledwie dziesięciu metrów do końca poważnych trudności i mielibyśmy nową drogę, a nie tylko wariant.

Pod koniec lat osiemdziesiątych na drogach, które poprowadziłem, zabiło się dwóch moich kolegów: Darek Kołoczek i Mietek Górnisiewicz. Bardzo mnie to przygnębiło, choć trudno się tu dopatrzeć jakiejkolwiek mojej winy, tak jak nie można winić kogoś, kto zbudował most, za to, że ktoś inny z niego spadł i się utopił. Mimo to poczułem się dziwnie. Mietek poszedł na drugie przejście drogi „Talon na Balon" i spadł z ruchomym blokiem. Przychodziły mi do głowy głupie myśli, na przykład, że mogłem poprowadzić drogę inaczej, a nie przez te bloki.

W marcu 1988 roku robiłem z Markiem Kulisiem i Michałem Różyckim pierwsze zimowe przejście Wariantu Kajki na Czołówce. Michał opowiedział mi wówczas o wypadku Darka. To było tak, że Darek i Michał zjeżdżali przez Czarne Zacięcie. Darek wyszedł do ostatniego zjazdu i zobaczył dziesięć metrów niżej hak z białą pętlą z taśmy. Pomyślał, że jest to hak zjazdowy i postanowił przenieść na niego stanowisko. Zjechali do tego haka. Michał wbił swój hak i przypiął się do niego, a Darek założył zjazd z tego haka z pętlą. Hak wypadł i Darek spadł pod ścianę. Później okazało się, że hak był pęknięty. Rzecz w tym, że to był mój hak, który ja wbiłem, moja pętla, a wszystko zostawił Walter, wybijając wyciąg (zostawił zresztą na tym wyciągu większość haków razem z pętlami).



Taborisko w Morskim Oku, 1971 rok. Od lewej: Krystyna Stańkowska "Sierściok", Zbigniew Skierski, Bogumił Słama, Krzysztof Pankiewicz, Jarosław Kowalski, Jerzy Jurkiewicz.

Po tym opowiadaniu zrobiło mi się bardzo nieswojo. Oczywiście znów świadomie wiem, że nie ma tu żadnej mojej winy. Darek popełnił ewidentny błąd w sztuce, zakładając zjazd z jednego starego haka bez upewnienia się, co do jego wytrzymałości. Można oczywiście deliberować, że gdyby Walter nie zostawił haka z pętlą, to może Darek nie przenosiłby w to miejsce stanowiska... Tylko, że to jest takie szukanie na siłę powiązań przyczynowo-skutkowych tam, gdzie ich nie ma. Prowadząc nową drogę czy nawet wspinając się na starej, nie sposób przewidzieć, jakie błędy zrobi ktoś inny.

Zastanawiałem się nad kwestią odpowiedzialności autora drogi za wypadki, jakie na niej nastąpią. Uważam, że taka odpowiedzialność może mieć miejsce tylko w jednym przypadku: gdy - publikując opis - zastawia się pułapki na następców. Na przykład, gdy znacznie zaniża się wycenę trudności, nie informuje o zagrożeniach, lub ewidentnie kłamie, co do przebiegu drogi. Cała ta kwestia jest jednak szalenie cienka, bo udowodnienie komuś świadomego kłamstwa w opisie jest niemal niemożliwe. Moim zdaniem znakomita większość błędnych opisów powstaje bez złej woli autorów. Ludzie, po prostu, mylą się w wycenie lub coś źle pamiętają.

Zupełnie niedopuszczalne jest jednak rozumowanie: gdybyś nie zrobił tej drogi, to ten i ten by się na niej nie zabił. Gdy przeanalizuje się przyczyny wypadków, to widać, że najczęściej nie mają one związku z trudnościami, a nawet z ukształtowaniem terenu. Jest nawet korelacja odwrotna: najmniej wypadków jest tam, gdzie jest najtrudniej.



Z Danusią Rycerz wiążę się liną pod ścianą Szpiglasowego Wierchu. 1978 rok.
 Fot. Andrzej Bachleda.


W latach dziewięćdziesiątych wspinałem się już niewiele i wyłącznie rekreacyjnie. Myślę, że mogę powiedzieć: udało mi się przeżyć uprawianie alpinizmu.

Istotną częścią alpinizmu jest udział w różnych akcjach ratunkowych. Niektóre z nich będę długo pamiętał, choć nie wszystkie były szczególnie dramatyczne.

Wspinaliśmy się zimą 1971 roku z Krzyśkiem Dubilisem na Filarze Mięgusza. Początkowo szło nam bardzo sprawnie, choć już w dolnej części drogi Krzysiek zgubił czekanomłotek i zostaliśmy z jednym czekanem i jednym młotkiem. Podzieliliśmy się tak, że Krzysiek miał młotek, a ja czekan.



Jadwiga Łozińska na Zmarzłej Przełęczy po zimowym przejściu południowej ściany Zamarłej Turni. Połowa lat siedemdziesiątych. Fot. Krzysztof Łozinski.

To były czasy, gdy Filar miał tylko jedno, kompletnie zapomniane, zimowe przejście jednodniowe (Momatiuk i Nyka, w 1961 r.). Normą były przejścia dwudniowe i panowała błędna opinia, że jednodniowego nikt jeszcze nie zrobił. Ponieważ kilka zespołów przed nami miało bardzo dobre czasy przejścia tej drogi (warunki były wyśmienite), poszedłem do Barona, który był na niej bezpośrednio przed nami, i zadałem pytanie czy tego nie dałoby się przejść w jeden dzień. W odpowiedzi usłyszałem wykład: „Słuchaj stary, nie chodzisz w rakach lepiej ode mnie ani od Kurczaba, a my to robiliśmy pełne dwa dni..."

Widać jednak my chodziliśmy w rakach nie najgorzej (ale gdzieżby tam lepiej od Barona), bo drugiego dnia o dziewiątej rano byliśmy prawie pod szczytem. Zanosiło się na to, że będziemy mieli rekordowy czas przejścia... i wtedy Krzysiek poleciał. Urwał mu się śnieżny stopień pod nogami i walnął trzydzieści metrów, mocno obijając się o skały. Sytuacja była groźna. Mój partner był co najmniej mocno potłuczony i nie mógł samodzielnie chodzić, a nawet nie bardzo mógł stać o własnych siłach. Wprawdzie nie było widać żadnych złamań, ale nie wiedziałem czy nie miał obrażeń wewnętrznych.

Sytuację utrudniało to, że nie mieliśmy jak wezwać pomocy. Wołanie zimą spod szczytu Mięgusza - to przedsięwzięcie beznadziejne. Pełna gwarancja, że nikt nie usłyszy. Po zmroku moglibyśmy mrugać latarką sześć razy na minutę[3], ale do zmroku było daleko.

Zacząłem opuszczanie partnera na linie, jak worek, a sam zjeżdżałem. Trwało to bardzo długo. Około południa dotarliśmy do zachodów przecinających ścianę i mieliśmy szczęście, bo na tych zachodach spotkaliśmy Michała Wroczyńskiego i Witka Fedorowicza, którzy właśnie wyszli z północnej ściany. Było nas już do transportu rannego trzech, ale musieliśmy pokonać długi, wznoszący się trawers zachodami do grani. Przez kolejne kilka godzin jeden z nas podpierał Krzyśka, pomagając mu iść, podczas gdy dwaj pozostali asekurowali i zakładali liny poręczowe. Na grań Mięgusza dotarliśmy o zmroku. Dalej dwóch ludzi prowadziło rannego, a trzeci asekurował całą trójkę. Tak doszliśmy do Hińczowej Przełęczy.

Stąd droga w dół była już cały czas po śniegu. Zrobiliśmy coś w rodzaju toboganu z płachty biwakowej i zaczęliśmy opuszczać go po śniegu, jak na sankach. Najgorszy był odcinek po Galeriach Cubryńskich, gdzie stromizna jest niewielka i musieliśmy ten prowizoryczny tobogan ciągnąć. W końcu opuszczanie po stromym śniegu Żlebu Mnichowego i znowu ciągnięcie przez Halę pod Mnichem.



Jan Hobrzański w ścianie Małego Młynarza. 1972 rok. Fot. Krzysztof Łoziński.

Odkąd zrobiło się ciemno, mrugałem latarką sześć razy na minutę, ale nie widziałem żadnego odzewu z dołu. Około północy dotarliśmy na brzeg Morskiego Oka i tam, na zamarzniętej tafli jeziora, czekał na nas tłum ludzi, którzy wyszli nam naprzeciw. Nikt jednak nie podszedł ani jednego metra do góry, by nam pomóc, choć byliśmy zmordowani do ostateczności. Ja, poza całą akcją sprowadzania Krzyśka, miałem za sobą prawie całe przejście Filara Mięgusza, a Michał i Witek niemal całe przejście północnej ściany. Odkąd wyszedłem poprzedniego dnia rano ze schroniska, zjadłem tylko jedną konserwę mięsną i wypiłem pół puszki soku.

Akcja ratunkowa - to nie romantyczne uniesienia i szlachetne serc porywy, tylko ciężka harówa. Potężny wysiłek fizyczny, którego nie można przerwać i sobie odpocząć. Powinni o tym wiedzieć ludzie, którym marzy się „kariera" ratowników, bo wyobrażają sobie TOPR-owców jako coś w rodzaju ułanów owianych chwałą i legendą. Nic z tych rzeczy. Codzienność ratownictwa górskiego - to duże ilości biegów pod górę z ciężkimi plecakami, taplanie się w krwi, a nieraz - zbieranie do kupy ludzkich kawałków. Tu trzeba dużo robić, mało pyszczyć i nie wystawiać zbytnio piersi na ordery, bo ich nie dają.

Najcięższa akcja, w jakiej brałem udział, miała miejsce w ścianie Kazalnicy. Na drodze Łapińskiego i Paszuchy wspinało się dwóch braci Bajorków: Jurek i Staszek. W kominie, poniżej ścianki problemowej, Staszek został trafiony kamieniem strąconym przez inny zespół i spadł około sześćdziesięciu metrów, zawisając na linie. Był nieprzytomny. Jurek dostał tym samym kamieniem na stanowisku i miał złamaną nogę. W dodatku popsuła się pogoda. Około trzydziestu ludzi, ratowników i alpinistów, wtrawersowało w ścianę Kazalnicy w połowie jej wysokości, do tak zwanej Nyży ze Świeczką, w ulewnym deszczu. Nie było tam żadnych efektownych szarż, ale ciężka praca. Po stromych, śliskich trawkach targaliśmy ciężkie zwoje stalowej linki od zestawu Grammingrera[4], w deszczu, z iluzoryczną asekuracją. Kończyliśmy akcję w ciemnościach, kompletnie przemoczeni i wyziębieni. W dodatku nastrój był minorowy, bo mimo całego wysiłku wielu ludzi, Staszek nie przeżył.

Po tym wypadku ukazał się histeryczny artykuł w jakiejś krakowskiej gazecie („woda zalewała usta ratownikom, rozmiękłe od deszczu skały kruszyły się pod palcami"). Oczywiście wszystkiemu winni byli nierozważni taternicy, którzy narażali dzielnych ratowników. Niestety, taki styl opisywania wypadków górskich był kiedyś typowy. Mniej ważne jest to, że granit nie rozpuszcza się w wodzie, a ta nikomu nie zalewa ust. Ważniejsze, że taternicy i ratownicy to nie są jakieś dwie konkurencyjne bandy, z których jedna „naraża", a druga ratuje. TOPR-owcy też są taternikami, a wszyscy taternicy biorą udział w ratowaniu. My jesteśmy jedna banda.

Wspomnę jeszcze jedną akcję, nie dramatyczną, ale ciekawą z innego powodu. Była właściwie śmieszna.

Byłem na szczycie Wołowej Turni, gdy z jej północnej ściany usłyszałem wołanie o pomoc. Darło się dwóch facetów. Dokrzyczałem się do nich bez trudu i pytam, co się stało.

- Czy możesz do nas zjechać? - słyszę w odpowiedzi.

Zjechać oczywiście mogę, ale wolałbym wiedzieć po co. Okazało się, że goście wspinali się dosyć wolno i doszli do wniosku, że trzeba się wycofać, bo niezbyt im idzie. W tym celu zrzucili linę do zjazdu, ale zapomnieli przypiąć ją do stanowiska i lina spadła pod ścianę. Po prostu wyrzucili linę. Poza tym nic im nie było. Zjechałem do nich z góry, a potem razem z nimi pod ścianę. Ot, i cała akcja. Nie zawsze jest dramatycznie. Czasami udzielenie pomocy ogranicza się do paru zjazdów lub podania liny. Ale i to jest potrzebne.

-------------------------



Basia Oficjalska i Mietek Prószyński "Bimon" zakładają się, kto ma dłuższe włosy. Skałki Podlesickie, połowa lat siedemdziesiatych. Fot. Krzysztof Łoziński.

Pod koniec lat osiemdziesiątych napisałem dwa tomy przewodnika taternickiego. Zaczęło się od monografii ścian opracowywanych dla „Taternika". Zrobiłem najpierw monografię Czołówki, a później - Mniszka i zapewne na tym bym skończył, gdyby nie Józek Nyka, który stwierdził, że rozszyfrowanie tego, co się dzieje na Mnichu (w sensie przebiegu dróg) jest już zapewne niemożliwe. To oczywiście było podpuszczenie.

Największą pracą przy przewodniku jest zebranie informacji. Zacząłem od przewertowania całej dostępnej literatury górskiej. Równolegle zbierałem opisy od kolegów. Ale to wszystko było mało. Informacje na temat przebiegu niektórych dróg były tak mętne, że musiałem je po prostu przejść.

Pierwszy przewodnik, jaki napisałem zatytułowany był „94 drogi" i obejmował Czołówkę MSW, Turnię Zwornikowa, Mnicha, Mniszka, Ministranta i Próg Dolinki za Mnichem. Wybór tego rejonu nie był przypadkowy. Po prostu był to obszar, na którym przechodziłem niemal wszystkie drogi. Te, których nie robiłem wcześniej, stanowiły najwyżej 10% opisywanych. Oczywiście taki wybór, to było pewnego rodzaju pójście na łatwiznę, ale od czegoś trzeba było zacząć. Ten pierwszy przewodnik wydany był jeszcze w konspiracyjnej drukarni, metodą kserograficzną. Tekst, obejmujący wyłącznie wykazy przejść, przepisywany był na maszynie i kserowany (o składzie komputerowym nikt  jeszcze wówczas nie myślał). Rysunki wykonywałem na kalkach technicznych tuszem, a napisy na nich wyklejałem z letrasetu. Do dziś zachował mi się tylko jeden egzemplarz.

Przewodnik, z dzisiejszego punktu widzenia, wydany był fatalnie pod względem poligraficznym i edytorskim, ale takie były wówczas możliwości wydawnicze podziemnej poligrafii. O legalnym wydaniu nie było co marzyć, bo trwała jeszcze komuna, istniała cenzura, przydziały papieru itp. To była zima 1986 roku. Cały, niewielki nakład rozprowadziłem w Klubie Wysokogórskim wśród kolegów i wtedy spotkałem się pierwszy raz ze zjawiskiem piractwa wydawniczego. Pewien kolega z Łodzi, bez mojej wiedzy, powielił ten przewodnik w znacznie większym od mojego nakładzie i dziarsko sprzedawał. Byłem wobec tego całkowicie bezradny. Nie mogłem pójść przecież na milicję poskarżyć się, że ktoś powiela moją całkowicie nielegalną pracę, wydaną poza cenzurą i wydrukowaną przez konspiracyjną drukarnię.

Efektem ubocznym tego piractwa było powstanie nowego wariantu do drogi Uchmańskiego i Starka na Czołówce. Technika kserograficzna ma to do siebie, że pogrubia linie na rysunkach. W ten sposób, w każdej kolejnej odbitce ksero, rysunki stają się coraz mniej czytelne. Na moim schemacie drogi Uchmańskiego i Starka narysowana była półka z blokiem. W pirackim wydaniu kolegi linie zostały już tak pogrubione, że blok zlał się z półką i zaczęło to wszystko wyglądać na zakrzywioną półkę. Ludzie, wspinający się z tym pirackim wydaniem przewodnika, zaczynali szukać jakiejś zakrzywionej półki, której tam nie ma, i szli w tak zwaną „rysę zapychową", tworząc nowy wariant.



Bogdan Zalega nad Czarnym Stawem. 1974 rok. Fot. Krzysztof Łoziński.

Mam wielki sentyment do tego pierwszego przewodnika, mimo że z dzisiejszego punktu widzenia był kompletną amatorszczyzną. Uważam też, że mimo wszystkich mankamentów, był to pewien mały przełom. Wcześniej w środowisku taternickim funkcjonował monograficzny przewodnik Witolda H. Paryskiego, który był już po prostu archaiczny, oraz skromny, wydany w niewielkim nakładzie przewodnik Andrzeja Gierycha i Antoniego Pomianowskiego pod tytułem „200 dróg wspinaczkowych w Tatrach". Były jeszcze przewodniki słowackie Arno Puškaša, ale w odniesieniu do Tatr Polskich zawierały tak koszmarne błędy, że nie dawało się ich używać. Przykładem niech będzie odwrócone (prawa-lewa) zdjęcie Mnicha, na którym wrysowano drogi (oczywiście zupełnie gdzie indziej, niż się znajdują).

Podstawą był ciągle przewodnik Paryskiego opracowany w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, a więc koszmarnie przestarzały. Muszę zaznaczyć, że choć obecnie ten przewodnik krytykuję, to doceniam gigantyczną pracę, jaką wykonał Paryski. Bez jego dzieła my, późniejsi autorzy przewodników, bylibyśmy bezradni. Można się podśmiewać, że Paryski pracowicie ponazywał wszystkie większe kamienie w grani, a nie zauważył niektórych gór (Turni Zwornikowej, Ministranta i paru innych), ale on przynajmniej ustalił podstawę nazewnictwa i topografii Tatr Wysokich.



Jadwiga Łozińska wychodzi ze ściany Kazalnicy. W dole - Czarny Staw. Połowa lat siedemdziesiątych. Fot. Krzysztof Łoziński.

W odniesieniu do terenu mojego przewodnika, u Paryskiego opisanych było zaledwie kilka dróg. Ministrant i Turnia Zwornikowa nie istniały, na Mniszku była opisana tylko jedna droga (Łapiński-Paszucha), na wschodniej ścianie Mnicha - tylko dwie drogi (Stanisławskiego i Łapińskiego), Czołówka MSW była opisana tylko jako część filara Mięguszowieckiego Szczytu, a jedyną drogą na niej był Wielki Komin, czyli stara droga filarem. Paryski był zresztą podobnie nieaktualny w odniesieniu do innych ścian.

Zatrzymajmy się jeszcze chwilę przy Paryskim. Do środowiskowej anegdoty przeszły niektóre zawarte w tym przewodniku opisy. Na drodze Świeża, na wschodniej ścianie Mięgusza, znajduje się kilkumetrowy, zupełnie łatwy trawersik, który u Paryskiego opisany jest tak, że krew mrozi: „czołgając się i pełzając pod przewieszonymi ścianami, nadzwyczaj trudno...". Humorystyczny jest też wspomniany już przeze mnie opis drogi Birkenmajera na Nawiesistej Turni: „...przez trawiaste stopnie do trawiastej rynny (walka z kosówką). Stąd czym prędzej do lasu." Do anegdotycznych śmiesznostek przeszły też pewne zwroty Paryskiego, jak „nastermane bloki" czy „popod skałami".

Ale śmiechy śmiechami, jedną rzecz trzeba Paryskiemu sprawiedliwie oddać: nikt przed nim ani po nim nie zrobił naprawdę monograficznego przewodnika po Tatrach z taką dbałością o dokładność opisu. Paryski, na przykład, nigdy nie robił takich numerów, jak Puškaš, że gdy nie wiedział jak przebiega droga, to rysował jej przebieg gdziekolwiek.



Pocztówka z wizerunkiem pewnego nadgorliwego strażnika przyrody kolpotrowana w środowisku taternickim w latach siedemdzisiątych. na rewersie był napis: "Od przyjaciela z gór". Ze zbiorow autora.

Pierwszy nowoczesny przewodnik po tatrzańskich ścianach zrobili Gierych i Pomianowski na początku lat siedemdziesiątych. Użyli schematów, a nie przestarzałej metody opisów słownych. Ich, chyba największą, zasługą było pierwsze opisanie dróg na Kazalnicy i Młynarzach. Gierych przygotowywał później kolejny przewodnik, ale pech chciał, że gdy miał gotowe niemal wszystkie rysunki, jego mieszkanie zostało zalane i cała praca uległa zniszczeniu.

Po wydaniu mojego pierwszego przewodnika zgłosiło się szereg osób z uwagami i poprawkami. Okazało się przy tym, że dróg w opisywanym rejonie jest jeszcze więcej. W ten sposób dojrzałem do opracowania naprawdę porządnego przewodnika. W 1988 roku wydałem przewodnik „122 drogi" obejmujący ten sam teren, co poprzednio, ale znacznie solidniej opracowany. Wprowadziłem w nim dodatkowo obszerne opisy topografii terenu i rozdziały o historii opisywanych ścian. Nowością, w stosunku do poprzedników, były łączne schematy kilku biegnących obok siebie dróg czy całych dużych fragmentów ścian. Obecnie taka metoda opisu jest niemal normą.

Ten przewodnik też był wydany poza cenzurą, ale tym razem posłużyłem się innym wybiegiem. Udało mi się namówić Andrzeja Paczkowskiego i Józefa Nykę na to, by oni z kolei namówili zarząd PZA do formalnego firmowania tego dzieła. Oczywiście ceną za to była moja zgoda na umieszczenie notki „od wydawcy", w której PZA odżegnywał się od treści przewodnika, jak diabeł od święconej wody, uważał wspinanie się po „czołówkach" za „niewskazane i nawet szkodliwe", „nie zalecał nadmiernego koncentrowania się zespołów na Mnichu", a przede wszystkim odcinał się od mojego nazewnictwa (oficjalnie wciąż nie uznawano takich nazw jak „Talon na balon", lub „Idzie ku lepszemu", bo drogi, według PZA, powinny nazywać się na przykład: „środkową częścią prawego żeberka południowo-wschodniej ściany zachodniego filarka Owczej Turniczki Niżnej", a nie jakieś tam „Talony na balony" itp.). „Wydawca" wyrażał też nadzieję, że Mnich i „czołówki" „nie przesłonią młodemu pokoleniu reszty Tatr".

Zamieszczenie tej notki było w gruncie rzeczy ceną niewielką. PZA ze swoimi koncepcjami alpinizmu był już tak daleko oderwany od rzeczywistości, że moi koledzy mogli się z takiej notki tylko uśmiać. Ja natomiast mogłem wydać przewodnik legalnie, nie nosząc go do cenzury. Był bowiem taki przepis, że organizacja mogła wydawać bez cenzury materiały szkoleniowe „do użytku wewnętrznego". I o to właśnie chodziło. Na okładce umieściłem napis: „Polski Związek Alpinizmu, materiały szkoleniowe do użytku wewnętrznego", a dalej to już sobie pisałem, co chciałem.



Sylwester 1970/71 w Morskim Oku. Zbigniew Skoczylas i Adam Krawczyk ogłaszają w imieniu Wysokiej Komisji przyznanie Orderu Złotego Jaja (z czerwoną kropką) Władysławowi Gomułce za to, że "był już na samym świeczniku, ale się zapchał w trudności i odpalił na sam dół". Fot. Krzysztof Łoziński.

Przewodnik „122 drogi" był ostatnią wydaną przeze mnie książką, przy której nie używałem komputera. Tekst ciągle był przepisywany na maszynie i fotografowany, a rysunki były kreślone przez Wilmę tuszem na kalce. Technika komputerowa zaczęła wkraczać do polskiej poligrafii dopiero na początku lat dziewiędziesiątych, zresztą napotykając na opór środowiska drukarskiego, które ciągle uważało, że co skład ręczny (z ołowianych czcionek), to skład ręczny, a te nowomodne komputery - to jakieś dziwactwo.

Wróćmy jeszcze na chwilę do sprawy nazewnictwa i „zawężonego taternictwa", jak to nazywali panowie z PZA. To był typowy konflikt pokoleniowy, konflikt między alpinizmem tradycyjnym, takim jaki uprawiał Żuławski, czy Hajdukiewicz, a nowymi trendami przychodzącymi z Zachodu, których tradycjonaliści nie chcieli przyjąć do wiadomości. Polski alpinizm w czasach komuny aż do lat siedemdziesiątych był praktycznie odcięty od świata. W Alpy wyjeżdżali nieliczni i to na krótko. W górach wysokich też bywali tylko wybrańcy i - na ogół - nie spotykali się z zachodnimi alpinistami. W efekcie nasz alpinizm zakonserwował się na poziomie przedwojennych koncepcji.

Wychowywani byliśmy na książkach Wawrzyńca Żuławskiego i na widzeniu gór z jego czasów. Książki Żuławskiego są zresztą znakomite, ale mocno nie z tej epoki. Tak więc uczono nas, że zespół jest nierozłączny, że musi wrócić w takim składzie jak wyszedł, z czego wynikało na przykład, że jeśli jeden ze wspinaczy chce się wycofać, to muszą wycofać się wszyscy. Uczono nas, że w góry nie wychodzi się przy złej pogodzie, mało tego, nawet gdy tylko grozi załamanie pogody, a jeszcze nie nastąpiło, to też należy się wycofać. Wedle tych koncepcji wspinanie solowe było czystym samobójstwem, a w Tatrach ciągle straszył duch Leporowskiego. Solówki były zresztą złe nie tylko z powodu niebezpieczeństwa, ale także dlatego, że naruszały czołową zasadę przedpotopowego alpinizmu: zasadę więzi z partnerem i nierozerwalności zespołu. Lina i partner urastały do rangi symbolu, naczelnej, świętej wartości. To właśnie dlatego, gdy Messner zrobił solo Flippa-Flama, „Taternik" donosił o tym z niesmakiem, pocieszając czytelników, że facet pewnie się wkrótce zabije i wszystko wróci do normy.

Do tego zbioru wartości dochodził istny kult góralszczyzny. Z tego wynikało, że wszelkie nazewnictwo tatrzańskie musi być w duchu tradycji góralskich, najlepiej wyrażone gwarą. Stąd właśnie u Paryskiego bloki skalne były „nastermane". Stąd były drogi „kruche i trawiaste, ale o prawdziwie tatrzańskim charakterze", a nie wiodące przez „rzęchy, chęchy i krzaczory", jak mówiło moje pokolenie. Nawet jeszcze gorzej, dla nas taki teren nie był „prawdziwie tatrzański", tylko paskudny. Dla starszego pokolenia Tatry były ciągle narodowo-kulturalną kapliczką, a góral - narodowym bohaterem obok kosyniera i ułana. Dlatego nasze nazwy dróg i formacji były nie do przyjęcia. Mogła być „Orla Perć", „Grań Apostołów",

„Mokra Wanta", ale nie „Bój z Hakami", „Żywcem się Okocim", „Przegięcie Pały", „Dwanaście Kwachów" czy „Wielki Kac". Myśmy po prostu zaśmiecali narodową kapliczkę i należało nam dać odpór.

Oczywiście osobną kwestią jest uroda tych nazw. Dziś przyznał bym rację estetom, że przytoczone powyżej nazwy nie są zbyt eleganckie. Nie wszystkie jednak były takie. Była też „Symfonia Klasyczna", „Schody do Nieba", „Idzie ku Lepszemu", „Polak Potrafi", „Kabaret Starszych Panów"...



Z "klanem Wroczyńskich" na bunkrach w Czosnowie, w 1966 roku. Od lewej: Krzysztof, Michał, Piotr Wroczyńscy i ja. Fot. Bożena Jesionkiewicz.

Również nie do przyjęcia były dla starszego pokolenia wspinaczki na „czołówkach". Droga musiała się kończyć na szczycie. Jak ktoś doszedł tylko do krawędzi ściany czołowej filara i nie poszedł na szczyt, to w ich pojęciu nie skończył drogi. Nie można było uznawać dróg na „czołówkach", bo - wedle tradycyjnych wyobrażeń - ich autorzy „nie przeszli ściany". Ściana przecież kończyła się na szczycie a nie niżej. Tymczasem dla nas ściana kończyła się tam, gdzie się robiło łatwo. Jeśli dochodziliśmy do końca trudności i, rezygnując z gnania po „rzęchach i chęchach", wracaliśmy zjazdami, to, w pojęciu starszego pokolenia, nie przeszliśmy drogi, tylko wycofaliśmy się. To właśnie nazywano „zawężonym alpinzmem", któremu Czołówka, Kazalnica (bez wchodzenia na Czarnego Mięgusza) i Galeria Gankowa (bez wchodzenia na Ganek) przesłaniały eksplorację Grani Kościelców czy kniei Wołoszyna „o prawdziwie tatrzańskim charakterze".

Ta walka o czystość stylu i nazewnictwa miała, niestety dla autorów przewodników i historyków, fatalne konsekwencje. Ponieważ przez szereg lat nie można było publikować w „Taterniku" środowiskowych nazw dróg, powstawał informacyjny bełkot. Na przykład, gdy Malczyk i Czyżewski zrobili pierwsze klasyczne przejście „Czarnego Zacięcia", w „Taterniku" ukazała się notatka, że przeszli „drogę  Łozińskiego". Rzecz w tym, że „dróg Łozińskiego" na Czołówce jest obecnie osiem, a wówczas było pięć, i nawet ja nie wiedziałem z tej notatki, o którą chodzi. Podobne konsekwencje miała polityka nie uznawania przejść solowych. Nie tylko ja, ale i inni soliści, przez kilka lat wysyłali do „Taternika" informacje o swoich przejściach i nie były one publikowane. W ten sposób zagubiono bezpowrotnie dokumentację wielu przejść.[5]

Do tego dołożyły się bałagan i niefrasobliwość. Są trzy rzeczy, w zakresie dokumentacji przejść, o które mam do PZA pretensję i żadne pokoleniowe różnice koncepcji ich nie tłumaczą.

Pierwsza - to zmarnowanie archiwum wykazów przejść nadsyłanych do Klubu Wysokogórskiego, a później do PZA, przez taterników, kierowników wypraw i kluby. Archiwum to leżało nie skatalogowane na kupie w jednej szafie i stopniowo gubiło się przy przeprowadzkach, porządkach itp. Podejrzewam, że dziś już w ogóle go nie ma.

Drugą pretensję mam o tak zwane archiwum „Taternika". Przez lata ludzie wysyłali do „Taternika" całe masy listów, wykazów, zdjęć, mapek, opisów dróg itp. Ponieważ nikogo w PZA to nie interesowało, nie przyznano Józkowi Nyce żadnych środków ani pomocy na prowadzenie porządnego archiwum, to w efekcie archiwum „Taternika" zlało się z jego prywatnym archiwum. Józek pieczołowicie chroni swoje archiwum, co chociaż daje nadzieję, że nie zostanie ono rozgrabione i może jeszcze kiedyś przyszłym badaczom się przyda. Nie mam pretensji do Nyki. Nie można od kogoś wymagać, by na ochotnika i za darmo prowadził ogromną pracę, na której powinno zależeć komu innemu.

Trzecia moja pretensja dotyczy tego, co stało się z książkami wyjść z Morskiego Oka (a może i z innych schronisk). Przez wiele lat każdy wychodzący w góry zespół pracowicie wpisywał, kto idzie, z kim, gdzie, kiedy, i z jakim skutkiem, a ostatecznie ktoś tymi wszystkimi książkami wyjść napalił w piecu i po prostu ich nie ma.

Efekt jest taki, że z wielu swoich przejść mam dokumentację fotograficzną, ale jeśli przypadkiem nie zapisałem gdzieś daty, to mam kłopoty z jej odtworzeniem. W innych przypadkach widzę na zdjęciu człowieka, z którym się wspinałem kilka razy, a po dwudziestu, czy trzydziestu, latach nie mogę sobie przypomnieć jego imienia lub nazwiska. Ale to, powiedzmy, tylko moje własne kłopoty. Nie muszę chyba jednak tłumaczyć, jak cenny dla historyków taternictwa materiał został zmarnowany.



Taborisko w Morskim Oku. W tle: Żabia Czuba, Żabi Szczyt Niżni i Grań Apostołów. Fot. Krzysztof Łoziński.

Po przewodniku „122 drogi" napisałem jeszcze kolejny przewodnik, „Od Szpiglasowego Wierchu do Cubrynki", i miałem zebrany materiał do kolejnego tomu obejmujacego Mięguszowieckie Szczyty, ale już go nie zrealizowałem. Opublikowałem natomiast jako wydawca kilka przewodników innych autorów: „Kazalnicę" Janka Żurawskiego, „Najciekawsze wspinaczki skalne Tatr Polskich" (praca zbiorowa) i „Grań Tatr" Adama Piechowskiego. Wydałem też niewielki przewodnik Marka Pokszana „ŻTM od północy i Wołowa Turnia", w którym napisałem monografię południowej ściany Wołowej Turni.

Ta przewodnikarska działalność była dla mnie przedłużeniem działalności górskiej. Wspinałem się już dużo mniej, ale ciągle, dzięki przewodnikom i literaturze górskiej, miałem kontakt z alpinizmem.

Kilka razy spotkałem się z pytaniem: po co ty robisz te przewodniki? Dotyczyło to zwłaszcza przewodników opracowywanych przeze mnie. Odpowiedź była prosta: bo mam do tych Tatr cholerny sentyment i już. Ale czas dopisał jeszcze drugą odpowiedź. Pisane i wydawane przeze mnie przewodniki trafiały w ogromne zapotrzebowanie środowiska na takie materiały. Przecież od czasów Paryskiego był tylko dawno wyczerpany przewodnik Gierycha, też już mocno nieaktualny. Mój przewodnik „122 drogi" miał dziesięć wydań. Sprzedaliśmy kilkanaście tysięcy egzemplarzy. Podobnej wielkości powodzenie miał przewodnik „Najciekawsze wspinaczki skalne Tatr Polskich" (praca zbiorowa pod redakcją G. Głazka i Z. Wirskiego). Inne przewodniki też miały po kilka wydań.



Widok z Żabiego Niżniego. Od lewej: Mały Ganek, Wysoka, Żabi Szczyt Wyżni, Rysy, Niżne Rysy. Poniżej Rysów: Żabi Mnich i Żabia Lalka.
Fot. Krzysztof Łoziński.


Prowadziłem tę działalność z sentymentu do gór, ale niezależnie od tego uważam, że była ona zwyczajnie potrzebna. Jak sobie wcześniej radzono bez przewodników? Ano tak, że każdy taternik miał swój tajemny kajecik, w którym gromadził przepisywane od kolegów opisy. Paradoksalnie, przy pracy nad przewodnikami większy był pożytek z tych kajecików niż z dokumentacji PZA.

---------------------

Dziś ciągle śnią mi się góry i to najczęściej nie Himalaje, lecz Tatry. Pozostały niezrealizowane plany i pomysły, o których wiem, że już ich nigdy nie zrealizuję. Można by dokończyć Ministranta w linii moich nieudanych prób oraz w linii próby Momy i reszty. Czy w tej ścianie musi być tylko jedna droga? Wypadałoby poprowadzić drogę na Czołówce miedzy Fijałkowskim a „Yellowstone", bo taki kawał pustej ściany się marnuje i jakoś nikt tego nie widzi. A czemu nikt nie przeszedł przez Wielką Nyżę w tej samej ścianie? A na Turni Zwornikowej taki kawał ściany między Osadami a Momatiukiem i co? I nic? Była tam moja próba, ale tylko próba. Drogi nadal nie ma. A może by ktoś w końcu przeszedł na wprost te okapy na Młynarzowych Widłach? A może, do moich i Kajki trzech wariantów prostujących Kurtykówkę, ktoś by w końcu dorobił brakujący czwarty (po drugim wyciągu wprost w górę) i zrobił z tego pełną, oddzielną drogę?

A w górach wysokich? Ileż tam jest do nałojenia! Gdyby nawet wszystkich polskich taterników wysłać na dziesięć lat do doliny Kijai i kazać im robić same nowe drogi, to jeszcze by zostało. A w górach na wschód od Atholi to trzeba by zacząć od zrobienia mapy.



Kwiaty tatrzańskiej wiosny, krokusy. Fot. Jerzy Łoziński.

Moim niezrealizowanym marzeniem była naprawdę solowa wyprawa w Himalaje. Nie takie wejście solowe, jak na Koh-e Tez, od najwyższego obozu. Nawet nie takie, jak najczęściej w Himalajach się robi, że jest wielka wyprawa, na górze rozłożone są obozy, powieszone poręczówki i solista idzie wprawdzie sam, ale tego wszystkiego używa. To miała być wyprawa solowa dosłownie. Począwszy od tego, że sam wyjeżdżam z Warszawy, sam jestem w dolinie i kompletnie nikt mi w niczym nie pomaga. Nawet nie chodzi o to, by cel był jakiś ogromny. Na Everest zupełnie solo dziś się wejść nie da, bo trzeba by najpierw jakoś przegonić te tłumy, co po nim łażą, oczyścić lodospad Khumbu z tych wszystkich lin, drabin, namiotów itp. Ale są przecież inne góry. Na Gyachung Kang czy Manlungtse tłumów nie ma.

Wiem, że tych wszystkich pomysłów nie zrealizuję. Mam 54 lata i dla mnie jest już za późno. Co zrobiłem, to zrobiłem i wystarczy.

W górach można przestać bywać, ale o górach nie można przestać myśleć. To jest część życia, którą się będzie zawsze wspominać.



Z synem, Romkiem, w Skałkach Podlesickich, w połowie lat 90.
Fot. Irena Dębowska.


Siedzimy w goprówce w Morskim Oku. Za oknem pada śnieg. Pijemy grzańca z taniego wina i gadamy. O górach, o czasach, o ludziach...

Ktoś wspomina starego przewodnika Józka Pęksę, niezwykle barwną postać z wyjątkowym poczuciem humoru. W czasie wojny Józek był tatrzańskim kurierem i dotarł podobno nawet do Włoch i do Anglii. Tak opowiadał o przekraczaniu granicy szwajcarsko-włoskiej:

- Złapali mnie śwajcarskie alpenjegry i godają do mnie po śwajcarsku: „Ka idzies?" A ja im na to po angielsku: „Do Italianska!"

Jak już Józek dotarł do Londynu, to zobaczył taką scenę:

- Ludzi telo, co nie policys, a samym środkiem złota kareta jedzie, a seść koni ją ciągnie. Nagle konie poniosły. To jo se myśle: „Co, to jo nie chłop?". Złapałek pyrsego konia i osadziłek, a za nim syćkie staneny. Patrze jo, a w karecie szybka się z korbki odkręca, ręka się wychyla i na mnie kiwa. Podchodzek jo i widzę, w tej ręce, złotą paierośnicę. A na tej złotej papierośnicy wypiane: „Za uratowanie życia Józkowi Pęksie - Królowa".



Zaśnieżony las. Fot. Krzysztof Łoziński.

Ktoś opowiada, jak Bobas z Kaziem Legią przekraczali granicę w celach zupełnie niepatriotycznych[6]. Od rana pili piwo w Morskim Oku. Wypili ponoć po dziesięć kufli piwa Beskid. Następnie udali się na Łysą Polanę, gdzie w sklepie kupili pół litra wódki. Po jej skonsumowaniu stwierdzili, że skończyły im się złotówki, ale mają jeszcze korony, a po drugiej stronie granicy, na Łysej Polanie, jest vycap piva (słowacka nazwa piwiarni).

To były czasy, gdy granicę przekraczało się na przepustki, które trzeba było wyrabiać w Zakopanem, na milicji. Ale Bogdan i Kazio nie mieli ochoty bawić się w takie ceregiele, zwłaszcza, że byli już mocno „w stanie wskazującym na spożycie". Postanowili przekroczyć wpław rzekę graniczną Białkę. Wybrali miejsce najwęższe, ale i najgłębsze zarazem, przy okazji na wprost stanicy WOP i pilnującego jej wartownika. Widać ta warta niewiele była warta, bo przekraczali granicę w biały dzień, jak relacjonował Bogdan, „rycząc, klnąc i śpiewając" (Bogdan zawsze po pijaku śpiewał „Rozkwitały pąki białych róż"). Bogdan przechodził rzekę w butach, a Kazio buty zdjął i trzymał w ręku, ale na środku Białki przewrócił się i buty mu popłynęły. Na drugim brzegu, Bogdan, jako dobry kolega, dał Kaziowi jednego buta i tak, mokrzy, każdy w jednym bucie, udali się do vycapu.

Pili tam do wieczora piwo z oficerem BESPAH-u.[7] Gdy wracali, na środku Białki przypomnieli sobie o Kazia butach i poszli wzdłuż rzeki granicznej ich szukać. Przeszli pod mostem granicznym na Łysej Polanie i, dopiero w okolicy Wierch Porońca, zatrzymał ich słowacki patrol. Wylądowali na stanicy w Javorinie. Rano okazało się, że pili z jej dowódcą, który poczęstowawszy ich koniakiem „na klina", musiał dokonać deportowania na Łysą Polanę. Tam polski oficer SB spisywał ich zeznania: „...to w Morskim Oku wypiliście po dziesięć piw, potem pół litra wódki, a na Słowacji przepiliście piwem dwieście koron. Nikogo nie częstowaliście???"

Sprawę umorzono ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu.

Płyną kolejne opowieści, o tym jak dwaj nasi koledzy przeszli całą ścianę Kazalnicy i, nie widząc we mgle, że są tuż obok ścieżki na Przełęcz pod Chłopkiem, postanowili się wycofać. Zjechali przez całą Kazalnicę na linach.

O tym, jak Dziunia Łapińska, kierowniczka schroniska, dawniej taterniczka, podejmowała bigosem komisję z SANEPID-u. Ktoś z członków tej komisji dał trochę bigosu Bariemu, psu bernardynowi Dziuni. Bari poszedł potem pod słup z jadłospisem i wszystko zwrócił. Dziunia, myśląc, że to złośliwy dowcip taterników, oświadczyła gromkim głosem:

- Taternik nie świnia, wszystko zje, ale mojego psa proszę byle czym nie karmić!

Rozmowa przechodzi na niedźwiedzia. Niedźwiedź od pewnego czasu zaczął żerować na śmietnikach i są z nim problemy. Podchodzi do schronisk, na taborisko. W dodatku, w tym roku, zamiast pójść spać na zimę, jak normalne niedźwiedzie, to łazi i rozrabia. Włamał się do budy, zwanej „Relaksem", na taborisku. Szef zabił wyrwane drzwi taboriskową ławką z połowy świerkowego

pniaka. Na drugą noc misio znów przyszedł. Popatrzył krytycznie na tę świerkową belkę i złamał ją na pół jednym uderzeniem łapy. Szefowi taboriska pozostało tylko wycofać się z godnością i wyjechać. Wczoraj misio przeszedł przez kiosk w Morskim Oku. Wszedł drzwiami, a wyszedł oknem. Konstrukcja kiosku jest mocno uszkodzona.

- A pamiętacie, jak Ferenc spotkał niedźwiedzia?

Ferenc - to pracownik schroniska w Roztoce, który mocno się jąka.

- Przybiegł do schroniska i krzyczy: „Nie... nie... nie... miś!"

Śmiejemy się. Za oknem sypie śnieg.

Idziemy spać do starego schroniska. Jesteśmy w nim sami. Na zewnątrz niedźwiedź właśnie rozwala śmietniki. Marysia łapińska daje nam klucz, abyśmy zamknęli się od środka.

- A gówno wam ten klucz pomoże... - mówi po chwili, widząc jak misio wywala spory kontener.

Góry - to nie tylko wspinaczka. To także picie grzańca w goprówce, przepychanki z niedźwiedziem, atmosfera opowieści o górach, o czasach, o ludziach...

Mróz, szósta rano. Idziemy po zamarzniętej tafli Morskiego Oka. Niebo pełne gwiazd, czarna sylwetka Mięguszy. Zmrożony śnieg skrzypi pod rakami. Co za nami zostaje? Wspomnienia i ślady na śniegu.


Ślady na śniegu. Fot. Krzysztof Łoziński.

---------------------------------
Ważniejsze przejścia

1. Pierwsze wejścia na szczyty:
- Szczyt 6000 m w otoczeniu doliny Urgund-e Bala, Hindukusz Wysoki, Afganistan. Solo.
- Szczyty 6013, 5800 i 5450 m w otoczeniu doliny Kijai, Himalaje Zachodnie, Jammu & Kashmir, Indie. Dwa pierwsze z Januszem Marczakiem, Józefem Mąkinią, Stanisławem Gorgoniem, Stanisławem Pelczarskim. Ostatni z tymi samymi oraz Wiktorem Szłapackim.
- Machermo Kang Zachodni, 5905 m, Himalaje, Solo Khumbu, Nepal. Z Elżbietą Budzbon, w warunkach zimowych, na przełomie listopada i grudnia (wejście na szczyt 8 grudnia), przy udziale Ireny Dębowskiej i Danuty Rycerz.

2. Solowe wejścia na szczyty już zdobyte:
- Koh-e Awal, 5800 m, Hindukusz Wysoki, Afganistan. Drugie wejście zachodnią ścianą, drogą Wareckiego i tow. Drugie wejście solowe na szczyt (pierwsze solowe: Jerzy Kukuczka).
- Koh-e Tez, 7015 m, Hindukusz Wysoki, Afganistan. Pierwsze wejście solowe na szczyt. Solo od przełęczy Shogordog An.

3. Nowe drogi w Tatrach poprowadzone solo (niektóre):
- „Szare Zacięcie", VII-, Czołówka MSW;
- „Nabrzmiałe Problemy", VI+, Czołówka MSW;
- „Zakaz Haczenia", VII-, Czołówka MSW;
- „Dynamiczny Rozwój", VI, Mniszek;
- „Manewr Gospodarczy", VI+, Szpiglasowy Wierch.

4. Nowe drogi w Tatrach poprowadzone zimą (niektóre):

- „Miękkie Ruchy", VI+ A2, Czołówka MSW. Z Piotrem Panufnikiem i Jarosławem Kowalikiem.
- „Proxima", trudności lodowe, lód 90 stpni, Turnia Zwornikowa. Z Ireną Dębowską.

5. Inne nowe drogi w Tatrach (niektóre):
- „Czarne Zacięcie", VII, Czołówka MSW. Z Janem Hobrzańskim.
- „Śmigło", VII-, Mniszek. Z Janem Hobrzańskim.
- „Superdirettissima", VII+, Mniszek. Z Janem Oficjalskim.
- „Lewy Filar", VI, Mniszek. Z Jadwigą Łozińską.
- Prawa częścią wschodniej ściany Młynarzowych Wideł, VI A2. Z Janem Hobrzańskim.
- „Uskok Laborantów", VI+, Kocioł Kazalnicy. Ze Stefanem Czeczką.
- „Cień Diabła", VI+ A2, Turnia Zwornikowa. Z Ireną Dębowską.

6. Pierwsze przejścia solowe (niektóre):
- Droga Uchmańskiego i Starka, VI, Czołówka MSW.
- „Błądzące Panienki", VI, Czołówka MSW. Zarazem pierwsze przejście zimowe. Jest to zresztą moja własna droga, poprowadzona z Jackiem Piaskowskim.
- „Środek ŻTM", VI+, Żabia Turnia Mięguszowiecka.
- „Filar Grońskiego", IV, Żabia Turnia Mięguszowiecka.
- Droga Puškaša, VI, Wołowa Turnia.
- Droga Eštoka, VII, Wołowa Turnia.
- Droga Stanisławskiego, V, Wołowa Turnia. Pierwsze solo i pierwsze solo zimowe (dwa oddzielne przejścia).
- Droga Štaflowej, V+, Wołowa Turnia.
- Droga Kurczaba, VI, Mięguszowiecki Szczyt Wielki, wschodnia ściana.
- Droga Orłowskiego, V, Mięguszowiecki Szczyt Pośredni.
- Droga Długosza (prawa, z O. Górską i T. Jurkowską), IV, Kazalnica Mięguszowiecka.
- Droga Gacka, VI, Cubrynka. Zarazem drugie przejście zimowe.
- Droga Wacha, V+, Cubrynka. Zarazem pierwsze zimowe.
- Prawy Filar, VI, Cubrynka. Zarazem drugie zimowe.

W tym miejscu kończy się pierwsze (drukowane) wydanie książki. Będzie jeszcze jeden rozdział dopisany przez autora obecnie.



[1] Jedynki, rurpy, gwoździe Hilti - haki specjalne wbijane w skałe na głębokość rzędu 1 cm.
[2] Rynna - rodzaj haka skalnego.
[3] Sygnał wzywania pomocy w górach.
[4] Zestaw Grammingera lub zestaw alpejski - zestaw służący do opuszczania rannnego wraz z ratownikiem na lince stalowej do podstawy ściany.
[5] Uchwalony przez zarząd PZA zakaz publikowania informacji o przejściach solowych był klasycznym zapisem cenzury. Wyrządził ogromne szkody nie tylko mnie. Nie tylko informacja o wielu przejściach zaginęła bezpowrotnie, ale i dziś niektórzy autorzy przewodników i innych opracowań, uważają, że jeśli o jakimś przejściu nie ma wzmianki w „Taterniku", to go nie było. W efekcie szereg istotnych przejść solowych zostało później pominiętych w przewodnikach (np. przewodnikach Cywińskiego). Na tej samej zasadzie w monografii Jerzego Wali, opisującej eksplorację Hindukuszu, pominięte zostały wszystkie moje wejścia (nie było ich w „Taterniku", bo solowe). W tej monografii występuję tylko jako „K. Woziński", który tylko brał udział  wyprawie i koniec. Aby dopełnić absurdu, w 2008 roku, pewna taternicka miernota napisała na mnie paszkwil, zarzucając mi, że „ukrywałem swoje przejścia". W ten sposób stałem się winien temu, że PZA stosował w „Taterniku" cenzurę.
[6] Autor książki „Spacerkiem po skale" błędnie przypisał to wydarzenie Dziadkowi i Kursantowi.
[7] BESPAH - Bespecenstvo Štatnih Hranic (słow.), formacja policyjna, odpowiednik naszej Straży Granicznej.